The Orville – „Mad Idolatry” – sezon 1, odcinek 12, recenzja PIFKOwej załogi

Ostatni w tym sezonie odcinek „The Orville” już za nami i choć nie było cliff hangera, to wiemy już, że FOX wyraził zgodę na produkcję drugiego sezonu. W oczekiwaniu na to możecie poczytać, co mamy do powiedzenia na temat „Mad Idolatry”, z którego „roddenberry’owatość” i „trekowość” wylewała się w stopniu co najmniej niesamowitym…

Recenzja według Wookiego

Serial, który jest niejako kontynuatorem spuścizny Star Treka (co niestety średnio wychodzi Star Trek Discovery), nie mógłby się obejść bez takiego odcinka. Zatem na sam koniec pierwszego sezonu dostajemy całkiem smaczną wisienkę na torcie, czyli Pierwsza Dyrektywa w interpretacji Setha MacFarlane’a i w reżyserii trekowego weterana Brannona Bragi. Przyznam, że tego brakowało mi do tej pory w odcinkach i po cichu właśnie liczyłem, że temat ten będzie podjęty jeszcze w tej serii. Na szczęście nie zawiodłem się.

Fabularnie jest całkiem oryginalnie. Załoga znajduje planetę która pojawia się w naszym wszechświecie co jedenaście dni. Szkopuł polega na tym, że będąc poza naszym wszechświatem, na planecie mija de facto siedemset lat. Zatem w przeciągu całego odcinka możemy zobaczyć rozwój i kolejne skoki cywilizacyjne mieszkańców tej dziwnej planety. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że Away Team, a dokładnie komandor Grayson zawaliła sprawę i podczas pierwszej wizyty doszło do kontaktu z tubylcami, którzy wówczas byli na poziomie epoki brązu. Jak można się domyślić, doszło do skażenia kulturalnego, które miało ogromny wpływ na rozwój społeczny cywilizacji.

Z jednej strony, szkielet fabuły niczym nie zaskakuje. W samym pierwowzorze, czyli Star Treku mieliśmy do czynienia zarówno z kulturowym skażeniem jak i cywilizacjami, dla których czas płynie w inny sposób. Z drugiej jednak strony, jak zawsze MacFarlane i spółka potrafią to wszystko tak dobrze przyprawić i okrasić, że tradycyjnie już miałem wrażenie, że smakuje coś nowego i świeżego, coś jak zjedzenie starego dobrego schabowego w nowoczesnej hipsterskiej knajpie, gdzie podadzą ci go na chmurce z ziemniaków i czipsem z ogórka. Tak wciąż to jest schaboszczak, ale zaserwowany w taki sposób, że z przyjemnością się go skonsumuje. Właśnie tak to mniej więcej wygląda z historią przedstawioną w „Mad Idolatry”. Wiem, że już to znam, ale ogląda się to dobrze, historia wciąga, a samo zakończenie, muszę przyznać nawet mnie zaskoczyło. Nie wiem jak cała ekipa to robi, ale potrafią robić niezłe rarytasy z tradycyjnej, wszystkim dobrze znanej kuchni 🙂

Co najważniejsze jednak, zadane jest też tutaj ważne pytanie związane z tematem odcinka, a mianowicie jak istotne dla rozwoju cywilizacji jest de facto skażenie kulturowe. Czy faktycznie ma aż tak duży wpływ? Czy może mechanizmy, które rządzą prawami ewolucji społeczeństwa będą w stanie wyregulować takie skażenie? A może społeczeństwo i tak zachowałoby się tak samo, niezależnie od tego, czy do niego doszło, czy nie. Powiem szczerze, że z samego Star Treka nie poprzypominam sobie takiego podejścia do tego tematu. Brawo dla scenarzystów Orville’a, znów mile mnie zaskoczyli.

Cała ta historia jak zwykle jest też pretekstem do skupienia się na jednej z głównych postaci serialu. Tym razem oczywiście jest to Kelly Grayson. Poznajemy jak radzi sobie z konsekwencjami błędu jaki popełniła. Wyrzuty sumienia i empatia powodują, że jest w stanie poświęcić w zasadzie wszystko, aby tylko naprawić to, co zepsuła. Co więcej, ma ogromny problem z tym, aby bliskie osoby, które próbują ja chronić, ponosiły za to odpowiedzialność. Z drugiej strony bez pomocy przyjaciół nie będzie w stanie nic zrobić w kontekście popełnionego błędu. Wszystko to prowadzi do trudnej, dojrzałej, ale też spodziewanej decyzji na końcu odcinka. Po raz kolejny, bardzo sobie cenie tego typu podejście do prezentowania widzowi rozwoju postaci i uważam to za mocniejszą stronę całego serialu. Być może dla niektórych taka narracja może wydawać się łopatologiczna i przestarzała i jestem w stanie się z tym zgodzić, ale dla mnie pasuje to do koncepcji całego serialu, który  w zasadzie w całości jest wyciągnięty ze stylistyki seriali science-fiction z przełomu lat 80tych i 90tych.

