The Orville – „Cupid’s Dagger” – sezon 1, odcinek 9, recenzja PIFKOwej załogi

Kolejny odcinek „The Orville” kręci się wokół dwóch ściśle związanych ze sobą wątków. Jednym z nich są mediacje między dwoma zwaśnionymi rasami walczącymi o dominację nad sporną planetą. Spór może być rozwiązany dzięki badaniom pewnego starego artefaktu i tu dochodzimy do drugiego wątku, bo specjalistą wysłanym do badania jest stary znajomy Eda i Kelly…

Recenzja według Śmiecha

Wiecie, co bardzo podoba mi się w „The Orville”? Początki. Są to krótkie scenki, które nie zawsze dotyczą głównego wątku w odcinku, ale zawsze pozwalają nam wczuć się w atmosferę na okręcie, poznać bohaterów i zwykle nieźle uśmiać. Tak było też tym razem, a scenka wprowadzająca była tak genialna, że oglądałem ją kilka razy pod rząd, za każdym razem śmiejąc się do rozpuku. 🙂 Załoga ma wolne i bawi się w karaoke. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na scenę zostaje wywołany Bortas, z głośników zaczyna lecieć… Nie… To trzeba zobaczyć samemu. 🙂 Pokazałem tą scenę żonie, która nie ogląda ze mną serialu i nie zna bohaterów, ale nawet ona w tym momencie parsknęła śmiechem. To chyba świadczy dobrze o scenariuszu, realizacji i grze aktorskiej, prawda?

Wracając jednak do głównego wątku tego odcinka, to muszę stwierdzić, że tło bardzo przypomina klimatem niektóre epizody „The Next Generation”, kiedy to kapitan Picard musiał wykorzystywać swoje umiejętności dyplomatyczne, bo dwie rasy zaproszone na okręt skakały sobie do gardeł. Tu też trzeba było oddzielać gości od siebie i nie było to łatwe, choć trzeba też przyznać, że kapitan Mercer (przynajmniej na początku) staje na wysokości zadania i przy powitaniu pokazuje całkiem niezłe umiejętności oratorskie i dyplomatyczne. A że z nie jego winy wszystko potem szlag trafia, to już inna sprawa. 🙂 W każdym razie scena powitania gości na okręcie bardzo miło mnie zaskoczyła. I to pomimo kompletnie nie-Picardowego żartu na końcu o bananach i M&M’sach.

Miałem pewne obawy co do drugiego z dwóch głównych wątków odcinka, czyli wizyty na okręcie Darulio. Jego obecność mogła prowokować dość niezręczne i niskich poziomów żarty, ale na szczęście scenarzystom chyba udało się uniknąć czegoś, co mogło być odebrane jako niesmaczny humor. W dodatku całość dziwnych miłosnych uniesień została wiarygodnie wyjaśniona, więc tu też nie mam zastrzeżeń. Jedyne momenty, w których czułem, że oglądane sceny jakoś nie przystają do reszty odcinka, to wspólne chwile kapitana i Darulio w łóżku, oraz sceny gdy Darulio zachowywał się kompletnie beztrosko i ignorował fakt, że następstwem jego działań może być wojna i śmierć. Wprawdzie na koniec odcinka się poprawił i z niefrasobliwego gościa myślącego głównie o seksie zmienił się w kogoś, kto potrafi wykorzystać swoje zdolności dla dobra i utrzymania pokoju, a w dodatku docenia więź między rozbitymi z jego powodu małżonkami, to jednak ta przemiana dla mnie jest dość mało wiarygodna. Po prostu trudno mi uwierzyć w tak ogromną przemianę tej postaci tylko po tym, jak zobaczył stojące na przeciwko siebie floty (a wcześniej wiedza o wojnie jakoś mu nie przeszkadzała).

Choć twórcy „The Orville” odcinają się oficjalnie od Star Treka i unikają porównań, to jednak ciężko tego nie robić. Dla mnie „The Orville” ma o wiele mniejsze ambicje niż „Discovery”, ale też zupełnie inaczej podchodzi do sposobu pokazania bohaterów i fabuły. Te wszystkie scenki pokazujące interakcje między załogantami chyba spełniają swoją rolę, co uświadomiła mi ostatnia scena odcinka, gdy Darulio żegna się z kapitanem i Kelly, a ta pyta go o wydarzenia sprzed roku. Może to kwestia umiejętnej gry aktorskiej Adrianne Palicki, ale zdałem sobie sprawę, że po cichu bardzo kibicuję tym bohaterom, bo bardzo ich polubiłem. Twórcom serialu udało się to, że jako widz poczułem emocjonalną więź z fikcyjnymi bohaterami na ekranie. Oglądanie „Orvilla” po prostu sprawia frajdę i nie męczy (jak np. „Si Vis Pacem…„).

