The Orville ? ?Majority Rule? ? sezon 1, odcinek 7, recenzja PIFKOwej załogi

Kolejne spotkanie z załogą USS Orville za nami. Tym razem kapitan Mercer i banda docierają na planetę, na której wszelkie publiczne decyzje podlegają głosowaniu, co powoduje pewne kłopoty. Szczególnie wtedy, gdy głupi wybryk nawigatora zbiera więcej znaczków potępienia, niż lajków… Nasze wrażenia możecie znaleźć poniżej.

Recenzja według Mavisa

Odcinek rozpoczyna się, zupełnie inaczej niż poprzednie odsłony. Mamy pokazaną scenę poranka , a więc budzik, poranna toaleta, śniadanie, w wykonaniu jakiejś nieznanej mi kobiety. Następnie wywiad z jakimiś mężczyznami, skazanie ich na jakąś dziwnie brzmiącą procedurę, przed którą jeden ze skazańców próbuje uciec. W wyniku czego zastaje postrzelony…. Przez chwilę zastanawiałem się czy włączyłem właściwy serial. Coś podpowiadało mi, że tak, ale wolałem się upewnić i sprawdziłem tytuł oglądanego materiału. Tak, oglądałem Orville. Tym razem serial nie rozpoczął się od dobrze znanych lokacji, czy osób. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Widz zostaje wrzucony na głęboką wodę, gdzie musi ogarnąć jakoś rzeczywistość. Od pieszego ujęcia twórcy dają nam do zrozumienia, że tym razem będzie trochę inaczej. I faktycznie tak jest – i to w bardzo, bardzo, bardzo, bardzo pozytywnym znaczeniu. Odcinek jest nafaszerowany różnymi wskazówkami ( nie wiem czy to odpowiednie słowo), w każdym bądź razie, widz dostaje szeroki materiał na głębokie przemyślenia. Ale pewnie powiedzie – Mavis przejdź do sedna. Otóż jeśli nie oglądaliście to zalecam obejrzenie tego odcinka ( lub przejście do kolejnej recenzji, poniżej ) , bo będę mocno spojlerować.

Pewne zawężenie tematu dodaliście już na wstępie, ale po kolei. Zaczniemy od bardzo mocnego Star Trekowego motywu : obca cywilizacja, na poziomie ziemi z początku XXI wieku, z tą różnicą, że rządzi tu Totalna Demokracja, w postaci medium społecznościowego, w którym każdy mieszkaniec planety można głosować za, lub przeciw. A więc mamy tu połączeni dwóch spraw, utopijnej demokracji, oraz wizji władania Światem, zarządzaną niczym wielką Twarzo-Książką. Dla mnie jest to genialne połączenie dwóch tematów, które zostały świetnie dobrane i przedstawione. Co ciekawe, mamy pokazanych tu kilkanaście aspektów, jak taki system funkcjonuje. Jego wady i zalety. Głosowanie „lajkami” jest zarazem tak współczesne naszemu Światu. Nadal nie mogę uwierzyć, że scenarzyści tak znakomicie przedstawili ten temat i jak świetnie zrealizowali wizje Rottenberego.  Co mi się ogromnie podoba w tym odcinku, to fakt , jak autorzy przedstawili zagrożenia płynące w takim ustroju. A więc mamy tu sklepikarzy, którzy oferują fałszywe „dowody”, mamy pochlebstwa, które są wypowiadane przez jednego obywatela, do drugiego, tylko po to, aby dostać jeden punkt więcej. Mamy staruszkę, która za czasów młodości, dostała wiele negatywnych opinani, i mimo, że przez lata zmieniła się, czy wręcz „wyrosła”, to teraz ponosi tego konsekwencje. System jest bezlitosny, każdy minus jest permanentny i zostaje do końca życia. Dodatkowo widzimy, jak prowadzący programy telewizyjne wpływają na opinie publiczną – podczas „procesu” sternika byli negatywnie nastawieni na niego. Nik tez nie chciał tak naprawdę poznać drugiej strony. W sumie to kapitan wykorzystał manipulacje masami, do uratowania swojego załoganta. Naturalnie mamy też pokazane, jak społeczeństwo wykorzystuje władzę, miałem wrażenie, że scenarzyści chcieli pokazać, że większość mieszkańców nie ma czasu na wnikliwe przeanalizowanie sprawy, i tak jak to bywa w portalach społecznościowych sugerowali się pierwszym ( mylnym ) spojrzeniem. Ostatnim nawiązaniem do klasyki Star Treka, było przeciągnięcie przypadkowej przedstawicielki planety na stronę załogi Orvilla. Na koniec jeszcze dodam ( taki prztyczek do ST:Discovery ), że bardzo podobał mi się jeden dialog,  podczas lotu wahadłowcem. Lysella na widok statku mówi „(statek) jest taki duży”, na co Alara odpowiada” USS Orville  jest średniej wielkości, powinnaś zobaczyć ciężki krążownik”. Dlaczego mi się podoba ten dialog ? Bo w poprzednim odcinku widzieliśmy ową jednostkę, dlatego doskonale wiemy  jaki jest wielki.

