Star Trek TOS: Wink of an Eye – recenzja (odcinek 3×13)

Tym razem scenarzyści wpadli na bardzo ciekawy pomysł. Zaczyna się standardowo kliszą numer 8 czyli Enterprise przybywa na wezwanie pomocy. Tyle, że po wylądowaniu okazuję się, że tam nikogo nie ma. Nasi załoganci wracają na statek i wtedy się okazuj, że na pokładzie dzieją się dziwne rzeczy. Część przedmiotów jest poprzestawiana a w okół maszynowni pojawia się dziwne pole siłowe. Kwintesencją tych dziwnych przypadków jest zniknięcie naszego dzielnego kapitana. Przynajmniej tak to wygląda dla reszty załogi. My natomiast widzimy, że to ta tajemnicza rasa przyśpieszyła ruchy Kirka (sama też jest „przyśpieszona”). W związku z tym dla reszty załogi są niewidoczni a ich słowa brzmią jak brzęczenie muchy.Robią to ni zaś dlatego, że łapią w ten sposób przedstawicieli innych ras i zmuszają do prokreacji (snu snu?). Jest to dla nich jedyna opcja aby przetrwać. Muszę przyznać, że podoba mi się taki koncept. Pomysłowy i ciekawy. Co prawda dalej jest już trochę bardziej „Tosowo” czyli pojawia się piękna dziewoja która zadurza się w Jamesie a i ona nie jest dla niego obojętna. Jest nawet jedna ze słynnych przemów Kirka. Sytuację ratuje oczywiście Spock ale też dość ciekawie. Ogólnie ten odcinek oglądało mi się ciekawie co dość rzadko zdarza się w tym sezonie. Ciekawe że po raz kolejny scenarzyści pokazują nam Kirka jako osobę która trochę tęskni za innym życiem i  którą kusi aby zostać z kolejna dziewoją. Jak dla mnie odcinek jak najbardziej na plus.