Star Trek Discovery – „Into the Forest I Go” – sezon 1, odcinek 9, recenzja

Twórcy Star Trek Discovery zafundowali nam kilkutygodniową przerwę w seansach, bo sezon został podzielony na dwa kawałki. Ostatni odcinek przed tą przerwą już za nami, a w nim dochodzi do konfrontacji załogi USS Discovery z klingońskim Okrętem Mogiłą, Tyler przechodzi załamanie nerwowe, a Stametsowi nie jest wcale do śmiechu. O naszych wrażeniach – jak zwykle – możecie poczytać poniżej.

Recenzja według Mavisa

Ostatni odcinek pierwszej połowy sezonu, a ja nie umiem napisać pozytywnej recenzji… bo scenarzyści usilnie nie pozwalają mi na to. Próbuje być mniej krytyczny, czy nie czepiać się wszystkiego. Ale nie. Nie umiem przejść obojętnie w momencie, kiedy twórcy Discovery robią ze mnie idiotę. A raczej próbują zrobić z widza idiotę. Ja tak nie umiem i jak już możecie wyczytać, ten odcinek ma tyle głupot, że nie jestem w stanie wymienić kilku pozytywnych aspektów. Jedyną, rzeczą która mi się podoba to Lorka, który w fenomenalny sposób manipuluje załogą, a Stametsem w szczególności. Fabularnie niby wszystko gra: do planety zbliża się okręt Trumna, a załoga wpada na pomysł jak pokonać przeciwnika i już, po wszystkim. Niestety od samego początku jako widownia, jesteśmy bombardowani niedorzecznościami. Sensory Federacji wychwytują, że okrętem zmierzającym ku planecie, jest pradawny statek peseudoKlingonów, który przybędzie sam. Zamiast skupić siły, aby go pokonać (a ostatnio wystarczył jeden ładunek w „szyję”), to tym razem dowództwo postanawia się wycofać – logiczne prawda? Początkowo Discovery wykonuje rozkaz, ale w czasie lotu z WARP 5, obmyśla pomysł na eliminacje wrogiej jednostki… Wpadają na pomysł „złamania” maskowania przez bieżący monitoring z wnętrza okrętu, a w celu przyspieszenia procesu statek ma wykonać sto-ileś skoków grzybkowych. I w tym momencie zaczyna się zabawa, a raczej debilizm całej sytuacji (przynajmniej w moim spostrzeżeniu). Po pierwsze jest wyraźnie powiedziane, że załoga wypadowa ma sekundy na przesłanie się, zanim statek wyłączy maskowanie i włączy osłony. Okręt trumna wyłania się z maskowania bardzo, bardzo, bardzo długo. Wygląda to jakby było nakręcone w ‚slow motion’. Gdy już jest cały widoczny, widzimy, jak ze stoickim spokojem Michael  i Ash idą sobie do teleportera, przyjmują pozycje, wymieniają między sobą parę uwag… wszystko to trwa tak długo, że przeciwnik spokojnie by mógł odpalić parę salw torped. W tej scenie nie czułem w ogóle napięcia, czy niepewności  o sukces misji. „Spokojnie, mamy czas.” Właśnie to jest wciskanie ciemnoty. Mówią jedno, a robią drugie i w dodatku na opak. Scena, która wymagała szybkości, koordynacji, została przedstawiona w odwrotny sposób ze złą kolejnością ujęć. To jest jeden z powodów, dlaczego ten serial wydaję się mi tak nierealny, tak nieżyciowy. No dobra, dobrnijmy do końca. Burnham odkrywa ludzką sygnaturę na okręcie wroga i tak ni z gruszki, ni z pietruszki postanawia zmienić priorytet misji. W tym momencie przypominałem sobie odcinek The Orville, w którym też był motyw infinitacji. Mimo