The Orville – „New Dimensions” – sezon 1, odcinek 11, recenzja PIFKOwej załogi

Po krótkiej przerwie dostajemy nowy odcinek serialu „The Orville”, który zdobył serca klubowiczów PIFKA. Tym razem fabuła skupia się na wesołku i dowcipnisiu Johnie LaMarr, gdy na jaw wychodzi jego tajemnica. W tym samym czasie załoga trafia na dziwną kosmiczną anomalię…

Recenzja według Mavisa

Po obejrzeniu tego odcinka poczułem smutek na wspomnienie, że jest to przed ostatni odcinek. Jeszcze jeden i przyjdzie nam długo czekać do drugiego sezonu. Na początek napiszę, ze odcinek jest  kilku wątkowy , co jest następstwem wydarzeń z poprzednich epizodów. Rozpoczyna się od imprezy pożegnalnej głównego mechanika, który zostaje przydzielony do budowy stacji kosmicznej. Dlatego też powstaje wakat stanowiska. Zamiast galaretowego Yaphita, który ma starszeństwo, pierwszy oficer Kelly Grayson chce, aby to był Johnie LaMarr. Dlaczego on? Tego dowiecie się oglądając. Do tego personalnego konfliktu, dochodzi drugi, który powstaje między Kapitanem Mercerem, a jego byłą ex. Ed i Sternik muszą stawić czoła swojej niepewności, a raczej roli, którą pełnią. Obserwowanie procesu dojrzewania tych dwóch zmagań jest bardzo interesujące i wciągające. Gdy już sądziłem, że scenariusz będzie opierał się na tych dwóch wątkach, nagle dochodzi trzeci.  Załoga Orvilla natrafia na anomalie. Trudno mi to opisać, to trzeba obejrzeć !

Ten odcinek nie porusza jakiś większych moralnych spraw, ale dla mnie to była bomba, od której nie mogłem oderwać oczu. Po pierwsze, odcinek jest przepiękny pod względem wizualnym. Świat w szczelinie prezentuje się niczym rozbudowana plansza gry Pac-Man (dlaczego tak jest – nie będę zdradzać), jest kolorowa, świecąca i ogólnie obłędna. I można ją podziwiać przez długi czas, bo nie tylko występuje w ujęciach przelotu statku, ale widać też ją przez liczne okna. Kosmici też pojawiają się licznie na ekranie: od kelnerki z pierwszego ujęcia, przez  przemytnika, po dobrze znanego z poprzedniego odcinka obcego z windy. Inną sprawą, na którą zwróciłem uwagę, to to, że każda scena jest wykorzystana, nie ma niepotrzebnych dialogów, fabuła trzyma się zwięźle wątków. Jako widz nie jestem postawiony w sytuacji typu: Co się właściwie stało ? Kiedy to się stało? Dlaczego? (czyli zestaw pytań, który jest często używany podczas oglądania najnowszego Star Treka). Scenarzyści wykorzystują,  to co już wcześniej pokazali. Tak więc, na moment pojawiają się dzieci Doktor Finn, które przez chwilę towarzyszą Isaacowi. Małym żarcikiem była sytuacja w którym Ed pyta się czy mają kogoś od podlewania roślin na statku, na co Kelly odpowiada, że to taki czerwony obcy. I faktycznie w dalszej części odcinka ten motyw jest wykorzystany i widzimy całą sytuacje. Może to było łopatologiczne zagranie, ale na mnie zadziałało. Zresztą motyw chusteczek wystających z nosa, też wywołał u mnie uśmiech na twarzy. Jakby tego było jeszcze mało, to cały odcinek obfituje w technobełkot, w którego godzinami można się wsłuchiwać. Nie zabrakło również informacji na temat zakresu funkcji danych osób.

Podsumowując: Odcinek bardzo mi się podobał. Może faktycznie jest po prostu dobry… a może przywiązałem się do tych postaci i to zniekształca moja percepcje na temat tego serialu… co w sumie trzeba zapisać na „plus” dla tego serialu.

Recenzja według Wookiego

„New Dimensions” to kolejny solidny odcinek serialu. Znów zabrakło mi jednak poważniejszego tematu przewodniego. Niestety wcześniejsze epizody często podejmowały istotne sprawy, często dawały do myślenia, podobnie jak często robił to Star Trek przed laty. Z drugiej strony podobał mi się, bo  scenarzyści postanowili przedstawić nam kolejnego członka załogi od strony, której jeszcze go nie znaliśmy – mam tu na myśli oczywiście porucznika LaMara. Od strony naukowej niestety było gorzej, bo anomalia, na którą natrafiła załoga mocno dryfowała w kierunku fiction a nie science. Oglądało się to oczywiście bardzo dobrze, znów miałem wrażenie, że oglądam Star Treka, ale tym razem może bardziej klasycznego TOSa a nie TNG. Po prostu wyjaśnienie czym jest anomalia mocno, ale to mocno trąciło myszką i do współczesnego science-fiction nie przystoi. Przewidywalność też nie poprawiała tego wrażenia niestety. To wszystko zbiera się na fakt, że „New Dimensions” plasuje się gdzieś w środku stawki, jeśli o chodzi o klasyfikację ocen poszczególnych odcinków The Orville.

