Star Trek TOS: Day of the Dove – recenzja (odcinek 3×11)

Przybywając na wezwanie o pomoc od ziemskiej kolonii, Kirk i spółka odkrywa, że żadnej kolonii tam nie ma. W tym samym czasie pojawia się patrol Klingonów z pretensjami o to, że Enterprise zaatakował ich statek. Kirk sprytnie udaje, że się poddaje ale daje znak Scottiemu, który podczas teleportacji zatrzymuje w banku pamięci wzory Klingonów. W ten oto sposób Kirk łapie sporą część załogi zabierając ich ze zniszczonego statku. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że wraz z Klingonami na statek przenosi się też istota energetyczna, czerpiąca swoja siłę z wrogich emocji innych istot. Ponieważ ma ona również dość spore możliwości, uwalnia Klingońską załogę, daje im broń w postaci mieczy (zresztą całą broń na statku zmienia na broń białą). Od tego momentu zaczyna się gonitwa po pokładach. Raz to my jesteśmy górą, raz wygrywają przedstawiciele Imperium. W pewnym momencie Spock orientuje się, co tak naprawdę się dzieje, ale próby przemówienia do rozsądku dowódcy klingońskiemu (Kangowi) nie dają rezultatu. Dopiero jego żona przemawia mu do rozsądku i wspólne siły fedracyjno-klingońskie ruszają pokonać potwora z kosmosu. Robią to nad wyraz wdzięcznie poklepując się po plecach i śmiejąc się. Rzecz jasna energetyczna istota oddala się smutna.

No sam nie wiem co sądzić o tym odcinku. Pomysł ciekawy, pojawiają się Klingoni a to zazwyczaj w TOSie zwiastuje ciekawy odcinek no i prawdopodobnie jedyny raz widzimy kapitana Kirka klepiącego po plecach Klingona. Jednak jest tu też… nudnawo. Mimo sporej dozy akcji, twórcom nie udało się jakoś mnie zainteresować. No i do tego ta końcówka troszkę się postarzała. Generalnie nie polecam. Chociaż z czystej ciekawości można obejrzeć. A potem zapomnieć.