Star Trek Discovery ? ?Lethe? ? sezon 1, odcinek 6, recenzja

Sarek, przybrany ojciec głównej bohaterki i jednocześnie biologiczny rodzic Spoka – jednej z najsłynniejszych postaci w Star Treku, zostaje wysłany na misje dyplomatyczną, a na jego życie przeprowadzony jest zamach. Na ratunek rusza Michael Burnham z nowymi kumplami z USS Discovery. Brzmi ciekawie, ale jak było według członków PIFKA?

Recenzja według Mavisa

W ramach wstępu napiszę coś o sobie, a raczej dlaczego jestem tak czepialski, jeśli chodzi o recenzje USS Discovery. Wiąże się to głównie z faktem, że jestem fanem tego uniwersum, któremu zależy aby kolejna odsłona serialowa była naprawdę dobra i pretendowała o pierwsze miejsce, przewyższając jakościowo nawet takie seriale jak „The Expanse”. Chodzi mi o fabułę, wiarygodność, rzetelność, o wszystkie te dobre cechy, które nie pozwolą widza oderwać od siebie uwagi. Kilka efektów specjalnych nie załatwi sprawy… Dlatego być może jestem taki srogi, bo mi naprawdę zależy… Niestety serial nie ułatwia mi tego zadania… Ba! Nawet kładzie mi kłody pod nogi…

A pierwszym pniakiem, którym widz dostaje jest Holodeck, na pewno Wookie rozwinie ten temat, jako niszczyciela kanonu. Ja ograniczę się do oczywistości. Każda nowa  technologia najpierw ma zastosowanie wojskowe, a dopiero potem trafia do powszechnego/cywilnego użytku. Mając technologię holodecków, Gwiezdna Flota mogłaby tworzyć obrazy innych okrętów (tak jak pokazano to w serialu ST:Voyager), czy innych niewyobrażalnych podstępów. Jest to technologia niewykorzystana w tej wojnie. Nawet fakt możliwości kontaktowania się na wielkie odległości (w formie hologramów) jest pomijany i nie wykorzystywany. To nie ma sensu. Wracając do fabuły. Kapitan Lorca zaprzyjaźnia się z nowym nabytkiem, czyli Ashem Tylerem. I od samego początku mamy wciskaną głupotę, jaką jest przeprowadzanie wywiadu/przesłuchiwanie Asha. Jeśli jest podstawioną osobą, to totalnie nie powinna się spodziewać przesłuchania. W ogóle nie powinna być przygotowana na taką sytuacje. A jednak głównym argumentem uwiarygadniającym (przynajmniej ja tak to odebrałem) to fakt, że Kapitan sprawdził na mapie że Luboń znajduje się pod Poznaniem (naturalnie nazwy miast zostały zmienione). Nie oglądał akt, nie porównał danych biologicznych, nie wykonał żadnej holograficznej rozmowy… I na dodatek zrobił coś, co ostatni raz widziałem w serialu „Terra Nova”, czyli obsadził jakiegoś nowo spotkanego ziomka na stanowisku głównego oficera ochrony (czy jak to tu, te stanowisko się zwie). Nie chodzi mi o nagłe awanse, tak jak to było w Star Treku z 2009 roku, gdzie Kirk został Pełniącym Obowiązki Kapitana. To jest inna sytuacja, Kapitan Pike znał Kirka i wszystkich, których awansował. Lorca, jako psychopata po prostu stwierdza: umiesz walczyć, dostajesz stanowisko. Dlaczego? Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co już się dowiedzieliśmy o Kapitanie.

Ok, chwila przerwy. W odcinku podobały mi się sceny pokazujące planetę Wolkan, samego Sareka, oraz  jego zieloną krew. Ciekawym rozwiązaniem wydał mi się motyw, dlaczego Burnham nie dostała się do Wolkańskiej Grupy Ekspedycyjnej. Lorca też mocno zapunktował u mnie w tym odcinku, ale o tym troszkę później. Wracając do Sareka,  kto wpadł na nielogiczny sposób zabicia go przez samozapłon? Wystarczająco dużo czasu, aby wyjawić plan zagłady oraz dać przeciwnikowi czas na reakcje. To chyba był szczyt złożoności fabularnej, jaki serial widzowi oferuje.. Mavis myśl pozytywnie… myśl pozytywnie, przecież wszystkiego scenarzyści nie skopali… A i faktycznie wspominany Kapitan, jest najbardziej interesującą postacią serialu. Idzie do celu po trupach, jest cyniczny i ma odchyłki, jest psychopatą. Wykorzystuje panią admirał… tak to jest odpowiedni dobór słów, „wykorzystuje” każdą możliwość, aby realizować cel. Ma gdzieś procedury, rozkazy Gwiezdnej Floty. Jest klasą samą w sobie. Właściwie po co w serialu psełdoKlingoni, skoro całą śmietankę spija Lorca ?

