Star Trek Discovery – „Choose Your Pain” – sezon 1, odcinek 5, recenzja

Za nami kolejny odcinek serialu „Star Trek: Discovery”, w którym kapitan zostaje uprowadzony przez Klingonów, a załoga szuka sposobu na jego ratunek. Tym razem scenarzyści dali widzom kilka mrugnięć okiem i nawiązań do starych seriali, ale czy jest to w stanie uratować poziom tego, co oglądamy?

Recenzja według Śmiecha

Przyznaję szczerze, że „Choose Your Pain” to pierwszy odcinek Star Trek Discovery, na którym po raz pierwszy w czasie seansu kilkukrotnie się uśmiechnąłem. Nie dlatego, że zobaczyłem coś zabawnego, czy komediowego, ale z powodu nawiązań do starszych Treków i jakby poprawy klimatu.

 

Zaczęło się dość niewinnie. W pewnym momencie Saru prosi komputer o wyświetlenie listy najbardziej udekorowanych kapitanów w historii i dostajemy pewną listę, na której pojawiają się same znane postaci. Może to niewiele, ale stwierdzam, że to w końcu jakieś nawiązanie, które do mnie trafia. Szkoda tylko, że scenarzyści potrafią zadbać o takie drobnostki, a rozwalają serial na innych, dużych kwestiach jak mundury, wygląd i zachowanie Klingonów, napęd grzybkowy, itd.

Kolejny raz, gdy poczułem, że jest lepiej to scena w więzieniu, gdy Harry Mudd chyba po raz pierwszy w serialu wypowiada ikoniczne zdanie „to boldly go, where no man has gone before„. Mniejsza z tym, że w jego ustach brzmi jak oskarżenie, a samym hasłem chce podkreślić różnice w poziomie życia członków Gwiezdnej Floty i zwykłych ludzi. W ST nie zawsze było różowo. Chodzi o to, że czekałem na to sformułowanie i w końcu się doczekałem.

Ale najważniejsza kwestia dotyczy samego klimatu odcinka i relacji między załogantami USS Discovery. Pod nieobecność kapitana załoga się jednoczy – również odrzucana wcześniej Burnham – i wspólnie szukają jakiegoś rozwiązania. Udaje im się nawet osiągnąć coś na kształt szacunku, czego bardzo brakowało mi wcześniej. Teraz najlepsze: nawet jeśli ktoś (Saru) nie do końca ufa Burnham, to w ostatniej scenie gotów jest docenić i przeprosić.

Całość jest okazją do tego, żeby – w końcu! – pokazać dokładniej kogoś innego, niż główna bohaterka, której jest tutaj zadziwiająco mało. Nareszcie dowiadujemy się czegoś więcej o Stametsie (naukowiec od napędu grzybkowego), lekarzu pokładowym oraz samym kapitanie. Bomba, tylko dlaczego musieliśmy przebrnąć przez cztery średniej jakości odcinki, żeby dopiero teraz dostać coś na kształt Treka?

Oczywiście odcinek nie jest idealny. Wkurzają rzeczy duże, jak niesporczak, i drażnią rzeczy małe. Szczególnie zapadły mi w pamięć dwie sytuacje. Pierwsza to moment ucieczki z celi, gdy kapitan znika za rogiem i dosłownie w tym samym momencie na korytarzu pojawia się Klingonka zachowująca się, jakby wiedziała cały czas o ucieczce. Jeśli tak było, to dlaczego się do niej nie przygotowała? Druga sytuacja dotyczy tego, że Discovery bez problemu widział myśliwce klingońskie, ale w drugą stronę to już nie działało. Jest to o tyle dziwne, że przecież pokazuje się nam ujęcie z punktu widzenia Klingonów, na którym pięknie widać Discovery w całej krasie. Może Klingoni są ślepi? 😉

Jako całość odcinek jest chyba najbardziej udanym epizodem Discovery do tej pory. Na szybko trudno mi jednak stwierdzić, czy moja ocena wynika z faktycznej jakości odcinka, czy z tego, że na tle wcześniejszych epizodów nawet odrobinę lepszy epizod wydaje się być dobry.

