Kosmos 1999: Full Circle – recenzja (odcinek 1×15)

Ten odcinek mnie dobił. Całkowicie. Nawet nie wiem co mam wam napisać. Jest źle? To trochę za mało. Ten odcinek podpadł dwukrotnie. Po pierwsze: jest głupi. Po drugie i to większy zarzut, możliwe, że scenarzyści niesławnego odcinka Star Trek Enterprise: Extinction się na nim wzorowali. Mamy tutaj bowiem planetę na której jest magiczna mgła, która w niewyjaśniony sposób (po raz kolejny nic nie tłumaczą. Kompletnie nic) sprawia, że ludzie cofają się do poziomu ludzi pierwotnych. Dobrze przeczytaliście, w ciągu minuty wszystkie lata ewolucji idą w pi… jakby powiedział Siara. Skutkiem tego dostajemy odcinek w którym jest bardzo mało dialogów, za to jesteśmy raczeni uroczymi scenkami z życia jaskiniowców ale jeśli mam wybierać to wolę jednak Freda Flinstona. I powiem wam szczerze. Przeżyłbym debilne sceny ludzi pierwotnych. Dałbym sobie rade ze scenami gdzie łopatologicznie nam pokazują powrót do najprymitywniejszych cech naszego gatunku. Nie takie rzeczy widziałem w tym serialu. Jednak scenarzyści postanowili mnie dobić. Otóż okazuję się, że ta mgła jest naprawdę magiczna. Podczas przemiany we Fredów Flinstonów samcom rosną brody, samicom włosy ale co najważniejsze ich mundury magicznie przemieniają się w strój znany nam z bajki „Między nami jaskiniowcami”.  Co jeszcze lepsze gdy ponownie ktoś wejdzie do mgły ta odwraca swoje działanie i przywraca mundury. Po prostu nie wierze. Można mieć niedociągnięcia czy nieścisłości ale coś takiego? Nikt nie zauważył, że mgła zmienia ich strój? Niby jak? Dlaczego oni nic nie tłumaczą tylko wszystko biorą na zasadzie „bo tak”? Whyyyyyyyyyyyyy???