Wrażenia z filmu „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” oczami Śmiecha

Dwa lata oczekiwania na kolejną przygodę w świecie Gwiezdnych Wojen nareszcie się zakończyło i w końcu mogłem udać się do kina, żeby razem z dobrze znanymi bohaterami ponownie zanurzyć się w świat Mocy, walki Rebelii ze Szturmowcami oraz wspaniałej przygody. Problem w tym, że ostateczna ocena filmu  po seansie jest dość niejednoznaczna…

UWAGA! Dużo spoilerów!

Po wyjściu z sali kinowej byłem mocno rozdarty. Jest sporo rzeczy, za które trzeba twórców filmu pochwalić (i są to naprawdę ogromne zalety produkcji), ale z drugiej strony, gdy już coś zawalono, to z przytupem… Zacznę od zalet.

Przede wszystkim film oszałamia wizualnie. Wspaniałe ujęcia, epicki rozmach i cudowna estetyka. Bardzo podobały mi się sceny bitwy na solnej planecie Crait, gdy w powietrzu mieszał się biały i czerwony pył, a na powierzchni było widać ślady pojazdów. Genialnie zrealizowana była scena walki z gwardią pretoriańską w pomieszczeniu Snoke’a – czerwona ściana, migające płomienie. Zresztą choreografia walki na miecze świetlne też była świetna i niektóre pomysły, na przykład przerzucanie miecza pod ręką, to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej.  Podobnie z bitwą kosmiczną na początku filmu. Można było odczuć powagę i majestat sytuacji, rozpaczliwość położenia Rebeliantów, a jednak wszystko było bardzo czytelne. W ogóle realizacja stoi na najwyższym poziomie, kamerą nie kieruje paralityk (jak to ostatnio modne), a jej ruch nie wywołuje poczucia zagubienia. Widz odkładnie wie co się dzieje, kto gdzie stoi i co robi, a do tego wszystko jest dobrze oświetlone. Słowem: pod kątem realizacji można ten film stawiać jako wzór innym.

Ogromnie przypadły mi do gustu główne postacie i chyba na początku trzeba tu wymienić Marka Hamilla, który kapitalnie pokazał wszystkie rozterki targające starym, zrezygnowanym człowiekiem, który zawiódł się na innych i na sobie. Muszę też pochwalić Adama Drivera w roli Kylo Rena. Tak, wiem… Dwa lata temu narzekałem na jego postać, bo była mocno dziecinna, ale teraz miałem zupełnie inne odczucia. Albo scenarzyści się postarali, albo sam aktor nabrał większej wprawy, bo tym razem udało się mu pokazać coś więcej niż bunt nastolatka, a mianowicie wewnętrzne sprzeczności targające postacią: z jednej strony żal do mistrza, złość, brak dojrzałości i zagubienie, z drugiej jednak chęć bliskości i akceptacji. Nie bójmy się tego powiedzieć: Driver świetnie pokazał miotanie się swojego bohatera oraz jego szaleństwo. Bomba!

Ogromny uśmiech na gębie wywołał u mnie widok Yody, który bardzo przypominał tego wesołego i skrywającego głębokie doświadczenie pokurcza z „Imperium Kontratakuje”. Znowu można było się pośmiać, gdy Luka – bądź co bądź mistrza Jedi u schyłku życia – stawiał do pionu zupełnie jak wtedy, gdy Luke dopiero poznawał czym jest Moc. Zastanawiam się też, czy Yoda był kreowany za pomocą animacji komputerowej, czy też starą dobrą animatroniką. Jeśli to były komputery, to efekt przechodzi moje wyobrażenia…

No dobrze, film ma kilka plusów. Ale niestety ma też sporo minusów i o ile plusy znajduję w warstwie realizacyjnej, o tyle minusy – niestety – kładą na łopatki fabułę.

Przede wszystkim mam ogromne problemy z główną osią fabuły, która kręci się wokół ucieczki Rebeliantów gonionych przez siły Nowego Porządku. Uciekinierom brakuje paliwa i nie mogą uciec w nadprzestrzeń, więc wloką się wszyscy gonieni i goniący z prędkościami konwencjonalnymi przez kilkanaście godzin. Jest tylko jeden problem. Niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy jak to możliwe, że przez te kilka godzin flota neo-Imperium ściga kilka okrętów rebelianckich i nikt nie wpadnie na pomysł, żeby część floty wyprzedziła Rebeliantów w nadprzestrzeni i ich okrążyła? Poza tym największa siła władająca galaktyką nie mogła ściągnąć posiłków?  To ogromny kłopot, bo jedna inteligentna i logiczna decyzja którejś z postaci mogła spowodować, że film nie miałby o czym opowiadać. To bardzo duży problem, a odpowiedzialność za to spada tylko i wyłącznie na scenarzystów.

Kolejny kłopot dotyczy całego wątku Finna i Rose oraz ich wypadu do kasyna, by znaleźć hakera, który pomógłby unieszkodliwić systemy Nowe Porządku na kilka minut, a tym samym umożliwić ostatni, desperacji skok w nadprzestrzeń resztką paliwa. Po pierwsze sam pomysł na szukanie hakera nie ma sensu, bo do tej pory w każdej wcześniejszej części to droidy włamywały się do komputerów i otwierały zamknięte drzwi. Po co haker do otwarcia drzwi, skoro te drzwi w kilka sekund otworzyć mógłby sam BB-8? Albo dowolny inny droid? Poza tym sposób pokazania planety z kasynem przypomina mi estetykę prequeli. Jest tak samo sterylnie, komputerowo, nierealnie i greenscreenowo, jak w epizodach 1-3. Znowu dostajemy wyścigi oraz dziwne postaci, które chyba mają być śmieszna (tam Jar Jar, tutaj skrzat wrzucający monety do BB8). Cały wątek pasował mi do reszty jak pięść do nosa.