Recenzja według Wookiego

Cały czas nie wiem jak oceniać nowego Star Treka w całości, jednak faktycznie muszę się zgodzić ze Śmiechem, „Choose Your Pain” to chyba najlepszy epizod jak do tej pory. Oczywiście nie jest to nadal wysoki poziom i sporo tam jest rzeczy, do których można się przyczepić, Klangoni (tak, nadal ich tak nazywam i coraz bardziej ta nazwa mi pasuje) 😛 nadal są nie do przyjęcia, jednak w ogólności, jako produkcja science-fiction wyszło nie najgorzej. Sama fabuła raczej standardowa i mało odkrywcza, jednak była szkieletem do tego, aby lepiej poznać postacie inne (w końcu) niż Michael Burnham.

Zacznijmy od tego co mi się w tym odcinku najbardziej podobało, a mianowicie postać Harry’ego Mudda. Tak, chodzi o ikoniczną wręcz postać z oryginalnego serialu i muszę przyznać, że w końcu scenarzystom udało się przemycić ducha pierwowzoru do Star Trek Discovery. Harry zachowywał się dokładnie tak, jak go zapamiętałem z The Original Series – podobnie knuje, podobnie myśli tylko o sobie, a wszystko w swoim charakterystycznym stylu. Szkoda, że tak dokładni i skrupulatni nie byli twórcy w aspekcie całego świata przedstawionego, bo Mudd dał mi sporą dozę nadziei, że jeszcze nie wszystko do końca stracone jeśli chodzi o zgodność z uniwersum.

W ogóle postacie to znów najmocniejsza strona serialu. Po pierwsze, mamy Saru, który jako tymczasowy kapitan mierzy się z samym sobą i sprawdza, czy faktycznie jest już gotowy, aby objąć dowództwo nad własnym okrętem. Wątek ten jest o tyle ciekawy, że pokazał tę postać praktycznie z kompletnie innej strony. Saru chce sprostać trudnemu zadaniu, przez co przestaje być sobą. Jego osobowość naukowca kompletnie znika, co pokazuje jak bardzo nie przejmuje się losem niesporczaka i jest zdeterminowany by uratować swojego kapitana. No właśnie, sam Lorca też jest dobrze wyeksponowany w tym odcinku, co poniekąd jest zrozumiałe, skoro wszystko rozbija się o jego porwanie przez Klangonów. Z jednej strony pokazano nam relację z admirał Cornwell, z którą widać, że coś go łączyło w przeszłości i widać też, że naszemu kapitanowi bardzo zależy na zwycięstwie nad wrogiem, a z drugiej strony jest też dosyć niezależny w stosunku do swojego bezpośredniego dowódcy. Jakby tego było mało, dowiadujemy się też sporo o przeszłości Lorki i losie jego poprzedniej załogi z okrętu USS Buran (propsy za nazwę). Dla mnie rewelacyjnie się ta postać rozwija i jestem wdzięczny, że w tym odcinku tak dużo czasu mu poświęcono. Na koniec nie mogę jeszcze powiedzieć o sporej podejrzliwości i nieufności kapitana, którego jakoś nie ruszyła historia porucznika Tylera i podejrzewam, że jeszcze ten temat wróci, a sam Lorca do końca współwięźniowi nie zaufał.

Wyjątkowo mało było za to w odcinku Michael Burnham, co w cale nie jest minusem, bo godnie zastąpiły ją inne postacie. Na plus muszę jednak zaliczyć ostateczną konfrontację Saru z naszą główną bohaterką. Być może ich rozmowa nie byłą idealna, momentami nawet wydaje się sztucznie wymuszona, ale dobrze, że się odbyła i w końcu poznajemy, z czym tak naprawdę Saru miał problem w kontekście swojej byłej Pierwszej Oficer.

Po raz drugi z rzędu możemy też w odcinku poczuć jakąś namiastkę eksploracji i ducha starego dobrego treka. Tym razem chodzi o szukanie zastępstwa dla niedomagającego niesporczaka. Cały czas w tych wątkach mi czegoś brakuje, ciągle wydaje mi się to lekko wymuszone i takie na szybko, ale jest to droga w dobrym kierunku. Szkoda, że niestety finał tej historii był dosyć przewidywalny, a samo „wybudzenie” zmęczonego wodnego misia wręcz absurdalne – bo w jakim innym treku by to przeszło, że poprzez obudzenie ważnego dla całej Federacji organizmu odpowiedzialny za to oficer rozumie wywalenie go w kosmos? Dla mnie niestety mocno to popsuło cały wątek i mam nadzieję, że nasza Michalina jeszcze za to beknie w przyszłym odcinku.