Jestem zawiedziony… Już sądziłem, że pod względem wizualnym Star Trek Discovery stanie na wysokości zadania. W chwili kiedy usłyszałem tekst „krążownik Admirał (…)” pomyślałem „jejku pokażą inny statek Federacji, pokażą dwa okręty Gwiezdnej Floty… no może pokażą jak wahadłowiec przelatuje od statku do statku” (przecież nie muszą używać telereporterów)… Niestety nie doczekałem się… Mimo ogromnego budżetu (i tak jak ze stacją z poprzedniego odcinku), twórcy serialu nie uraczyli widzów pokazaniem innego statku… Jak można upaść tak nisko? A jak już jestem przy technikaliach. To w pierwszej ćwiartce serialu ruch kamery był dla mnie nie do zniesienia. Kamerzysta miał parkinsona? Wszystko się trzęsło, jak podczas turbulencji. Oczy mnie bolały, od tak skaczącego obrazu, a to nigdy nie jest przyjemne uczucie.

„DISCO” co? Polo? To jest firmowy T-Shirt który pójdzie w obieg? Gdybym nie zwrócił na to uwagi, kompletnie nie wiedział, bym że to ma coś wspólnego z marką „Star Trek”… Tak więc tradycyjnie na sam koniec porozmawiajmy o bublu scenarzystów jakim jest Michael Burnham. Muszę przyznać, że o ile w scenach z Sarekiem wypadła całkiem nieźle, to w kontaktach z Ashem i Merida Waleczną jest istną kopalnią niedoróbek. Niby zaczyna mieć kontakt z rudowłosa (jakoś nie umiem przyswoić sobie imienia tej postaci) po siedmiu latach, życia wśród ludzi… Nic dziwnego, że nie umiała się dogadać z Kapitan Georgiou , a przecież niby się przyjaźniły. W kontaktach z Ashem nagle połyka kij od szczotki. Niestety gra aktorska jest na tyle słaba, że od razu widać, w których momentach aktorka przechodzi w tryb wolkańskiego dupka tylko po to, aby za chwilę zachowywać się „normalnie jak człowiek”. Dla mnie to jest tak niekonsekwentnie napisana postać, że nie mogę na to patrzeć. To jest złe. Jest to najsłabsza i najmniej konsekwentna osoba o profilu „Wolkanina” w całym pięćdziesięcioleciu istnienia uniwersum.  Jest to tak słabe, że przyćmiewa inne rzeczy, o których jeszcze chciałem napisać…ale nie mam sił już, chce o tym zapomnieć. No cóż, przyjdzie mi jeszcze cierpieć (obym się mylił) przez kolejny drugi sezon, który został właśnie oficjalnie potwierdzony.

Ocena końcowa – Star Trek Discovery niestety nie jest jak dobrym serialem jak The Expanse, Scenariusz jest napisany przez osoby, które nie mają pojęcia o pozostałych produkcjach Star Treka. Serial jest nastawiony na współczesne trendy, w tym najgorszym możliwym znaczeniu. Efekty specjalne są świetne, jednak nie pokazują tego co powinny. Mam wrażenie, że większość rzeczy dzieje się tu na opak. Choćby ułożenie ręki Sareka, włączająca transponder lokalizacyjny. Ułożenie w ten sposób dłoni jest nielogiczne i nienaturalne. Będąc rannym trzeba naprawdę wiele wysiłku włożyć, aby wygiąć w ten sposób rękę. Ba, nawet będąc osobą zdrową jest to trudne zadanie. Wiem, bo próbowałem… bez sensu, ładu, składu i logiki.