Cieszy mnie też fakt, że „Mad Idolatry” pozwolił nam zajrzeć jeszcze głębiej w samo uniwersum Orville’a. Po pierwsze, poznajemy kolejną panią admirał (gościnnie Kelly Hu), a to już kolejny tej rangi reprezentant floty Unii Planetarnej, który przewinął się w tym sezonie. Po drugie, dowiadujemy się, że Unia posiada technologię maskowania, którą wykorzystuje w swoich promach. Nasuwa się od razu pytanie dlaczego nie na samym Orville’u? a może jeszcze nie było okazji go wykorzystać? Poznajemy również lepiej rasę Bortusa – mają bardzo ciekawe trunki i gry towarzyskie 😛 Wiemy już także, że robotyczna rasa Isaaca jest praktycznie nieśmiertelna. Jak już pewnie część z Was się zorientowała, uwielbiam takie smaczki. To często właśnie one mocno wpływają na autentyczność  i głębie wykreowanego świata.

Podsumowując zarówno sam odcinek jak i cały sezon, to jśli chodzi o mnie dostałem idealne pożegnanie z pierwszym sezonem, które z drugiej strony doskonale w pigułce pokazuje jakim serialem jest dokładnie The Orville. Trochę przewidywalny, ale też umiejętnie okraszający znane już nam historie. Na luzie  i przyznam, że humor pod koniec serii już naprawdę mi odpowiada. Do tego bardzo dobrze zrealizowany i przede wszystkim doskonale nawiązujący do Star Treka, z którego czerpie garściami do tego stopnia, że można się zastanawiać, czy sam Roddenberry nie maczal w tym serialu palców. Dla mnie miłe zaskoczenie tego roku i już nie mogę doczekać się drugiego sezonu.

Recenzja według Śmiecha

W przeciwieństwie do Wookiego mam mieszane uczucia po tym odcinku. Przede wszystkim przez cały prawie seans miałem wrażenie deja vu i lekkiej wtórności. Mam na myśli bardzo wyraźne nawiązania do dwóch na prawdę świetnych trekowych odcinków: „Who Watches The Watchers” (TNG 3×04), w którym dochodzi do skażenia pierwotnej kultury wiedzą o cywilizacji kosmicznej i w którym kapitan Picard zostaje uznany za boga, oraz „Blink of an Eye” (VOY 6×12), gdzie załoga Voyagera obserwowała w przyśpieszonym tempie rozwój cywilizacji i w którym Doktor musiał przymusowo spędzić relatiwistycznie trzy lata na powierzchni, choć na pokładzie okrętu minęły chwile. Ok, mogę pochwalić twórców „The Orville” za to, że jeżeli na czymś się wzorują, to od razu na najlepszych, bo wymienione przeze mnie epizody Star Treka należą do mojej ulubionej dziesiątki, ale mimo wszystko troszkę za dużo według mnie było tu tego, co widziałem już gdzieś wcześniej.

Nie do końca też przemawia do mnie końcówka. Wookiego zaskoczyła, ale mnie nie bardzo – to raz. Dwa: jest bardzo mocno ugładzona, grzeczna, kompromisowa oraz ocieka lukrem i słodkością. Według mnie troszkę zabrakło tu przysłowiowego „pazura” i słodko-gorzkiego smaku moralnego zwycięstwa, ale z ofiarami, które mieliśmy na przykład w znakomitym odcinku „About a Girl„. Było po prostu przyjemnie i nic ponad to.

To tyle minusów, bo z drugiej strony zauważam w odcinku wiele pozytywów. Przede wszystkim – o czym już była mowa – rozwój świata i wplatanie w scenariusz humoru niepasującego do tradycyjnego „Treka”. Scena otwierająca odcinek, gdy kapitan Mercer poznaje tajniki moklańskiej gry Latchkum jest kapitalna! Niby niepozorna gra, wydawałoby się na poziom naszych trzylatków, która nagle – zgonie z zasadami –  zamienia się w cholernie niebezpieczną okazję do zarobienia poważnych obrażeń. Wiem, brzmi śmiertelnie poważnie, ale jakimś cudem oglądając finał zabawy, gdy kapitan został zraniony głośno parsknąłem śmiechem. Nie wiem, jak udaje się to twórcom serialu, ale uważam, że właśnie balansowanie na granicy humoru i powagi jest ich najmocniejszą stroną.

Muszę też pochwalić drugi z wątków odcinka, czyli ponowne zbliżenie Eda i Kelly. Ich relacja, choć na początku wydaje się trącić banałem, to jednak jest dość mocno skomplikowana i – jak w prawdziwym życiu – nie jest usłana różami. Bohaterowie muszą w pewnym momencie ponieść konsekwencje swoich działań (i uczuć), a także zdecydować, co ma między nimi się dziać. I tu bardzo mocno muszę  pochwalić scenarzystów za zakończenie wątku. Nie jest lekko, ale wygrywa szacunek, przyjaźń i obowiązek. To właśnie słodko-gorzki smak zwycięstwa, o którym pisałem powyżej i którego zbrakło mi w głównym wątku. Ale cóż… Nie można mieć wszystkiego.

Podsumowując: ostatni odcinek sezonu to ciągle solidna robota, którą z czystym sumieniem można polecić wielbicielom i fanom Star Treka lat 90-tych. Z jednej strony mamy nostalgię za klimatem tamtych seriali i składany im hołd, a z drugiej świetnie zrealizowaną współczesnymi narzędziami historię, która skupia się na bohaterach i czasami daje też do myślenia.

Polubiłem „The Orville”. Przyznaję to bez bicia. Pomimo zbytnich czasami uproszczeń przypadł mi do gustu bardziej niż „Star Trek Discovery” i na prawdę ucieszyłem się na wieść, że twórcy dostali zielone światło na realizacje kolejnych odcinków. Będę na nie czekać.