Patrząc natomiast na „Choose Your Pain” przez pryzmat całego uniwersum Star Treka muszę pochwalić dwie rzeczy. Po pierwsze, disruptory Klangonów. W końcu dają super efekt przy trafieniu w przeciwnika, faktycznie wyparowując delikwenta w efektowny sposób. Gdyby tak usprawniali cały świat Roddenberry’ego, to bym bił brawo. Nieźle wyszła też lista najbardziej zasłużonych kapitanów w historii Gwiezdnej Floty, gdzie pojawiły się znane postacie, od samego Johnatanna Archera zaczynając a na Christopherze Pike’u kończąc. Jednak tutaj już się lekko przyczepię, bo skoro kapitan Georgiou również byłą na tej liście, to coś mi nie współgra to z tym, że latała na jakiejś przestarzałej krypie jaką był USS Shenzhou, tym bardziej, że spora większość pozostałych kapitanów wymienionych na wspomnianej liście latała na flagowych okrętach – Archer, Pike i April dowodzili Enterprise’ami i raczej jest to zrozumiałe, że dobry dowódca dostaje dobry sprzęt. Niestety, ale konsekwencja w scenariuszu to rzecz niezbędna nowoczesnego serialu.

O dziwo jest niewiele rzeczy do których mogę mieć poważne zastrzeżenia. Oczywiście na pierwszym miejscu są znów Klangoni, którzy są totalnymi niszczycielami uniwersum. Tym razem największy problem mam z okrętami tych podróbek. Krążownik D7, jeden z najbardziej charakterystycznych okrętów Klingońskich zaraz po Bird of Prey, wygląda tu po prostu potwornie, jakby zabrakło pieniędzy na render tej jednostki, a co gorsza nie przypomina niczym oryginalnych okrętów znanych z poprzednich serii. Jednak najgorsze były myśliwce/raidery. Samo ich występowanie to abominacja, jednak w postaci dziwnych latających w kosmosie liści palmowych to już tak karykaturalny twór, że padłem i turlałem się ze śmiechu. To już jest po prostu żałosne. Same sceny na statku więziennym też mnie nie zachwyciły. Same te tortury i metody klangonów były słabe i dla mnie kompletnie nie zrozumiałe, a sam Mudd był o wiele bardziej skuteczny. Ucieczka więźniów z okrętu też była mało wiarygodna i jedynym tego wyjaśnieniem jest to, że porucznik Tyler, zgodnie z podejrzeniami Lorki, nie jest tym za kogo się uważa, a klangoni, pozwolili im uciec. Szkoda, że to wszystko wydaje się albo mocno czytelne, albo mało wiarygodne.

Jeśli chodzi o niszczycieli uniwersum, to jest jeszcze jeden spory ból – czyli brak uniwersalnych translatorów. Nagle klangoni muszą się uczyć angielskiego, aby porozumieć się z Federacją, szkoda, że to kompletnie komplikuje kooperowanie wielu ras na mostkach okrętów Gwiezdnej Floty. Rozumiem, że chcieli twórcy trochę przybajerować tym językiem klingońskim i pokazać jak oni się do tego przyłożyli, ale nic to nie da, skoro przez to wszystko niszczony jest sam związek z półwiecznym uniwersum, a zamierzony efekt nie przysłoni braków scenariuszowych.

