Star Trek Discovery ? „Magic to Make the Sanest Man Go Mad” ? sezon 1, odcinek 7, recenzja

Pierwsze odcinki Star Trek Discovery nie przypadły nam do gustu, ale z pewną dozą ostrożności można przyznać, że serial ma tendencję wzrostową jeśli chodzi o formę. Epizod z zeszłego tygodnia był najbardziej trekowym do tej pory, ale wydaje się, że najnowszy może być jeszcze lepszy. Kilka słów na ten temat mają do powiedzenia nasi klubowicze.

Recenzja według Mavisa

Nasza główna bohaterka wpada w rutynę, Discovery skacze z miejsca na miejsce i praktycznie sam wygrywa wojnę z pseudoKlingonami ( a nie tak dawno nie mógł pokonać trzech mniejszych statków ). Załoga organizuje imprezę, podczas której dowiadujemy się, że przez siedem lat na Shenzhou Michael Burnham nie brała udziału w tego rodzaju zabawie. Co wydaje się dziwne, gdyż w innych serialach Star Treka, obsada mostka brała udział w wielu imprezach i zawsze znajdowała czas na integracje. Z drugiej strony mam nieodparte wrażenie, że główna bohaterka jako pierwszy oficer przez siedem lat wegetowała, a dopiero po tym okresie na nowym statku postanowiła dopuścić swoją ludzką naturę. Właśnie przez takie rzeczy serial jest dla mnie słaby. Ale wracając do odcinka: załoga napotyka na swojej drodze kosmicznego wieloryba, a że jest zagrożony wyginięciem, z kosmicznej pustki teleportują go do wypełnionej tlenem ładowni. Taaaaaaaak, w takim razie logikę po raz kolejny możemy umieścić między bajkami. To co jest najlepsze w tym odcinku to pojawienie się Harry’ego Mudda i motyw pętli czasowej. Przyznaję, że odcinek bardzo mi się podobał w momencie kiedy był skupiony na tej postaci. Najbardziej polubiłem tekst ” zabiłem Cie ( kapitanie ) 53 razy, ale kto by liczył”. Scenarzyści w znakomity sposób pokazali dlaczego jest mistrzem w swoim przestępczym fachu. Chociaż lekko to kontrastuje z tym jak łatwo dał się podejść, choć z drugiej strony mógł być wybity z rytmu, po tym jak załoga statku się zachowała.

Kolejną genialną postacią jest porucznik Stamets, który ma swoją fazę, a raczej odjazd grzybkowy. Niestety nie dano mu być głównymi skrzypcami tego odcinka, ponieważ jak dobrze wiemy protegowaną scenarzystów jest Michael. Tu mam wielkie zastrzeżenie, co do wyboru… a raczej wymuszonego wątku miłosnego między Burnham, a Ashem. Zamiast ruszyć się i kombinować jak naprawić sytuacje, tu mamy sceny tańca, pocałunku itp. Przepis wyglądał mniej więcej tak: weź dziewczynę na potańcówkę, urocz ją swoimi zdolnościami tanecznymi, pocałuj, a następnie zacznij się wypytywać o jej zmarłą babcie. Na koniec mam jeszcze jedno przemyślenie, a dotyczy one faktu, że serial miał być nowoczesnym serialem z motywem wojny przetaczający się przez cały sezon. Już nie pamiętam, czy też miał być to serial ciągły ( tak jak BSG, czy Expanse ). Od paru odcinków mam wrażenie, że każdy odcinek to osobną historia. Motyw wojny jest wspominany, ale jak jest tak nużący, że Michael wpada w monotonię, tzn że ta wojna, aż taka ciekawa nie jest i nie warto jej poświęcaj uwagi. Nie jestem przekonany czy to jest właściwa droga.

Ogólnie odcinek uważam za dość dobry z paroma mankamentami.

