Star Trek TOS: The Paradise Syndrome – recenzja (odcinek 3×03)

Załoga Enterprise zwiedza planetę której grozi zagłada. Znajdują tam rasę inteligentną czyli Indian. No krew mnie zaleje. Mając do dyspozycji nieograniczoną wyobraźnię twórcy stawiają na Indian. Ech.. obok obozowiska (Spock nawet wymienia mix plemion z jakich się wywodzą) jest tajemniczy obelisk z jeszcze dziwniejszymi znakami. W trakcie obserwacji Kirk wpada do środka obelisku i traci pamięć. Niestety Spock i McCoy nie mogą go szukać od razu bo muszą lecieć zniszczyć asteroidę która ma zamiar uderzyć w tę planetę jednego plemienia. Ciekaw jestem co na to pierwsza dyrektywa… Musze też przyznać, że chyba nigdy nie widziałem tak łopatologicznego tłumaczenia jak to które zaprezentował Spock w rozmowie z McCoyem. Podczas gdy statek walczy z asteroidą Kirk zostaje znaleziony przez plemię, uznany za Boga i bierze ślub z córka wodza (jakżeby inaczej). Enterprise wraca, Spock rozgryza jak dział ten obelisk i on też (obelisk nie Spock) ratuje planetę. Słabiutki ten epizod. Sam pomysł Indian jest słaby, motyw z obeliskiem mi się podobał tylko mam tu mały problem. W jednym z odcinków 2 sezonu Kirk i ferajna spotykają rasę która wysłała nasiona do całej galaktyki. Teraz mówią nam o jakiejś rasie ratowników którzy zabierali istoty ze swoich planet co miałoby niby tłumaczyć czemu są tutaj same humanoidy. Wolałbym żeby trzymali się jednej wersji. Jedno co mi się spodobało w tym odcinku to motyw tytułowego syndromu raju czyli naszej tęsknoty za spokojem, naturą. Coś w tym jest, że im mamy lepszą technologię tym bardziej odsuwamy się od zwykłego prostego życia. Warto się nad tym zastanowić.