A braki są spore nawet w scenach następujących jedna po drugiej. Oto przykład. Nagle na mostku pojawiają się słabnące wskaźniki życiowe Stametsa, a w scenie zaraz po niej, gdy cały chyba mostek poszedł do maszynowni, ale bez lekarza, Saru zamiast trikorderem lub komputerem sprawdza kalsycznie puls Stametsowi przykładając dłoń do jego szyi. Ta scena jest tak absurdalnie nieprzemyślana, że głowa aż od tego boli. Dlaczego nie ma tam jakiegoś lekarza, notabene jeden z nich z resztą jest chłopakiem Stametsa, więc z samego własnego zainteresowania by tam pobiegł, dlaczego Saru zna anatomie ludzką i wie gdzie jest tętnica u ludzi, a skoro tak, to czy wie gdzie jest tętnica pani Nebuli (tej niebieskiej roboto-avatarówny z mostka) albo Wolkanina, albo innego obcego na pokładzie? Dlaczego nie można wyświetlić „life signs” Stametsa na ekranie tak jak to zrobiono na mostku? Po co biegł tam cały tłum? Czy to są procedury Gwiezdnej Floty w takich przypadkach? Coś takiego naprawdę psuje odbiór odcinka, tym bardziej, że łatwym sposobem można było to zrobić lepiej – widać, że reżyser jak i scenarzysta nie czuli tej sceny w kontekście Star Treka. Miało być dramatycznie, sztampowo i ładnie. Podobną głupotą jest lustro. Przez 4 odcinki twórcy forsują hologramy zamiast klasycznych ekranów podczas komunikacji. Ba są tak zachwyceni ideą hologramów, że Michael używa takiego jako lustra w poprzednim odcinku. Problem w tym, że nagle w tym odcinku klasyczne lustro wraca do łask, bo fabuła i dramatyczny clifhanger tego wymaga… WTF? To po co brnąć w ogóle w lustrohologramy? Po co? No po co?

Mimo wszystko, jak na po prostu kolejny odcinek zwykłego serialu science-fiction, jest całkiem nieźle. Bardzo doceniam skupienie się na innych niż Burnham postaciach. Kapitan Lorca coraz bardziej i bardziej przypada mi do gustu. Odstawiając nieścisłości z uniwersum Star Treka, ciężko się przyczepić również do samej fabuły, chociaż z drugiej strony nie było w niej nic oryginalnego i według mnie służyła ona jedynie do dwóch rzeczy. Po pierwsze, aby wyeksponować postacie, a po drugie, aby ‚wstrząsnąć’ widzem w kolejnych epizodach. Trekerzy na pewno docenią postać Harry’ego Mudda, w którego bardzo dobrze wcielił się Rainn Wilson. Na szczęście ten odcinek przywrócił mi nieco nadziei w ten serial, którego kolejny epizod zobaczę z dwóch powodów: aby przekonać się czy miałem rację ze wspomnianą tanią zagrywką-zaskoczeniem oraz, co ważniejsze, jeszcze lepiej poznać Michael Burnham, kapitana Lorkę oraz Saru.

Recenzja według Mavisa

O dziwo ten odcinek nie był zły, i nawet mogę powiedzieć, że mi się podobał. Szkoda, że takie coś mogę dopiero napisać przy piątym odcinku. Z pozytywnych rzeczy (tak jak już wspominał o tym Śmiecho i Wookie) nareszcie serial zaczął rozwijać pozostałe postacie; czyli Suru, Lorkę i Stametsa. W tym odcinku nawet załoga mostka dostała zadania do wykonania i nawet niektórzy mogli odpowiedzieć. Po raz pierwszy obsada mostka nie wydała mi się zbędnym tłem, tylko faktycznie wzięła czynny udział w wydarzeniach. Kolejną wiarygodną i dobrze zagraną postacią był Harry Mudd, którego myślę, że jeszcze zobaczymy. Z pozytywnych elementów jeszcze dodam, że nareszcie można było dobrze się przyjrzeć lokacjom na Discovery. Jest jakby mniej ciemno… Sama fabuła była też dość interesująca. Ze smaczków na wielki plus zasługuje lista kapitanów (niestety aby ją porządnie przeczytać należało zatrzymać obraz, ale naprawdę było warto, mi ta sztuka udała się dopiero za trzecim razem).

I w zasadzie to wszystkie plusy. Aaaaaa, bym był zapominał o najważniejszym – w odcinku postać Michael Burnham, została odsunięta na dalszy plan, dzięki czemu wreszcie mogliśmy poznać kogoś ciekawszego! To chyba będzie reguła: im mniej głównej bohaterki w serialu, tym lepszy odcinek.