Recenzja według Śmiecha

Będę odrobinę polemizował z Mavisem, bo ja po seansie nie miałem aż tak złego zdania o tym konkretnym odcinku. Ośmielę się nawet powiedzieć, że tendencja jeśli chodzi o jakość poszczególnych epizodów jest jednak wzrostowa (i jakby bardziej trekowa). A przynajmniej nie ma tu tylko i wyłącznie samych wad.

Do plusów zaliczam przede wszystkim klimat i wzajemne relacje głównej bohaterki do załogi. Widać naprawdę niezłe zalążki przyjaźni między nią i Tilly, a w dodatku reszta załogi też przestaje strzelać focha na jej widok. Dostaliśmy w końcu comic relieve’a  w postaci Stametsa, który po kontakcie z grzybkami zachowuje się jak nawalony niezłym ziołem. 🙂 Przyznaję, że jego kwestie podczas rozmowy z kapitanem i Burnham przesłuchiwałem kilka razy, za każdym nieźle się śmiejąc.

Do zalet trzeba też dodać sam pomysł na odcinek. Mamy Sareka udającego się w dyplomatyczną misję, by zakulisowo – bez wiedzy ludzi i Federacji – spróbować wynegocjować coś, co pomoże zbliżyć koniec wojny z Klingonami (czy cokolwiek by to nie była za rasa). Pomysł jest ciekawy, bo po pierwsze mamy nie tylko dążeń do siłowej konfrontacji, tylko trekowe próby dyplomacji, a po drugie dowiadujemy się czegoś o Wolkanach.

Muszę też troszkę obronić odcinek przed Mavisem, a konkretnie jego ataki na scenę badania przez kapitana historii Asha. Nigdzie nie jest powiedziane, że kapitan sprawdzał tylko i wyłącznie miejsce pochodzenia i wychowania Asha. Przykład z geograficzną bliskością dwóch miejsc to tylko jeden z wielu elementów tego, co mógł zakulisowo badać kapitan Lorca – to zostało powiedziane na ekranie wprost, ale Kapitan wykazuje się wiedzą również o matce Asha, a zatem mógł wiedzieć więcej, niż mówił. Dla mnie scena oznaczała tylko finał badań, a pytanie o miasto pochodzenia było tylko wisienką na torcie. Zresztą… Ja też nie zawsze mówię ludziom spoza Wielkopolski gdzie mieszkam, bo nie wszyscy muszą znać tak małą mieścinę. Często mówię „koło Poznania” – zupełnie tak, jak Ash odpowiedział „Seattle”.

I tu niestety zalety się chyba kończą, a człowiek zauważa że wad jest ciągle więcej. Może to drobne drzazgi, ale uwierają.

Pierwszy drobny „zonk”, to replikator zachwalający wytworzone jedzenie. Serio! Przy wyjmowaniu żarcia z replikatora można było usłyszeć „smaczne i odżywcze”, albo „doskonałe źródło przeciwutleniaczy”. To jednak jest komedia czy Sci-fi na poważnie? To tak, jakby w naszym świecie kupować na stacji benzynowej kawę na drogę, a sprzedawca zacząłby w momencie jej wydawania zachwalać wyższość zawartej w niej kofeiny nad chemią w innych płynach. Może się czepiam, ale to jest maszyna, do cholery!

Wreszcie „cr?me de la cr?me”, czyli walka Michael z Sarekiem. Nic nie było widać na ekranie. Kto uderzył? Kto oberwał? Jak się ruszali walczący? Nienawidzę takiego pokazywania dynamicznych scen, jak to zaprezentowano tutaj. Cięcia są bardzo szybkie, ale nieskoordynowane, w dodatku co chwilę z innego miejsca przy obracających się bohaterach. Nie wiadomo nawet, czy tłukli się uderzając, kopiąc, czy siłując jak w zapasach. Dla porównania pooglądajmy sobie choreografię mistrza gatunku, czy Jackie Chana. Wiem, że to nie ten poziom, ale chodzi o pokazanie różnicy. Sam Chan wspominał, że jeśli nie widać na ekranie momentu uderzenia, czy kontaktu walczących, to jest to źle pokazana walka, w której montaż ma tylko zasłonić wszelkie niedoróbki. Zgadzam się.