dowcipów, tamten ciąg wydarzeń, a raczej proces podejmowania decyzji był dla mnie o wiele bardziej ugruntowany, niż to co mogliśmy obejrzeć tutaj. W każdym razie, główna bohaterka jest zmuszona sama ustawić ostatni przekaźnik… i tu z przerażeniem, oglądałem proces aktywacyjny chyba z trzy razy. Nie wiem za kogo scenarzyści biorą widza? Chyba za kogoś mającego dziesięć punktów inteligencji. Bo przekaźnik, ma swoje gabaryty (ok, to jeszcze rozumiem) , ale jest umieszczany na widocznym miejscu, jego obudowa podczas działania obraza się i… o Najwyższy, nie wiem kto wpadł na taki poroniony pomysł, nie wiem czy widownia jest tak tępa, że nie doda 1+1…… wybaczcie, zrobiłem sobie pięć minut przerwy, bo na wspomnienie znowu zacząłem kipieć na ten debilizm. Ok, oddech, wdech… Urządzenie po uruchomieniu nie tylko zaczyna się kręcić, ale włącza tysiąc-lumenowe światło, które robi za srebrną kule… I aby było mniej wykrywalne to komunikat głosowy powiadamia użytkownika o udanym połączeniu z jednostką macierzystą. Zabrakło mi jeszcze, aby mechanizm na cały regulator puściło piosenkę Beastie Boys: Sabotage. W tym momencie przypominała mi się z kolei inna scenka. Serial Gwiezdne Wrota, drużyna odkrywa, że O’Niell posiada urządzenie pradawnych do komunikacji w postaci… uwaga, uwaga: kamyka. Tak to jest najprostsza czynność podczas tworzenia świata Sci-Fi, wystarczy powiedzieć „ten otoczak to komunikator”. Widz łapie stwierdzenie w sekundę. Nie potrzeba świateł, komunikatów itp. A tu robi się z widza idiotę. A pseudoKlingoni to jeszcze większe ciołki, bo nikt tego nie widzi/słyszy. Po drugie (tu w grę wchodzi mój gust, więc mogę rozumieć, że niektórym może się to podobać), animacja bitwy. Nie wiem jak okręt takiej wielkości jak Discovery może zakręcać tak ciasno, dla mnie to był wręcz nienaturalny manewr. Najbardziej jednak nie mogłem z efektów skoków grzybkowych, które przypominają mi spłukiwanie wody w kiblu. Najpierw statek się zakręca, a następnie spuszcza się w dół ekranu. Potem nie wiem „Portal” (???) pojawia się z góry i następuje koniec „spłukiwania”. Jeśli dobrze zrozumiałem, to Discovery skakał, aby Trumna musiała się maskować za każdym razem, tu jednak nic się nie dzieje, skoki następują tak szybko, że prawdopodobnie komunikacja między jednostkami była by niemożliwa, czyli wszystkie przesłane dane o maskowaniu by nie dotarły do adresata. Właściwie po co się bawić , skoro statek  Federacji by mógł się tak przemieszczać i ciągle strzelać torpedami. Niestety, tak jak parę odcinków temu system maskowania stał się czarnym koniem, ku zwycięstwu nad Federacją, teraz został rozpracowany w dziesięć minut. To jest te wielkie zagrożenie, które od tak zostało rozpracowane? Nowy przywódca pseudoKlingonów (którego znamy od dwóch odcinków), w skrócie „gość od kateringu”, miał swój finisz… kompletnie mnie to nie zdziwiło i nie obchodziło. Mogę ze spokojem powiedzieć „nie znałem gościa”. W dodatku to drugi przywódca wrogiej frakcji, którego nie poznałem, nie miałem pojęcia co właściwie chce zrobić, ani (o zgrozo) polubić/ znienawidzić.

