Star Trek TOS: For the World is Hollow and I Have Touched the Sky ? recenzja (odcinek 3×10)

Na początku tego odcinka scenarzyści serwują nam dość silny ładunek emocjonalny. Okazuję się bowiem, że nasz ukochany doktor McCoy jest chory na nieuleczalna chorobę i został mu tylko rok życia. Kirk w obliczu tych rewelacji nie ma innego wyjścia jak zgłosić to dowództwu i prosić o natychmiastowe zastępstwo. Zanim jednak ono przybędzie Enterprise napotyka wielka asteroidę która zmierza ku jednej z zaludnionych planet (Daravan V). Oczywiście Kirk i spółka postanawiają nie dopuścić do zniszczenia planety, jednak ku ich zdumieniu okazuję się, że to nie asteroida tylko zakamuflowany statek. Szybko się tam teleportują (Kirk, Spock i McCoy) i poznają tam rasę Yondu. Istoty przekonane, że żyją na świecie, który zmierza ku nowemu światowi. Trochę to dziwne bo ciężko mi sobie wyobrazić, że jesteśmy na przykład na ziemi która zmierza do innego świata. Tak czy owak mieszkańcy okazują się być potomkami ludu o nazwie Fabrini którego planeta 10 000 lat temu została zniszczona w wyniku wybuchu supernowej. Oczywiście dalej mamy TOS owy schemat. Na statku jest potężny komputer, który steruje życiem ludzi i nie pozwala im dowiedzieć się prawdy. Jest jednak w tym całym schemacie jakiś nowy pomysł. Otóż główna kapłanka Natira zakochuję siew jednym z załogantów ale nie standardowo w kapitanie Kirku, tylko w doktorze McCoyu. A on zważywszy, że został mu rok życia postanawia porzucić służbę we flocie i spędzić resztę życia u boku Natiri. Oczywiście jednak gdy orientuje się jak uratować Daravan V, wzywa Kirka i Spocka którzy unieszkodliwiają potężny i komputer i w ciągu 5 minut naprawiają usterkę przez którą groziło zderzenie. A tak przy okazji okazuje się, że lud Fabrini znał lekarstwo na chorobę McCoya. Odcinek uważam za próbę wyłamania się ze schematów ale niestety nieudaną. Przede wszystkim jest nudno, trochę głupio i jakoś tak bez polotu. Epizod do obejrzenia i zapomnienia.