Na koniec zostawiam sobie kapitana Lorcę. Niektórzy zachwycają się ta postacią, ale dla mnie to ewidentnie nietrekowy charakter. Szybki numerek z panią Admirał tylko po to, żeby dać więcej czasu Burnham na ekspedycję ratunkową – a tak odebrałem jego motywy – to cios poniżej pasa. Inny przykład: z jednej strony zachwyca się Tylerem i daje mu w ojcowskiej rozmowie fuchę jednego z najważniejszych oficerów na pokładzie, ale kilka minut później, tuż przed startem misji ratunkowej, szepcze mu do ucha, że jeśli coś się stanie Burnham, to może nie wracać w ogóle z misji. To jest kapitan Star Treka? Czy tak w ogóle zachowuje się kapitan na jakimkolwiek statku, gdzie ważne są morale załogi? A co mam myśleć o oddaniu w ręce wroga admirała swojej floty (również przyjaciółki i prawdopodobnie „ex”) tylko po to, żeby zachować stołek?

Diagnoza postawiona przez admirał Cornwell jest według mnie prawidłowa: to jest psychopata i jako taki ma problemy ze sobą oraz jest niebezpieczny dla otoczenia. Nie jest to wada sensu stricte i z pewnością Lorca to świetny materiał na bohatera wielu opowieści (pewnie stąd zachwyty części widzów), ale na pewno nie Star Treka.

I pomyśleć, że jednym z producentów jest syn Gena Roddebnery’ego i Majel Barrett: sam Rod Roddenbery. Quo Vadis, Star Trek?

A swoją drogą zauważyliście, jak bardzo Klingoni (czy tam coś) i Wolkanie są do siebie podobni? 🙂 I jedni i drudzy to nieźli rasiści.

Recenzja według Wookiego

Mi zatem nie pozostało nic innego, jak tylko polemizować obydwoma moimi przedmówcami. Po pierwsze, i żeby sprawa była jasna raz na zawsze: WOLKANIE TO RASA ZAŁOŻYCIELSKA FEDERACJI, więc tak, są w Federacji i zawsze byli. 😀 Pozostałe zarzuty Śmiecha co do tego odcinka są w miarę sensowne, ale są moim zdaniem tak nieistotne w kwestii całego odcinka, że osobiście mi aż tak nie przeszkadzały. Nie rozumiem natomiast krucjaty Mavisa, bo uważam, podobnie jak Śmiecho, że to najlepszy jak do tej pory odcinek Star Trek Discovery. Powiem więcej, w końcu, dopiero w szóstym odcinku poczułem tutaj prawdziwego ducha Star Treka.

Cała oś fabuły była na wskroś trekowa – misja dyplomatyczna, zaginiony wahadłowiec, a nasza dzielna załoga leci na ratunek. Czego chcieć więcej? Do tego wszystko podane w nowoczesnym sosie, czyli nie mamy tu dłużyzn i pojedynczego wątku, ale oprócz tego poznajemy coraz lepiej kapitana Lorcę oraz podobnie jak już miało to miejsce ostatnio, inne postacie na pokładzie USS Discovery. W końcu czułem się, jakbym oglądał TOSa na sterydach. Tak, z drugiej strony nie było tutaj nic oryginalnego, ale jednak pocieszenie jest takie, że mi Wolkan nie spieprzyli tak jak Klangonów, a sama historia Sareka i Michael była dla mnie całkiem interesująca. Nowy Sarek jest dla mnie rewelacyjny, mimo maski braku emocji, czułem to co się pod nią tak naprawdę kryło. Zdecydowanie lepiej wypadł niż ten, którego mogliśmy poznać w najnowszej trylogii filmowej. Cała ta skomplikowana relacja między nimi, która przez tyle lat kipiała i w końcu dzięki atakowi wolkańskich terrorystów i bliskiej śmierci Sareka zaczęła dążyć do pozytywnego zakończenia, a przede wszystkim nastąpiło zrozumienie siebie na wzajem. Bardzo mi się podoba jak scenarzyści rozwijają postać Michael i cieszę się, że tak dobrze wykorzystali postać Sareka. Oczywiście, cały czas się zastanawiam, dlaczego Spock nigdy nie wspomniał o Michael, ale poza tym bardzo przypadł mi do gustu ten wątek. Do tego, w historii  nie zabrakło ciepłej i uczuciowej Amandy Greyson oraz logicznych, ale też przez to często okrutnych Wolkan, którzy znów są pokazani, podobnie jak wcześniej w Enterprise i Star Trekach Abramsowych jako rasiści. Wszystko to okraszone ładnymi scenografiami samej planety. Jest po prostu dobrze. Ale to, co jest tutaj najważniejsze, to nawiązanie do naszego realnego świata i obecnej sytuacji – jest fanatyzm, jest terroryzm, jest wspomniany rasizm i do czego może to doprowadzić nawet tak logicznych Wolkan. Nie jest to może tak mocne jak przesłanie TNG w swoich najlepszych latach, ale cieszę się, że zmuszanie do przemyśleń wróciło do Star Treka.

