The Orville – „Firestorm” – sezon 1, odcinek 10, recenzja PIFKOwej załogi

„The Orville” jest nieprzewidywalny. Podczas ostatniego odcinka swojej twarzy i głosu użyczył bardzo trekowy aktor – Robert Picardo, który najbardziej znany jest z postaci Doktora w Star Trek: Voyager, ale nawet i bez niego odcinek potrafił wciągnąć i zaskoczyć interesującą fabułą. Oto, co na ten temat mają do powiedzenia członkowie Instytutu…

Recenzja według Mavisa

Tym razem odcinek nie rozpoczyna się od rozluźniającej scenki, a to zazwyczaj oznacza że odcinek jest nietuzinkowy. Pierwsza scena wprowadza nas w sam środek akcji. Orville próbuje wydostać się z mgławicy burzowej. W sumie nie wiem jak nauka ma się do takiego kosmicznego sztormu, ale w tym serialu to mi nie przeszkadza. W maszynowni zdarza się wypadek i Alara biegnie uratować sytuacje. Niestety to się jej nie udaje…. Na dodatek cała ta akcja dzieje się przed czołówką serialu. Taaak zdecydowanie fabuła przykuła moją uwagę. Odcinek skupia się na postaci ulubienicy Śmiecha, a więc naszej uroczej a zarazem tak silnej szefowej ochrony, która nie umie się pogodzić z zaistniałą sytuacją i próbuje znaleźć przyczynę paraliżującego  strachu przed ogniem. W tym celu kontaktuje się z rodzicami. W ojca (widoczny na zdjęciu) wcielił się Robert Picardo, który podobnie jak Liam Neeson w odcinku If the Stars Should Appear , zawitał na krótko, wypowiadając parę zdań. Nie umniejsza to faktu, że, takie gościnne wystąpienia wprawiają widza w dobry nastrój. Następnie na statku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. W tym miejscu nie będę zdradzać fabuły, bo odkrywanie prawdy wraz z Alarą jest nie lada przygodą. Przez dłuższy czas próbowałem wytypować co się właściwie dzieje, ale nie wpadłem na właściwą odpowiedź.

 

Odcinek ma koncepcie trailera, gdzie nie wiadomo o co chodzi, dzieją się dziwne rzeczy,np. Kelly Grayson wpada w otchłań. Identyczna scena była w jednym z odcinków TNG. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że humoru w tym odcinku prawie nie widać. Chyba najbardziej widocznym jest żart, z rezerwacją holodecka w scenie po czołówce.  Swoją drogą jest znakomicie pokazane, jak działa te urządzenie. Uczestnik znajduje się w środku, a całe środowisko przemieszcza się i oddziałuje na niego – jest to pokazane łopatologicznie. Pierwszy raz w historii Star Treka pokazano ten efekt.

Odcinek zebrał ode mnie jeszcze parę pochwał, które pozwolę sobie odnotować. Widz zapoznaje się z działaniem okrętu: żeby coś działało, trzeba przekierować zasilanie. Są przedstawione procedury: Szef ochrony ma wyższe uprawnienia do blokady systemów statków, w przypadku kiedy Kapitan by zwariował. Statek posiada wewnętrzny monitoring, do którego można zajrzeć i prześledzić ciąg wydarzeń. Obcy generowani komputerowo. Tu jestem mile zaskoczony, bo w pełnym blasku pojawiła się postać CGI ( a nie był to Yaphit). Postać wyglądała rewelacyjnie i bardzo dobrze wtapiała się w otoczenie. Był to o wiele lepszy efekt, niż np. Steppenwolf z Ligi Sprawiedliwośći. Fabuła była bardzo wciągająca. Po cześć, dowiadujemy się o kolejnych cechach obsady mostka – ich mroczny sekret, czego właściwie się boją. No i fenomenalne jest śledzenie poczynań Alary, kibicowanie jej w odkryciu prawdy, a właściwie szukanie prawdy razem z Nią (bo w myślach przelatywałem z tuzin odcinków i filmów, do których nawiązywał ten odcinek ). Na koniec wspomnę jeszcze o stylistyce odcinka: zaczyna się „normalnie”, następują dziwne sytuacje, tworzy się klimat upiornej opowieści. Wszystkie dźwięki przechodzą w te znane z horrorów i filmów grozy, a w dodatku światło zaczyna szwankować…. w takim przypadku należy uciekać…. i to szybko !

Na tą chwilę umieszczam odcinek w pierwszej trójce moich lubionych. Wśród faworytów znajdują się jeszcze About a Girl i Krill. Gorąco polecam !

Recenzja według Wookiego

Kolejny bardzo dobry odcinek The Orville. Fabuła wciągała i nie pozwalała oderwać wzroku od ekranu nawet na chwilę. Na dodatek znów miałem odczucie, że oglądam zaginiony odcinek Star Trek The Next Generation. Coś dziwnego dzieję się na okręcie: po korytarzach wałęsa się przerażający klaun, w pomieszczeniach pojawia się bezdenna otchłań, na ścianach pojawia się chmara ogromnych pająków. Przez cały odcinek załoga zmaga się z rozwiązaniem tej zagadki, aż do zaskakującego, przynajmniej dla mnie, zakończenia.

Nie da się ukryć, że fabuła skupia się tym razem na Alarze, dzięki czemu możemy poznać nie tylko kolejne cechy charakteru, ale też co nieco więcej na temat jej rasy, dla której liczy się tylko nauka. Dla rodziców Alary, jej służba na okręcie Unii Planetarnej to powód do wstydu. Nasza szefowa ochrony ma również ogromne poczucie obowiązku i jest bardzo ambitna, przez co bardzo do siebie bierze każdą porażkę, a w połączeniu z empatią daje to powód do zrozumiałego załamania i chęci rezygnacji ze służby. A wszystko to jest de facto przyczyną tego, co później dzieję się na pokładzie Orville’a. Oprócz tego, z dobrej strony pokazał się znów kapitan Mercer, który widać, że ma spore zaufanie do swojej załogi i mocno przejmuje się jej losem. Jest tez świadomy wartości swoich oficerów i zrobi co może, aby zachować ich na pokładzie swojego statku. Jak wspomniał już Mavis, wisienką na torcie jest też kolejny gościnny występ znanego w fandomie aktora, tym razem Roberta Picardo – mała rzecz, a zawsze cieszy.

„Firestorm” to bardzo udany odcinek, w którym ciężko doszukać się jakichkolwiek wad. Być może brakuje tu podjęcia tak ważkich tematów, jak chociażby w „About the Girl”, „Majority Rule” lub „Krill”, ale sama historia i sposób prowadzenia fabuły nadrabia ten brak. Najważniejsze, że Orville znów nie traci formy oraz to, że wciąż jest on fenomenalnym kontynuatorem klimatu i wartości znanych ze starych dobrych serialu spod znaku Star Trek. Jak zawsze polecam 🙂