Innym ciekawym wątkiem, jest coraz częściej wypominana serialowi Star Trek Discovery podobieństwo do gry „Tardigrades” . Jej zapowiedź i pierwsze filmiki pojawiły się rok przez oficjalnym ogłoszeniem rozpoczęciem prac nad serialem. Co ciekawe w grze przedstawiono pomysł przemieszczania się za pomocą przerosłego niesporczaka. Również główna bohaterka jest dość podobna, jak i para naukowców ( łącznie z tym że są parą ). Podobieństwo jest tak duże, że sam autor napisał krótkie podsumowanie, w którym przypomina, że to jest jego pomysł. Czy to jest możliwe, że z jednej strony osoby władające licencją Star Treka, rzucili się na Fan filmy, zwłaszcza Axanara, a z drugiej strony sami popełnili plagiat ?

Recenzja według Wookie

Muszę przyznać, że z odcinka na odcinek jest coraz lepiej. Tym razem dostajemy klasyczną dla Star Treka opowieść o pętli czasowej, która została nam podana w nowoczesny sosie. Przy okazji sam feeling serialu się poprawia. Już na samym starcie dostajemy „personal log” Michael Burnham – to kolejny smaczek, który powoduje, lepsze zagnieżdżenie Disco w uniwersum, a czego brakowało do w poprzednich epizodach. Zastanawiająca jest tutaj jednak notacja gwiezdnej daty (stardate). W dzienniku naszej bohaterki pojawia się data 2136.8, która przypomina raczej tą z Abramsverse niż z TOSa, tym bardziej, że te z oryginalnego serialu zaczynały się wcześniej – TOS 1×01 to data 1312.4. Daje to sporo do myślenia, że jednak Discovery nie dzieję się w oryginalnej linii czasowej, a co za tym idzie, rzuca nowe światło na nieścisłości w uniwersum i tym co przedstawia najnowszy serial. Jeśli faktycznie tak jest, to sporo grzeszków, z poprzednich epizodów będę w stanie twórcom wybaczyć.

Sama fabuła jest bardzo dobra i znów brak Klangonów wydaje się z tym korelować 😛 Na dodatek jestem fanem wszelkich odcinków Star Treka z tak zwaną pętlą czasową. Mimo, że sam temat wydaje się wtórny i odmieniony przez filmowców na wszelkie przypadki, to nie nudziłem się w tym przypadku i uważam, że to spora zasługa dobrego scenariusza i rewelacyjnej gry aktorskiej. Historia została w taki sposób zaplanowana, że nie było czasu na nudę, a rozwiązania w niej zawarte bardzo dobrze się oglądało. Jeśli miałbym się do czegokolwiek przyczepić, to do lekko zbędnego wątku miłosnego, który wydał mi się mocno wymuszony i trochę sztuczny. Jednak jest to niewielki mankament, a całość, naprawdę daje radę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jeśli ktoś nie jest fanem tego typu zabaw z czasem, to i tutaj stwierdzi, że oś fabularna odcinka nie zachwyca.

Jak zwykle, ogromnym plusem ?Magic to Make the Sanest Man Go Mad? są oczywiście postacie. Tak, wiem, powtarzam to w recenzji każdego odcinka, ale jest to naprawdę mocna strona tego serialu, którą bardzo cenie od samego początku. Tym razem gwiazdą odcinka jest bezwątpienia Harry Mudd. Wprawdzie miałem wrażenie, że tym razem jest on już zdecydowanie mroczniejszy, bardziej przebiegły, okrutny i bezwzględny niż beztroski i „hultajowaty” Mudd z oryginalnego serialu, ale dla mnie wypadł po prostu fenomenalnie. Rainn Wilson jest tutaj genialny i rewelacyjnie przekazuje emocje i charakter granej postaci. Do tego dochodzą rewelacyjne teksty jak: „I’m not mad, I’m Mudd!”, czy „Random Communications officer-man”, które są wisienką na torcie odcinka z jednej strony obnażając postać, a z drugiej są bardzo cennymi mrugnięciami do największych fanów uniwersum Star Treka. Krótko mówiąc Harry Mudd jest ozdobą tego epizodu i mam nadzieję, że jeszcze wróci do serii, mimo takiego a nie innego zakończenia jego historii, która swoją drogą jest chyba najsłabszym aspektem siódmego odcinka.

