The Orville – „Into the Fold” – sezon 1, odcinek 8, recenzja PIFKOwej załogi

Ewidentnie widać, że Orville skupia się pokazywaniu nam kolejnych członków załogi. Wiemy już sporo o Alarze, Bortusie, nawet Johnie LaMarr, a tym razem fabuła skupia się na doktor Claire Finn i jej problemach rodzinno-wychowawczych. Wszystko doprawione sosem fantastyczno-trekowo-przygodowym…

Recenzja według Śmiecha

Zacznę od drobnostki, ale takiej, która szalenie poprawiła mi humor. Czy pod warstwą charakteryzacji rozpoznaliście kolejnego trekowego aktora? Nie było możliwości, aby nie poznać tej charakterystycznej szczęki Briana Thompsona, który tutaj wciela się w jednego z czarnych charakterów odcinka, a którego mogliśmy podziwiać wielokrotnie w TNG, DS9 i Enterprise. Gościnny udział tego aktora odebrałem jako nawiązanie do serialu, któremu The Orville składa hołd. Bardzo to miłe.

Wracając jednak do fabuły… Dostajemy tutaj doktor Finn (chyba rymuje się z „Doktor Quinn” – ciekawe, czy to zamierzone?), która wybiera się z dwójką synów na rodzinną wyprawę. Problem w tym, że chłopaki są rozwydrzone, ciągle się kłócą, dokuczają, krzyczą, lekceważą polecenia matki – słowem: mamy do czynienia z przykładową rodziną z problemami. Żeby było śmieszniej, to w wycieczce rodzinie towarzyszy im Isaac, który z kolei traktuje całość jako okazję do poznania ludzkich zachowań. No nie ma co… Dobry materiał do badań sobie wybrał… 🙂 W każdym razie wszystko trafia szlag, gdy po bójce chłopaków prom ulega uszkodzeniu, wpada w jakąś szczelinę w przestrzeni i rozbija się na tajemniczej planecie, gdzie żywot wiodą resztki ludzkości skażone tajemniczą toksyną i zachowujące się jak kanibale w klimatach post-apo. Finn zostaje porwana, a Isaac musi radzić sobie z utrzymaniem w ryzach chłopaków.

Żeby była jasność: to jest „The Orville”, czyli lekka parodia Star Treka. W ciągu siedmiu odcinków zdążyliśmy już się nauczyć, że tu wszystko ma szczęśliwe zakończenie, a jedyny problem to to, w jaki sposób scenarzyści i bohaterowie do niego doprowadzą. Nie inaczej jest tutaj. Niespodzianki nie ma, bo od początku wiadomo, że chłopaki staną na wysokości zadania, dorosną i zaczną zachowywać się odpowiedzialnie, Isaac spełni się w roli zastępczego ojca pomimo kompletnego braku wiedzy o wychowaniu, a doktor Finn szczęśliwie i bez większych ran uratuje siebie i resztę członków wyprawy.

Czy mi się podobało? Hmm… Sprawa nie jest prosta i żeby to wyjaśnić muszę napisać coś o własnej rodzinie. 🙂 Mam dwóch synów w mniej-więcej podobnym wieku, jak bohaterka „The Orville”, wiec teoretycznie poruszane tutaj problemy powinny do mnie trafiać. Ale tak nie jest. Może dlatego, że troszkę inaczej wychowujemy nasze dzieci i nie mamy takich problemów, jak pokazano na ekranie. Wiadomo – tutaj wszystko jest przejaskrawione (vide lajki a la Facebook we wcześniejszym odcinku), ale o ile problem skupiania się na popularności wirtualnej jest globalny i nawet w przejaskrawionej formie ciut jednak mnie dotyczy, o tyle tutaj skupiono się na kłopotach pojedynczej rodziny. W dodatku problemie, z którym mam niewiele do czynienia. 🙂 Gdyby to było prawdziwe życie, to można by powiedzieć „tak sobie babo wychowałaś dzieci, to teraz się męcz”. 😉 I słowem wyjaśnienia: odcinek skupia się wybitnie na problemach wychowawczych dr Finn, więc z bardzo nie ma, o czym innym fantastyczno-naukowym tu pisać.

Rozumiem jednak twórców serialu i nawet popieram ich tok myślenia. Po pierwsze: może te kłopoty kogoś jednak dotyczą. Po drugie: świetne jest, jak scenarzyści pokazują nam po kolei poszczególne postaci, dają widzom możliwość poznania ich i polubienia. Po trzecie: bohaterowie zmieniają się i ewoluują. Po czwarte: na ekranie widać przyjaźń, chęć pomocy, poznania i szacunek, co według mnie oznacza duchową kontynuację wizji Roddenderego.

To wszystko sprawia, że choć tej jeden konkretny odcinek średnio do mnie trafia przez poruszany problem, to jako całość uważam „The Orville” za coś kapitalnego i wartego oglądania.

Recenzja według Wookiego

Podobnie jak Śmiecho, uważam ten odcinek za nieco słabszy. Stereotypowa amerykańska wizja rozwydrzonych dzieciaków nie wnosi do tematu science-fiction nic nowego, a sama historia, w którą cały problem rodzinny został opakowany jest już bardzo mocno zużyty i nie budzi w zasadzie żadnych emocji. Faktycznie, jedynie co można cenić w tym odcinku to przedstawienie dwóch postaci – doktor Finn oraz Isaaca. Ten ostatni bardzo dobrze poradził sobie z dwójką małolatów, co oczywiście nie zaskoczyło, ale dostał sporo swojego czasu antenowego i dał się polubić. Jeśli natomiast chodzi o panią doktor, to zainteresowała mnie jedna sytuacja, a mianowicie sposób ucieczki – nasza bohaterka w chwili zagrożenia swojego dziecka była gotowa do ostatecznego rozwiązania problemu i zabiła Drogena. Fakt, z jednej strony można powiedzieć, ma na co zasłużył, jednak moim zdaniem ta postać nie była tak jednoznacznie zła. Ja wierzyłem mu, że poniekąd trzyma doktor w celu jej ochrony, z drugiej jednak strony robił to co najmniej źle – gości raczej nie zamyka na klucz. Widocznie samotność i izolacja mocno wpłynęła na schemat jego zachowań. W każdym razie cała sytuacja pokazała do czego jest zdolna pani doktor dla ratowania swoich dzieci. Wiem, że w sumie to też nie jest nic zaskakującego, ale daje nam sporo dodatkowych informacji na temat tej postaci.

Problem w tego odcinka jest jednak taki, że w zasadzie to wszystko co można o nim powiedzieć. Z jednej strony nie był nudny, oglądało się go w zasadzie dobrze, ale z drugiej strony praktycznie nie zaskakiwał i tak jak wspomniał Śmiecho, byłem spokojny, że wszystko skończy się dobrze. Tak, czułem tutaj te same wibracje, co w wielu odcinkach Star Treka, do którego wyraźnie cały czas Orville nawiązuje, jednak tym razem brakowało mi tutaj czegoś więcej. Tej szczypty nowoczesności, czy chociażby lekkiego odświeżenia problematyki, jaką  „Into The Fold” podejmował. Niestety to wszystko składa się na to, że w odbiorze odcinek ten jest nieco słabszy niż to, co przeważnie The Orville sobą reprezentuje. Nie zmienia to jednak faktu, że jak zawsze z utęsknieniem czekam na kolejną przygodę załogi kapitana Mercera.