Kosmos 1999: The Last Enemy ? recenzja (odcinek 1×18)

Tym razem scenarzyści wymyślili coś takiego: Księżyc dolatuje do układu słonecznego, gdzie istnieją dwie planety po przeciwnych stronach słońca, skutkiem czego się nie widzą. Planety te nazywają się Delta i Beta…. No i masz. Od razu scenarzyści kładą mnie na łopatki. No bo oczywiście, że w tak głębokim kosmosie planety noszą nazwy greckich liter. Dobrze, że nie nazwali ich umpa i lumpa. Pomijam już fakt istnienia dwóch planet z życiem tak blisko słońca. Nawet nie chce mi się rozkminiać jak tam musi być gorąco. No i wreszcie, skoro mamy Delte i Bete to gdzie alfa i gamma? Przez cały odcinek oczekiwałem informacji, że istniały ale zostały zniszczone. Nic z tych rzeczy moi drodzy. No nic, wracając do fabuły to okazuję się, ze te dwie planety toczą ze sobą wojnę a nasz księżyc jest idealna bazą wypadową (no bo atak bezpośredni jest niemożliwy przez słońce. ) skutkiem tego statek o nazwie Tezeusz (  prostu nie wierze. Nie dość, że greckie litery to jeszcze mity.Chyba chcą mnie dobić.) ląduje na księżycu i planuje zniszczenie sąsiedniej planety. Dalej mamy typową sztampę: jest wojna, ludzie pragną pokoju potem „niespodziewany” twist. Co jednak najdziwniejsze to akurat ten odcinek, jeśli przymknąć oko na wymienione wyżej błędy ogląda się to całkiem przyjemnie. Jest konkretne fabuła, pojawia się napięcie a nawet, uwaga, twist fabularny. Niezbyt co prawda zaskakujący, ale próba godna odnotowania. Jest zdecydowanie lepiej niż w poprzednich odcinkach.