Podobnie jak poprzednio, do gustu przypadł mi humor. Nie wiem nadal, czy to ja się przyzwyczaiłem i zaczynam go doceniać, czy jednak jego poziom się poprawił. W każdym razie, nie mam już wrażenia, że żarty są wymuszone i często nie w porę. Teraz wszystko mi pasuje, a na każdym gagu przynajmniej się uśmiechałem. Moim ulubioną akcją w tym kontekście jest przylot obcego, który wcina coś cały czas podczas komunikacji z Orvillem.

Cieszy mnie też fakt, że twórcy tak mocno stawiają na postacie i tylko dzięki nim ten odcinek tak dobrze się ogląda mimo sporej liczby wad. Oprócz LeMara, znów więcej dowiadujemy się na temat kapitana Mercera, jego relacji z komandor Greyson. Coraz więcej wiemy też na temat mojego ulubieńca Yaphita, czyli galaretowatego inżyniera.  Z ogromną przyjemnością śledzi się kolejne perypetie całej załogi, a cieszą nawet postacie epizodyczne, jak koleś z windy, który przewinął się w którymś, z poprzednich odcinków. Na plus jest też to, że często postacie mocno poboczne są dopracowane wizualnie – nie jest to kolejny człowiek, albo jakiś obcy z jakimś minimalnie pomarszczonym czołem, tylko osoba w pełnej charakteryzacji, która nie pozostawia żadnej wątpliwości, że to jest przedstawiciel obcej rasy.

„The Orville” ciągle mnie nie zawodzi, a „New Dimensions” to kolejny odcinek godny polecenia i podobnie jak Mavis, zaczynam powoli żałować, że już niedługo pierwszy sezon się skończy i przyjdzie nam czekać sporo czasu no drugą serię.

Recenzja według Śmiecha

Trudno dodać coś więcej ponad to, o czym opowiedzieli Mavis i Wookie. Z jednej strony bardzo podoba mi się skupienie na postaciach, ich ciągły rozwój oraz gościnne powroty postaci drugo- i trzecioplanowych. Może troszkę cała sytuacja stawiania LaMarra w sytuacji, do której musi dorosnąć przypomina trochę odcinek, gdy Alara musiała przejąć mostek pod nieobecność kapitana, ale na razie twórcy „The Orville” zapracowali na tak duży kredyt zaufania, że ewentualne podobieństwa między tymi dwoma odcinkami z jednego sezonu spokojnie im wybaczam. Miło widzieć kolesia z windy, kelnerkę z racą na bankiecie i sporo obcych pojawiających się w tle, a jednak bardzo dopracowanych. Bohaterowie i postacie to zdecydowany plus serialu.

Z drugiej jednak strony razi sposób w jaki działa anomalia i w jaki załoganci Orvilla sobie z nią poradzili. Nie mam tu na myśli różnic między tym, co mówi nam nauka o „Płaszczakach” i tego, jak widzą na przykład przenikający ich płaszczyznę trójwymiarowy obiekt (podpowiedź: widzą jego przekrój). Chodzi mi również o kwestie, które technobełkotem wyjaśniono na ekranie, a potem się ich nie trzymano (np. sposób w jaki tracono trzeci wymiar). Ale trudno. Nie będzie, że scenarzyści lekko przedobrzyli…

Chyba przyzwyczaiłem się nawet do poziomu humoru, który jeszcze kilka tygodni temu kojarzył mi się z infantylnością. Po seansie „New Dimensions” stwierdzam, że humor jest całkiem, całkiem. Może nie szaleję na widok obcego w środku konsumpcji spaghetti jak Wookie, ale z pewnością się uśmiecham.

Nie jest to może odcinek wybitny, ale zdecydowanie to ciągle mocna pozycja dla tych, którzy z nostalgią wspominają „starego, dobrego Treka”. Optymizm, prostota (nie mylić z prostactwem), pokonywanie problemów i samego siebie. To trochę taki powrót do przełomu kina lat 80/90, co ostatnio chyba jest dość modne. Mnie się odcinek podoba i gorąco go polecam.