Star Trek TOS: Let That Be Your Last Battlefield – recenzja (odcinek 3×15)

Pamiętacie jak w recenzji odcinku o Platonianach, wspominałem, że przewijał się motyw akceptacji i zrozumienia dla innych? No to tu się dopiero scenarzyści rozkręcili. Enterprise natyka się na federacyjny prom, który został skradziony jakiś czas temu. Po przyjęciu go na pokład okazuję się, że jest tam istota dwu kolorowa. Ma on lewą stronę ciała czarna a prawą białą. Przedstawia się jako Lokai z planety Cheron. Gdy Kirk wraca na mostek po postawieniu sprawy jasno (zamierza oddać Lokaia federacyjnym władzom), pojawia się kolejny przedstawiciel planety Cheron, wyglądajacy tak samo jak Lokai z tym, że ma on lewą stronę białą a prawą czarną (nazywa się Bele). Tak oto dowiadujemy się o historii planety na której mieszkali. Okazuję się, że półczarni (Bele) zdominowali rasę półbiałych (Lokai). Ten ostatni próbował przeprowadzić rewolucję ale musiał uciekać w kosmos. W pogoń za nim ruszył Bele. A wystartował on 50 000 lat temu. Gdy zaś po wykonaniu swojej misji, Kirk zgadza się polecieć na Cheron dowiadujemy się straszliwej prawdy. Całą planeta została zniszczona w bratobójczej walce a nasi goście teleportują się na planetę, żeby dokończyć dzieło  i się nawzajem zabić. Tak nawet w obliczu zniszczenia całej populacji ich nienawiść nie wygasła. No cóż mam wam powiedzieć. Cały odcinek to studium nienawiści do kogoś innego, odmiennego. Wrogość z powodu innego koloru skóry. Oczywiście te motywy przewijały się w serii a sam Star Trek jest dość mocno multi kulti ale tak łopatologicznie jeszcze nam nie podali. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że twórcy chcieli powiedzieć coś o głosach czarnoskórych, którzy w latach 60′ w USA wciąż byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Natomiast sam odcinek oglądało mi się ciężko. Scenariusz jest zbyt dosadny a większość dialogów jest dość nudna. Ciężko też się słucha kryształowego Kirka i Spocka. Niestety ale epizod bardzo brzydko się zestarzał.