Drugą osobą, o której warto wspomnieć to bezpośredni przeciwnik Mudda w tej opowieści, czyli porucznik Stamets. Z odcinka na odcinek wydaje się on być coraz bardziej odurzony kosmicznymi zarodnikami z gzybonapędu, co pozytywnie wpływa na mój odbiór tej postaci :-P. Z aroganckiego naukowca a’la Sheldon Cooper zmienia się on w ciągle naćpanego śmieszka, który ma dostęp do niebezpiecznych eksperymentów na pokładzie USS Discovery. I faktycznie, wydaje się że w poprzednich odsłonach seriali spod znaku Star Trek, każdy oficer medyczny odsunąłby takiego oficera od służby, ale jak już wiemy okręt pod dowództwem kapitana Lorki rządzi się swoimi prawami i nawet mocno mnie to w oczy nie kole, a przy okazji dostajemy ciekawy comic relief. Nie potrafię w zasadzie tego racjonalnie wytłumaczyć, ale właśnie Stamets w takiej formie psychofizyczniej idealnie pasował jako przeciwnik Harry’ego Mudda.

Na wspomnienie zasługuje również Lorca, który wprawdzie nie miał za wiele czasu antenowego w tym odcinku, ale nie przeszkodziło to scenarzystom przemycenie kolejnej cechy charakteru kapitana. Chodzi o jego zachowanie w finałowej akcji odcinka, która świadczy o ogromnym zaufaniu jakim darzy on swoją załogę. Umówmy się, przychodzi do niego naćpany grzybami Stamets, buntowniczka Burnham i porucznik Tyler, którego zna od kilku tygodni i opowiadają mu o czym takim jak pętla czasowa i kryształ czasu, a on wierzy im i zgadza się na dodatek na ich plan. Niewątpliwie to dobra cecha dowódcy – posiadać takie zaufanie do swoich podwładnych.

O dziwo w tym odcinku nie zauważyłem żadnych niszczycieli uniwersum, co nie ukrywam, również mocno wpływa na pozytywną ocenę „Magic to Make the Sanest Man Go Mad”. Na dodatek jest sporo easter eggów, które w takich okolicznościach przyrody ( gdy Klangoni nie zaburzają nam odbioru, a samo odczucie odcinka jest bardzo trekowe) są czystą przyjemnością dla miłośników universum. Najfajniejszym dla mnie był gormagander, czyli gatunek ogromnego kosmicznego organizmu, który podróżuje w swobodnie w przestrzeni kosmicznej. Jest to ogromne nawiązanie do wielu innych tego rodzaju zwierząt, które mogliśmy spotkać w Star Treku na przestrzeni poprzednich serii. Kolejnym lepiszczem Discovery z resztą uniwersum jest Yellow Alert, którego procedurę wykorzystał Lorca podczas kontaktu z nieznanym obiektem w przestrzeni – znamy ten rodzaj alarmu z poprzednich serii i miło, że tutaj również jest wykorzystywany. Na wspomnienie zasługuje również Bank Betazoidzki, który wskazuje, że w Disco występuje ta dosyć znacząca dla Star Treka rasa obcych.

Słowem klasycznego podsumowania, „Magic to Make the Sanest Man Go Mad” jest jak do tej pory najlepszym odcinkiem Star Trek Discovery. Mamy tu wszystko, czego potrzeba. Fabuła wciąga, a na dodatek nie ma się wątpliwości, że ogląda się kolejny odcinek serialu spod szyldu Star Treka. Forma serii jest naprawdę zwyżkowa i mam nadzieję, że utrzyma się do końca sezonu. Nareszcie czuję, na każdym niemal kroku, że oglądam Star Treka. Niepokoić mnie zaczyna lekko tylko jedna rzecz, której wspomniał już Mavis – chodzi o wojnę. Ostatnie odcinki wskazują, że serial ma jednak formę one episode, one story, gdzie co gorsza w zasadzie wojna nie jest wyczuwalna. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to nic złego – przecież Star Trek zawsze tak prowadził fabułę, gdzie kolejne odcinki miały ze sobą raczej luźne powiązanie, jednak mamy 2017 rok,a Star Trek Discovery aspiruje do czołówki współczesnych seriali i dlatego właśnie mam obawy. Mam nadzieję, że obawy te są nie uzasadnione, a my będziemy się cieszyć Disco w takiej formie jak reprezentuje od dwóch odcinków jeszcze przez lata. Osobiście trzymam za to kciuki.