Star Trek TOS: Whom Gods Destroy – recenzja (odcinek 3×16)

No i jak zwykle, nasz ulubiony statek pakuje się w tarapaty. Kirk ze Spockiem odwiedza ośrodek dla psychicznie chorych a najnowszym pacjentem tego przybytku jest niejaki kapitan (były), Garth, który był idolem Kirka z czasów akademii. Jak się można spodziewać jest on wyjątkowo sprytny i przy okazji obłąkany (coś jak Joker) co nie wróży zbyt dobrze naszej załodze. Okazuję się, że zdobył on zdolność udawania innych istot, którą wykorzystał do ucieczki. Tu jest mój największy problem z tym odcinkiem bo niestety scenarzyści nie tłumaczą jak ową zdolność zdobył ani jak ona działa. Jest to trochę irytujące ale cóż poradzić. Więzi on poprzedniego nadzorce (widać wystarczyła tylko jedna osoba z personelu) Kirka i Spocka. Jego obłąkańcza myśl jest zasadniczo prosta. Zdobyć Enterprise i wyruszyć na podbój galaktyki. W tym celu nawet udaje naszego kapitana aby bez problemu teleportować się na statek. Na szczęście kapitan to przewidział i aby wykonać jego polecenia trzeba odpowiedzieć Scottiemu na hasło: „Królowa na poziom trzeci”. Tu znowu zacząłem się zastanawiać dlaczego Kirk wprowadził taki wentyl bezpieczeństwa? Czyżby wziął sobie do serca lekcje z poprzednich epizodów? A może po prostu spodziewał się kłopotów? Tego już się niestety nie dowiemy. Muszę jednak przyznać, że dość ciekawie mi się oglądało pomysły Garetha aby zdobyć odzew, a było ich całkiem sporo od prośby aż do groźby. Pokazano nam tu też szaleństwo głównego antagonisty, który kazał się koronować na władcę galaktyki a potem skazał swoja pierwszą damę na śmierć. Ogólnie jest ot bardzo ciekawy odcinek zwłaszcza na tle mizerności trzeciego sezonu.  Miło też, że twórcy pokazali nam tu takie rasy jak Andorian czy Tellarytów. A scena w której Spock wyjaśnia po czym rozpoznał prawdziwego Kirka… Oberzyjcie sami. Warto. Polecam ten epizod.