Na wielki minus za to zasługuje Krążownik D7, który po pierwsze nie przypomina pierwowzoru, a po drugie, ujęcia były tak skonstruowane, ze nie pokazały go w pełnej „krasie” – napisałem w cudzysłowu, bo ten model nie reprezentuje żadnej klasy. Tak w ogóle to w całym serialu twórcy skąpią nam widoków na USS Discovery, przez co czasami zapominam, ze akcja dzieje się w kosmosie; na statku. Tak też było w przypadku spotkania Kapitana Lorki z dowództwem. Przez brak ujęcia pokazujących miejsca gdzie się akcja toczy, nie wiem, czy to pomieszczenie było na plancie, stacji kosmicznej czy innym statku. Następnie hop i widzimy już lecący prom… No właśnie… tu kompletnie nie rozumiem mechaniki wykorzystania wahadłowców. Dla mnie normalną rzeczą jest, że gdy statek nie może dobić do brzegu jeziora, to pasażerowie przepływają szalupami kawałek i wysiadają. W Star Trek Discowery statek zatrzymuje się na drugim końcu jeziora i załoga musi przepłynąć w promie cały akwen, aby dostać się do danego miejsca. Ba, absurdu dopełnia fakt, że podróż jest tak długa, że statek macierzysty, jak i miejsce docelowe nie widzą co się dzieje z wahadłowcem i nie są w stanie interweniować w razie problemów… a droga jest tak krótka, że nie trzeba używać napędu WARP…. no ale mamy czas na bujanie się na impulsowych. Gdzie tu Logika??? No i jest to niesamowity zbieg okoliczności aby podczas takiej wyprawy porwać kapitana Lorkę… Wielkie brawa dla scenarzystów, za takie głupoty i obniżanie poprzeczki… dosłownie nic ambitnego i kreatywnego. A tak swoją drogą w ten sam sposób główna bohaterka dostała się na pokład USS Discovery… czyli te same zagranie dwa razy w ciągu pięciu odcinków. Witki opadają. Kolejną, rzeczą, o której już wspominałem, to lista kapitanów. Tak jak mi się ten smaczek podoba, to z drugiej strony przysparza o ból głowy… Gdzie byli ci wszyscy kapitanowie, podczas bitwy z pseudoKlingonami ? I wracam do poprzedniej recenzji, gdzie wspominałem, że genialnym pomysłem było by obsadzenie USS Europy przez Admirała Archera.

Na koniec jeszcze jeden wielki minus tego odcinka. Może niektórzy z Was już się domyślają o kim będzie mowa – tak , tak , wracam do naszej superinteligentnej protegowanej. Po pierwsze rozbiło mnie, jej pojawienie się na mostku… bez żadnego „proszę o pozwolenie wejścia na mostek”, o nie, nie, nie. Tu mieliśmy klasyczne „przepraszam, ja na mostek… służbowo”, tylko bez „przepraszam”. Nie wiem kto pisał tą scenę, ale… nie wiem. Po prostu nie wiem. Wracam do kontekstu, między tym co scenarzyści nam wmawiają, a jak naprawdę zachowuje się dana postać. To jest ten sam przypadek co Valerian – kobieciarz . Superinteligentna Burnham, nawet nie sprawdziła czy Kapitan jest w swoim gabinecie… a tym bardziej na statku. No chyba, że przychodzi się nieumówionym, a potem jest się zaskoczonym. Teraz sobie przypominam, że podobnie bohaterka była zaskoczona, gdy na USS Glenie strzeliła do  „rozpruwarza”. To albo coś planuje, albo nie… zdecydujcie się wreszcie. Gdzie inteligencja, gdzie planowanie ? Moim drugim zastrzeżeniem, jest to, co Michael zrobiła ze stworkiem… Pomijając fakt, że nagle w kosmosie zebrał 91% wcześniej utraconej wody… i jak Piotruś Pan odleciał do Nibylandii… nie mógł tego zrobić w dowolnym momencie? Ok. Wracając do sprawy, zdawało mi się, że Suru, kazał bohaterce przywrócić go do życia, a nie wypuszczać go… Kapitan, będzie bardzo, a to bardzo zadowolony, jak się dowie, że są na terytorium wroga i muszą wracać w konwencjonalny sposób.

Podsumowując stwierdzam, że gdyby to był najsłabszy odcinek serialu , to nie miałbym tyle powodów do czepiania się, ale jak dobrze wiecie, tak nie jest. Odcinek jest dobry i daje nutkę nadziei, że ten serial może coś sobą jeszcze reprezentować. Efekty specjalne były jak zawsze na wysokim poziomie, ale za to punktów nie mogę dać. Bo efekty specjalne nie świadczą o jakości fabuły… inaczej bym musiał uznać aktorską wersję Transformersów za Arcydzieło.