Kapitan Lorca to już zdecydowanie moja ulubiona postać i to, że nie dostajemy po raz kolejny cnotliwego rycerza w lśniącej zbroi jest dla mnie bardzo ciekawą odmianą. Oczywiście sama odmiana by nie wystarczyła, ale na szczęście dowódca USS Dicovery jest po prostu świetnie napisany i zagrany. To, że jest cyniczny i jest psychopatą wiadomo było w zasadzie od trzeciego odcinka, gdy go poznajemy. Jednak teraz doszedł jeszcze kolejny motyw, który tłumaczy jego zachowanie, czyli PTSD (zespół stresu pourazowego). Widać, że najpierw USS Buran, a później porwanie przez Klangonów odcisnęło ogromne piętno na psychice Gabriela Lorki do takiego stopnia, że starzy przyjaciele, tacy jak admirał Cornwell, nie mogą uwierzyć jak bardzo się zmienił. Całość daje wybuchową mieszankę, która mi bardzo przypadła do gustu. Co więcej widzimy w tym odcinku jak ważny jest dla niego okręt i jak wiele jest w stanie poświęcić, aby utrzymać dowództwo. Wieloznaczność samego zakończenia i wysłania admirał na rokowania pokojowe – dla mnie bomba. Ciągle nie wiem, czy Lorca liczył na to, że Klangoni ją pojmają lub zabiją, czy tylko chciał dać sobie czas, żeby coś wykombinować, by ją przekonać gdy już wróci z rokowań, a może było jeszcze inaczej i sam planował spowodować „nieszczęśliwy wypadek” promu admirał Cornwell. Podoba mi się też konsekwencja kapitana, to znaczy na każdym kroku twórcy serialu pokazują, że zdecydowanie jest to dowódca jakiego znaliśmy do tej pory z uniwersum. Mocno zapadły mi w pamięć słowa typu: „Zasady są dla admirałów… Ja tu się staram wygrać wojnę” oraz mój ulubiony: „Sprowadź ją [Burnham] w jednym kawałku, albo w ogóle nie wracaj”. Który wcześniejszy kapitan coś takiego mówił? No żaden, i rozumiem, że może to nie przypaść do gustu, ale mi przypadło i to bardzo.

Pozytywy w kontekście postaci nie kończą się jednak tutaj. Na plus zasługują też inni członkowie załogi Discovery. Chemia i flow w jakim były Michael, Tilly i Ash na początku odcinka były świetne. Wróciło dobre wspomnienie pierwszego odcinka i pokazanie relacji trójki oficerów USS Shenzhou. Z jednej strony to Burnham jest mentorką młodej ambitnej kadetki, ale z drugiej strony jeśli chodzi o relacje z innymi załogantami jest całkiem na odwrót. I tutaj będę bronił Michael i jej nagłych zmian emocjonalnych, są one takie nagłe nie bez przyczyny i ucieka w wolkańską naturę zawsze gdy czuje się niepewnie, chociażby w sytuacji, gdy ktoś pyta, czy to „TA” Michael Burnham, pierwsza buntowniczka i przyczyna wojny z Klangonami. Było to tutaj bardzo fajnie oddane i jeszcze lepiej zamknięte klamrą na końcu odcinka, gdy Michael i Ash przedstawiają się sobie jeszcze raz.