A skoro mowa o postaciach… Mam ogromny żal do twórców za to, że nie wykorzystali bohaterów, którzy pojawili się wcześniej, z którymi wiązały się jakieś nadzieje i które budziły zainteresowanie fanów (kapitan Phasma), a zamiast tego dodawanie nowych (admirał Holdo grana przez Laurę Dern, albo te stworki, które chciał zjeść Chewbacca). Czyżby twórcy chcieli potem mieć większą bazę postaci, których wizerunek będzie można sprzedać? No przepraszam, ale dokładnie tak to odebrałem. Nie mam nic do Laury Dern, bo to na prawdę wybitna aktorka, ale wprowadzenie jej postaci do filmu skutkować będzie jedynie tym, że fani będą mieli więcej figurek do zbierania. To całe wrażenie potęguje fakt, że admirał Holdo ginie zaledwie kilkadziesiąt minut ekranowych od przedstawienia.

Do kosza trafiły nie tylko postaci, ale również pewne idee, które napędzały fanów przez ostatnie dwa lata. To boli, gdy okazuje się, że wieczory spędzone na zastanawianiu się nad pochodzeniem Rey czy Snoke’a były spędzone tak na prawdę nad niczym. Poprzedni film sugerował, że Rey to naprawdę ważna postać i wszyscy przez wiele miesięcy zastanawiali się, czy okaże się córką Skywalkera, Kenobiego, czy jeszcze kogoś związanego z Mocą, ale to wszystko zostało przekreślone jednym zdaniem. To samo ze Snoke’iem… Potężny władca całej galaktyki, o którym nie wiemy nic i który został zabity ot tak sobie. Finn pod koniec poprzedniego filmu został poważnie ranny i nie było wiadomo, czy się z tego wykaraska, ale w pierwszych scenach „Last Jedi” wstaje jak gdyby nigdy nie był ranny.

I wreszcie „last, but not least„: kuriozum w postaci Mary Poppins w kosmosie. O! Przepraszam! Księżniczki generał Mary Lei Organy Solo Poppins. Ok, niech będzie, że sam też nie znam się na Mocy i nie umiem się nią posługiwać, 😉 ale ewidentnie twórcy też się na niej nie znają. Ja przynajmniej pamiętam, co o Mocy mówiono w poprzednich częściach. Po pierwsze: Leia była tylko „Force-sensitive” i nie umiała się nią posługiwać. Po drugie:

Jestem gotów zaakceptować to, że Luke – mistrz Jedi, który przez wiele lat szkolił się w używaniu Mocy – mógł przy ogromnym wysiłku zmanipulować zmysły osób udając, że jest między nimi. Zresztą podobne sztuczki pojawiały się wcześniej w starym kanonie, więc tym bardziej jestem gotów łyknąć taką scenę. Ale widok zamarzniętej, praktycznie martwej, podziurawionej odłamkami, ale fruwającej w kosmicznej próżni dzięki sile woli Lei, która nigdy wcześniej nie pokazała śladu umiejętności posługiwania się Mocą spowodował u mnie wybuch śmiechu, za który tutaj chciałbym przeprosić widzów na sali kinowej. Nie mogłem się jednak powstrzymać. 🙂

W dodatku zaledwie minutę wcześniej, gdy pokazano wybuch mostka okrętu i wyssanie Lei w próżnię kosmiczną przez głowę przemknęła mi myśl, że – skoro Carie Fisher nie żyje – to w ten dość zgrabny sposób scenarzyści chcą pożegnać się z jej postacią. To był dość smutny moment, bo przypomniał o śmierci aktorki, prawdziwej osoby, a nie fikcyjnej postaci z ekranu. No właśnie… Moment. Chwila smutku zakończona bezceremonialnie głupotą.

Podsumowanie filmu jest bardzo trudne. Wspaniałe widowisko, nad którym im dłużej się człowiek zastanawia, tym więcej dziur widzi. Z jednej strony kapitalna reżyseria, z drugiej tragiczny scenariusz. Co ciekawe reżyser i scenarzysta to jedna i ta sama osoba. 🙂 Dobre, nie?

Oglądając film byłem zachwycony klimatem niektórych scen, np. wtedy, gry Holdo weszła w nadprzestrzeń rozwalając przy okazji całą flotę przeciwnika, bo wyglądało to przepięknie (błyski, moment ciszy, cudowne ujęcia – reżyser na prawdę wie, jak grać na emocjach). Problem przychodzi kilka sekund później, gdy widz uświadamia sobie konsekwencje oglądanej sceny: skoro jedna osoba mogła w ten sposób zniszczyć sporo okrętów przeciwnika, to dlaczego taki sposób walki nie był wykorzystywany wcześniej? Chociażby z droidami za sterami, albo na automatycznym pilocie zamiast prawdziwych pilotów kamikadze. Podobał mi się wątek Rey i Kylo Rena oraz niepewność co do ich losów (przejdą na drugą stronę? połączą siły? co ich łączy?). Tylko że ten wątek był prowadzony równolegle z idiotycznymi perypetiami Finna i Rose w kasynie… Itd., itp.

Film nie jest tragiczny i nie uważam go za taką porażkę, jak niektórzy recenzenci w sieci, bo ma swoje plusy, a siedząc w kinie nawet nieźle się bawiłem. Nie mogę jednak uznać go za arcydzieło, bo głupota bohaterów (i scenarzystów) bardzo mocno obniża ogólną ocenę. Zresztą jaką dać tu ocenę? Najlepiej chyba byłoby dać dwie oceny cząstkowe: szkolne 6 za realizację i naciągane 3- za scenariusz. Średnią wyciągnijcie sobie sami.