Star Trek TOS: Spectre of the Gun – recenzja (odcinek 3×01)

Pamiętacie koniec drugiego sezonu? Podpowiem: było słabo. Pamiętacie początek drugiego sezonu? Było słabo. No cóż widać twórcy wymyślili sobie taką tradycję, bo początek 3 sezonu również nie zachwyca. A raczej może dobić. Początek jest niezły. Enterprise leci z misją dyplomatyczna do Melkotian, rasy telepatów. Ci zaś wysyłają boję ostrzegawczą z informacją, że nie chcą kontaktu i w ogóle proszą o opuszczenie ich terytorium. Jednak Kirk postanawia, zgodnie z rozkazami doprowadzić do kontaktu za wszelką cenę. No i tu mam pierwszy problem. Czy takie są ideały Federacji? Ktoś nie chce się z nami zadawać to go zmusimy? No i druga strona medalu. Potężna rasa telepatów ostrzega, żeby się do nich nie zbliżać? Cała naprzód. Po wylądowaniu na planecie bohaterów otacza tajemnicza mgła (jak w odcinku 2×01 – mam traumę) a potem jest gorzej. Otóż potężna rasa telepatów tworzy im za karę wizję w której znajdują się na… ekhm… dzikim zachodzie w roku 1881 w Tombstone. Od tego momentu jest źle, naprawdę źle. Nie wiem co to za misja z tymi westernami ale jak dotychczas (w „Enterprise” i tutaj) to się nie udało. Do tego scenografia jest delikatnie mówiąc ..ujowa. Nawet znajdują na to bzdurne wytłumaczenie. Oczywiście dziki Kirk i jego banda znajdują wyjście z sytuacji i to takie, że Melkotianie od razu chcą być w Federacji… No jest to po prostu zły odcinek. Nudny, przegadany i wewnętrznie sprzeczny. Spock w pewnym momencie stwierdza, że ta rzeczywistość nie istnieje wiec jeśli nie wierzymy, że kula nas zabije to nic nam nie zrobi. Tylko, że wcześniej Scotty wąchał środek usypiający i był przekonany, że zaśnie a nie podziałało. Czyli w drugą stronę ta zasada nie działa?  No miejmy nadzieję, że dalej będzie lepiej. No musi być, bo trudno żeby było gorzej…