Na pochwałę zasługuję u mnie też porucznik Stamets, który podobnie jak u Śmiecha, wywołał u mnie rozbawienie, a przy okazji był dostarczycielem kolejnej porcji technobełkotu, tak bardzo potrzebnej i charakterystycznej dla każdego serialu spod szyldu Star Trek. Z mniejszych pozytywów dodam wspomnienie nazwy Constitution-class i samego USS Enterprise’a. W takim klimacie, jaki stworzył ten odcinek, aż miło się słucha takich nawiązań do uniwersum. W końcu też, bardziej zwróciłem uwagę na muzykę w odcinku, która bardzo dobrze dopełniała opowiadaną historię. W poprzednich epizodach, no może poza pilotem, w zasadzie dla mnie nie istniała, wiem, że tam była ale kompletnie była przeze mnie ignorowana. Na koniec ta kontrowersyjna koszulka „Disco”, która mi się bardzo podoba i sam chętnie bym taką założył, pod warunkiem oczywiście, że właśnie w takim kierunku, jaki przedstawiono nam w „Lethe” ten serial będzie dążył.

Rzecz jasna mimo tak zwyżkowej formy, odciek na też swoje wady. Głównym jest jednak przewidywalność pewnych wydarzeń – jak zobaczyłem generycznego Wolkanina wsiadającego z Sarekiem na statek, wiedziałem, że coś wywinie. Podobnie misja admirał z końca epizodu i powód, przez który Michael nie została przyjęta do Wolkańskiej Grupy Ekspedycyjnej (nie mylić z Wolkańską Akademią). Co mnie jednak najbardziej wnerwiło i popsuło odbiór to jeden z największych niszczycieli uniwersum zaraz po Klangonach i grzybonapędzie, czyli pieprzony holodeck. I nie, to że wystąpił wcześniej w Enterprise u innej, powtarzam innej rasy nie usprawiedliwia tego, że teraz nagle okręty Gwiezdnej Floty są wyposażone w te urządzenia, ale za 10 lat je zdemontują i zapomną na 100 lat? czy jak czort? Powiedzcie mi drodzy scenarzyści, dlaczego tak bardzo gwałcicie to uniwersum, gdy widać, że jak się postaracie potraficie zrobić niezły odcinek, z trekowym klimatem nawet, bez debilnych napędów, prawie bez Klangonów i innych głupot, na które wpadliście, bo tak będzie fajnie?

Ostatnią rzeczą, o jakiej chciałbym wspomnieć, to efekty specjalne i to raczej w negatywnym kontekście. Podobnie jak Mavis, gdy usłyszałem, że admirał przyleciała swoim okrętem, pomyślałem, super,  zobaczymy inny statek Gwiezdnej Floty.  Niestety, tutaj mocno przyoszczędzono na efektach komputerowych. Tyle, że uderzyła mnie inna rzecz. Federacja 10 lat przed Kirkiem praktycznie nie używa transporterów – admirał Cornwell przylatuje promem na Discovery, zamiast klasycznego i powszechnego w innych serial teleportu. Niestety to też zaczynam klasyfikować jako niszczyciela uniwersum. Ale wracając do efektów wizualnych, to największy problem miałem z mgławicą, do której lecieli nasi bohaterowie ratować Sareka. Wyglądała jak świecące wymiociny po zjedzeniu kilku kilogramów skitlesów. Ohyda. Co więcej, mam wrażenie, że sam render Discovery jest jakiś uboższy i trochę trąci myszką. Gdybym był uszczypliwy dodałbym, że widocznie cała kasa na efekty idzie na charakteryzację Klangonów. 😛

Podsumowując, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony szóstym odcinkiem Star Trek Discovery. Nareszcie poczułem w nim prawdziwego Star Treka i dostrzegłem odrobinę nadziei, że serial ten będzie godzien całej spuścizny, jaką świadomie lub nieświadomie musi nieść na barkach. Jeśli taki poziom utrzyma się do końca sezonu, to będę w marę zadowolony. Czy jest szansa na dobicie do poziomu Expanse? Żadnych. Czy jest szansa na to, że będzie to w końcu Star Trek pełną gębą? Niewielka ciągle się tli, a dzięki „Lethe” świeci nieco mocniejszym światłem. W kontekście tego odcinka nawet cieszę się, że będzie drugi sezon i nawet po cichu liczę, że jakoś wybrną z wielu niszczycieli uniwersum jakie twórcy popełnili.  No i powróciło oczekiwanie z niecierpliwością na kolejny epizod, więc jest całkiem dobrze.