W przypadku „The Orville” jestem przekonany, że fani będą toczyć długie geekowe dyskusje o tym, która z postaci jest najfajniejsza. Wybór jest tu trudny… (Choć i tak wiadomo, że Alara jest the best!). 😉

Recenzja według Mavisa

W stu procentach zgadzam się z wypowiedzią Śmiecha. Co stawia mnie w trudnej sytuacji, bo nie będę powtarzać, tego  co już opisał. Więc powiem o paru innych aspektach odcinka jak i całego serialu. Jeśli chodzi o scenę początkową, to mam nadzieję, że kiedyś wrócą i pokażą ją do końca 🙂 . Mimo, że jest to dopiero ( aż ? ) dziewiąty odcinek, to nastąpiła w nim kumulacja kilku wątków ( nie było tu wątku, który nagle się pojawił, o czym widz nie miał pojęcia ). Tak wiec mieliśmy konfrontacje Darulio z „parą” dowodzącą Orville. Na końcu pozostawiono widza w istnie Incepcyjnym rozwiązaniu. Jak było naprawdę? W tym odcinku z pewnością się tego nie dowiemy. Drugim ciągnącym się wątkiem przez ostatnie odcinki jest motyw Yaphita i jego miłości do Doktor Finn. Jestem ciekawy jak obie pary będą zachowywać się w stosunku do siebie w kolejnych odcinkach. Bo to co się między nimi wydarzyło, odcisnęło piętno w ich wzajemnych relacjach. Innym wątkiem, który nie miał może większego znaczenia ( a może będzie miał w przyszłości ) był motyw obcego w windzie. Na mojej twarzy wykwitł kolejny banan, gdy usłyszałem tekst „Przepraszam, ale jeździsz windą w górę i w dół cały dzień? To jest twoja praca?” Jest to też zabawne jeśli weźmie się pod uwagę statystów w innych serialach, którzy pojawiają się tu i ówdzie. Co ciekawe tego kosmitę przez te parę scenek polubiłem bardziej, niż obsadę mostka Discovery… Ostatnim elementem, który bardzo mi się podobał to scena walki dwóch ugrupowań. Może jestem za mało precyzyjny. Starcie kosmiczne dwóch ugrupowań. I to takie w których każda ze stron posiadała z dwadzieścia okrętów. Jeśli chodzi o ilość, to dorównywała ta scena sekwencji widzianej w drugim odcinku ST:D. Z tą różnica, że ujęcia były na tyle długie, że doskonale widziałem co się dzieje. Ba, mimo że dopiero co pierwszy raz pokazano mi jednostki obydwu stron konfliktu, to nie miałem problemu z ich rozpoznaniem.

Relacje między ludzkie, estetyka i sposób pokazania statków, planet, lokacji. To są czynniki za które (oprócz fabuły) cenie sobie ten serial. Wszystko tu wygląda na miejscu, dzięki odpowiedniej pracy kamery i oświetleniu, nie mam problemu z przyjrzeniem się wszystkim postacią , czy przedmiotom. Właściwie jak tak sobie myślę, to Orville nie jest komedią, czy parodią, jest hommage, dla seriali Sci-Fi lat 90tych, a w szczególności serialu Star Trek: Następne pokolenie. Jest to też na tyle indywidualny produkt, że powoli zapisuje się jako osobna marka. Również walory wizualne odgrywają tu dużą rolę. Jeśli chodzi o kosmitów, to w każdym odcinku napotykamy kogoś nowego. W sensie oprócz głównej rasy, o których mówi odcinek, ale zawsze można znaleźć statystę na korytarzu. W dzisiejszym odcinku mamy dwie skłócone rasy, Darulio, obcego z windy, prowadzącego kareoke, nie licząc Yaphita, który jest generowany komputerowo. Podobają mi się takie szczegóły, jak choćby fakt, że przywódcy ras mają bardziej udekorowane stroje, przez co wyróżniają się z pośród swoich rodaków.  Dopiero po pewnym czasie można sobie uświadomić, że na takie dopracowanie całości nie wystarczy przeciętny budżet, i dlaczego serial ma trzynaście odcinków. W Poprzednim epizodzie, scena rozbicia się wahadłowca przypominała rozbicie się Voyagera na lodowej planecie, była naprawdę afektowane. Ja jestem dla twórców pełen podziwu. Jestem również szczęśliwy, że serial dostał zielone światło na drugi sezon. I to w czasie kiedy telewizja Fox przyznaje pozwolenia na pełno sezonowe seriale ( takie 26 odcinkowe ). Co również świadczy, że jako serial mocno obciąża budżet stacji. Dlatego też środki rozdzielane są najpierw na najdroższe produkcje, a potem na pozostałe.

Podsumowując dobrze bawiłem się przy tym odcinku, może szczytem finezji, czy ciężkości podejmowanego tematu  nie był, ale taki jest Orville, to był solidny przeciętny odcinek… czyli był dobry.