Odcinek bardzo mi się podobał, dlatego nie mogę się doczekać kolejnego – Polecam.

 

Recenzja według Wookiego

Co tu dużo mówić… Kolejny genialny odcinek „The Orville”. Ponownie Sethowi MacFarlane’owi udało się stworzyć odcinek, który z jednej strony składa hołd Star Trekowi, a z drugiej przedstawia w miarę oryginalną historię i daje pretekst do głębszych przemyśleń. Niektórzy mogą zarzucić, że „Majority Rule” to epizod, który ma podreperować budżet serialu – XXI wiek, scenografia to po prostu miasto, a obcy wyglądają jak ludzie. Normalnie nawet bym się zgodził z tymi zarzutami. Jednak w tym przypadku jest to dla mnie nie tyle pójście na łatwiznę (i taniznę), ale mocne mrugnięcie okiem do fanów Star Treka. Niejednokrotnie przecież, niemal w każdej serii widzieliśmy podobne odcinki – a to cofnięcie w czasie, a to odkrycie ludzi na dalekiej planecie, a to o dziwo znalezienie obcych, którzy wyglądają i zachowują się jak Ziemianie z jakiegoś tam historycznego okresu. Dla mnie zagrało to tutaj super i ani mi przez myśl nie przeszło, że nie jest to zrobione z premedytacją, a nie z potrzeby portfela. Jest jeszcze jeden motyw, który to podkreśla. A mianowicie cel, dla którego Orville wraz z załogą odwiedza tę dziwną planetę. Mianowicie, trzeba uratować dwóch antropologów, którzy badali tę niezwykłą cywilizację, wtapiając się w tłum, ale miesiąc wcześniej słuch o nich zaginął. Czy można jeszcze bardziej nawiązać do Star Treka? Nie sądzę 😀

Sama historia przedstawiona w odcinku, też jest nie najgorsza. Społeczeństwo, w którym prawo zastąpiła opinia publiczna i to ona decyduje, o zrobić ze skazańcem jest bardzo niepokojąca. A robi się gorzej, jeśli dodam, że złych uczynków praktycznie nie można w żaden sposób wymazać – jest nawet scena, gdzie dojrzała, schudnie i dobrze wyglądająca kobieta, nie może dostać kawy w kawiarni, bo ma za dużo dislike’ów (czy downvote’ów, jak nazwano to na tej planecie), które nazbierała w młodości, kiedy mocno szalała. Daje to do myślenia i może nawet trochę smuci, bo sporo tej wizji, tak naprawdę dzieję się obecnie w naszej rzeczywistości – medialny lincz, to przecież norma. Całe szczęście, że w przypadku naszego świata, przeważnie nie prowadzi do lobotomii.

Sam trzon tej fabuły jest naprawdę dobry, chociaż nie aż tak oryginalny – a przynajmniej z tą oryginalnością spóźniony, bo rok temu rewelacyjny serial „Black Mirror” podjął ten temat z jednym ze swoich odcinków (3×01 „Nosedive”).  Niestety lekko psuje to wszystko przewidywalność, jednak to w zasadzie też już znak rozpoznawczy „Orville’a”, bo przecież nie kto inny tylko niesforny nawigator podpada społeczeństwu. Fakt, dzięki takiemu rozwiązaniu, lepiej poznajemy społeczeństwo planety i to jest bardzo fajne, jednak z drugiej strony w żaden sposób nie emocjonowałem się losem Johna LaMara, bo byłem spokojny jak to wszystko się skończy. Osobiście aż tak mi to nie przeszkadzało, bo przez cały seans byłem pod wrażeniem, że znów udało się fenomenalnie przemycić ducha Star Treka do tego serialu.

„Majority Rule” jest kolejnym rewelacyjnym odcinkiem. Znowu daje do myślenia i przedstawia problem chyba jak do tej pory najbliższy naszym realiom. Wizja społeczeństw, w którym media społecznościowe i talk show decydują o losie człowieka jest przerażająca, bo nie aż tak odległa od tego, co dzieję się na naszym podwórku. Wszystko to, na dodatek jest okraszone hołdem do Star Treka i po raz kolejny czułem się podczas oglądania The Orville, jakbym oglądał zaginione odcinki serialu stworzonego przez Gene’a Roddenberry’ego. Polecam i uważam, że każdy miłośnik science-fiction powinien się pochylić nad tym dziełem Setha MacFarlane’a.