Wracając do odcinka, mamy scenę walki człowieka z obcym… i znowu odniosłem wrażenie, że obie rasy dysponują podobną siłą. A tak w ogóle zauważyliście gościa przy konsoli? Stał i robił swoje. Nawet nie spojrzał, że koło niego przechodzi Burnham. Kolejną głupotą, była sytuacja, w której Trumna przestała reagować na Discovery, bo cała załoga mostka oglądała sobie pojedynek. Dla mnie odcinek nie wniósł ani grama satysfakcji. Może smaczek z uniwersalnym translatorem był ciekawy, ale ogólnie rzecz ujmując, odcinek nie podobał mi się. Zakończenie też nie było zaskakujące, bo ujęcie wcześniej, a zresztą całą rozmowę Lorki ze Stametsem wcześniej praktycznie zapowiedzieli zakończenie. Całość nie obyła się bez kolejnego kitu wciskanego widowni, a mianowicie jest powiedziane, że ranna Pani Admirał została odwieziona promem… Tak to ma totalnie sens. Prom jako mniejsza i mniej wydajna jednostka potrzebowała dłuższego czasu niż trzy godziny na przebycie drogi do najbliższej bazy gwiezdnej. Discovery w tym czasie stał w miejscu i czekał. A był by świetny motyw, gdyby Lorca powiedział „wiesz, pani admirał potrzebuje natychmiastowej pomocy, dlatego proszę Cie abyś dokonał jeszcze jednego skoku”. Ale nie kolejna okazja zmarnowana.  Jakoś nie czekam na kolejny odcinek, na nikim mi nie zależy, nic nie jest intrygujące, nie oczekuje niczego. Wolę „The Orville”, „The Expanse” i „Stranger Things”.

 

Recenzja według Wookiego

Odcinek delikatnie mówiąc niczego nie urwał i w pewnym sensie rozumiem rozgoryczenie Mavisa, ale ciągle uważam, że mocno przesadza. Dla chcącego, plusy też się tutaj znajdą, jednak na pewno nie przesłonią głupot jakie ten epizod nam serwuje. Największym plusem,jest już tradycyjnie kapitan Lorca. Lubię jego niejednoznaczne zachowanie, manipulacje, prowadzanie własnej gry. Tutaj też nie zawiódł, świetnie przekonując Stametsa i całą załogę do swojego planu rozkminy urządzenia maskującego Klangonów. Fakt, że jego pompatyczna przemowa do swoich podwładnych byłą raczej słaba, ale to jedyny słaby punkt tej postaci w tym odcinku. Znów widać było, że jest w stanie wysłuchać swojej załogi i zmienić zdanie, jeśli ktoś przedstawi odpowiednio przekonujące argumenty – tym razem Michael przekonała kapitana, że jednak jest najlepszą opcją do wykonania zadania infiltracji okrętu sarkofagu. Lorca jest też w stanie poświęcić członka załogi, jeśli osiągnięcie celu tego wymaga. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Stamets może mieć problem z przetrwaniem tylu ‚grzyboskoków’, ale sprawnie nim pokierował, aby zgodził się na takie poświęcenie. Krótko, kapitan Discovery to dla mnie chyba najmocniejsza strona serialu.

Pozytywnie oceniam też podjęcie tematu PTSD (zespół stresu pourazowego), który jest obecnie bardzo aktualnym problemem, szczególnie w USA i cieszę się, że chociaż w minimalnym stopniu po raz kolejny nowy Star Trek stara się nawiązywać, tak jak jego poprzednicy, do teraźniejszych problemów ludzkości. Daje do myślenia scena kompletnego załamania się Asha na widok sprawczyni jego domniemanej męki i cierpienia. Dobrze też było zobaczyć, w jaki sposób można  próbować do osoby w takim stanie dotrzeć. Według mnie, ten wątek zasługuje na pochwałę, mimo że oczywistym jest, że traumatyczne przeżycia Tylera mają kompletnie inne podłoże niż tortury – rzecz jasna mówię tutaj o chirurgicznych zmianach upodobniających Voqa do rasy ludzkiej. 😉

Z mniejszych plusów, tudzież smaczków mogę wymienić przede wszystkim rewelacyjnie pokazany uniwersalny translator w akcji. Wyszło to świetnie i w końcu, po tylu latach nie musimy sobie wyobrażać, że właśnie mniej więcej tak on działa, tylko mamy to pokazane czarno na białym na ekranie. Doceniam też wykorzystanie przez grupę wypadową ‚przysłaniaczy life signów’. Nareszcie, scenarzyści zwrócili uwagę, że jednak okręty kosmiczne mają wewnętrzne czujniki, które mogą zauważyć na przykład teleport dwóch ludzi na pokład. Fakt, że ogólnie powinny odnotować nagłe pojawienie się dwóch dodatkowych osób na statku, ale cóż, jak już nie raz pisałem, scenarzyści Star Trek Discovery jednak pozostawiają wiele do życzenia i trzeba chwalić najmniejsze sukcesy i obranie dobrego kierunku. Jako dodatkowy smaczek, który powinni docenić wszyscy miłośnicy uniwersum, to odgłos wystrzeliwanych torped fotonowych, który brzmiał dokładnie tak, jak w poprzednich serialach.

Jeśli chodzi wady odcinka, to mógłbym się rozpisywać naprawdę długo, ale postanowiłem Wam tego jednak oszczędzić. Sporo wad, z którymi się zgadzam wypisał już Mavis. Fakt, mocno nadinterpretuje  samą bitwę z Klangonami – tak się nakręcił, że mocno go poniosło – ogólnie te 160 ‚grzyboskoków’, aby ogarnąć jak działa urządzenie maskujące, jakoś się jednak moim zdaniem broni i to nie jest akurat najgorsze w tym odcinku. Problem w tym, że sam pomysł na fabułę odcinka nie dość że jest co najmniej wtórny, w ogóle nie wciąga, to jeszcze myślenie scenarzystów na poziomie przedszkolaka rozwala temat już totalnie. Bo przecież można zrobić dobry wtórny odcinek, ba można je robić cały czas – patrz „The Orville”, ale kurde, co się w tym Star Treku odwala? Gadające świecące bombki choinkowe jako sensory? Plan całego statku sarkofagu na tablecie Burnham, pytam się skąd do jasnej cholery?  Teleportowanie uwieszonej na szyi klangonki, ale już klangońskiego sztyletu w ręce nie? Zero alarmu, wrzawy, jakiegokolwiek poruszenia na okręcie Klangonów podczas bitwy? Olanie bitwy podczas pojedynku szefa Klangonów z Burnham? WTF? Co to miało być? Kto to wymyślił i dlaczego wziął za to pieniądze?

Podsumowując ten odcinek nie mogę wystawić mu niestety pozytywnej oceny. Tak, ma swoje plusy, ale są one mocno przesłonięte przez ogromne minusy. Główny wątek jest nudny, kompletnie mnie nie zainteresował, a debilne rozwiązania jakie zaserwowali nam scenarzyści tylko wkurzały. Do tego przewidywalne zakończenie odcinka też nie osiągnęło założonego celu, bo no… było przewidywalne do bólu, a mam wrażenie, że twórcy chcieli widza tym zaskoczyć. Czy czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek? Nie bardzo. A chytremu Januszowi biznesu z CBS, który wpadł na pomysł półtora miesięcznej przerwy w emisji totalnie gratuluje – zarobisz pan kilka dolarów więcej na miesiąc dłuższym abonamencie u USA, ale czy będzie się to opłacać w ogólnym rozrachunku i czy to jest podejście prawidłowe w rzeczywistości nowoczesnych seriali podawanych od razu po całym sezonie w Netflixie, albo nieprzerwanie co tydzień, aby przyzwyczaić widza, jak robi to HBO? Ani pierwszy, ani drugi producent seriali biedą raczej nie przymiera, więc po co wymyślać koło na nowo?