Star Trek Discovery – „The Butcher’s Knife Cares Not for the Lamb’s Cry” – sezon 1, odcinek 4, recenzja

Za nami kolejny odcinek „Star Trek: Discovery”, w którym załoga okrętu po raz pierwszy używa grzybkowego napędu w warunkach bojowych, Burnham dostaje misję użycia stworka jako broni, a niektórzy Klingoni starają się z różnym skutkiem realizować plan T’Kuvmy, jednocześnie ścierając się między sobą. Jak to wyszło i czy nam się podobało, przeczytacie poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Na początek postaram się opisać to, co mi się spodobało. Po pierwsza (nareszcie) jest to postać kapitana Lorca, który dopiero teraz pokazał choć trochę charakteru. Wcześniej wydawał mi się dość płaskim psychopatą, ale dopiero teraz zobaczyłem, że pod płaszczykiem brutalności i – nie oszukujmy się – pewnej despotyczności pokazał, że ma też warstwy. Jak ogry z pewnej innej bajki. 😉 Dopiero teraz okazało się, że ważny jest dla niego cel, a wszystko po drodze jest tylko środkiem, by ów cel osiągnąć. W końcu cynicznie wykorzystał nagranie z atakowanej placówki tylko po to, żeby zmanipulować inżyniera i zmusić go do pracy. Mam jednak pewne wrażenie, że potrafi dostosować się do zmiennej sytuacji i gdy droga do celu okazuje się być ślepą uliczką, umie się wycofać i przemyśleć swoje błędy. Może to nadinterpretacja, ale wydaje mi się, że zaimponował mu sposób wykorzystania „Rozpruwacza” przez Burnham.

Co jeszcze? Dość ciekawy był wątek dochodzenia przez Burnham do tego, czym jest „Rozpruwacz” i jak działa napęd grzybkowy. Jak już wspominałem w recenzji wcześniejszego odcinka lubię postacie, które za pomocą inteligencji i rozumu dochodzą do jakiejś konkluzji opierając się tylko na kilku poszlakach, a tutaj cały proces „śledztwa” wyglądał wprost wzorcowo. Trzeba było połączyć w niekonwencjonalny sposób na pozór nieważne wiadomości z kilku źródeł i voilà! Mamy ciekawy wątek, z niebanalnym zakończeniem, przykuwający do ekranu widzów odkrywających intrygę równocześnie z bohaterami. To było fajne…

…w przeciwieństwie do wątku Klingonów, który dość mocno się wlókł i najzwyklej w świecie mnie zanudził. W intrygach i walce między frakcjami Klingonów brakuje pewnego polotu i zaskoczenia. Wiadomo było, że jeśli tylko wojna z Federacją nie pójdzie zbyt dobrze (a nie poszła, bo flota Klingonów dość mocno oberwała, a sam T’Kuvma zginął), to reszta klanów rzuci się na resztki władzy. Pewnie „Gra o Tron” przyzwyczaiła nas do zupełnie innego poziomu intryg. 😉  Najgorsze jest to, że część akcji działa się poza ekranem. Mamy okręt Klingonów z załogą cierpiącą głód i niedostatek po walce, przybywa szef innego klanu – Kol, akcja przenosi się na moment z przywódcą pokonanych na inny okręt, a gdy razem z nim wraca, to już jest po wszystkim, bo w tym czasie Kol przekabacił całą załogę. Przypominam: nie widzimy tego ekranie, tylko dowiadujemy się o tym z rozmów i sceny uczty po buncie, a cały wątek zajmuje prawie połowę czasu na antenie. Uważam, że to miałkie rozwiązanie.

Zresztą abstrahując od samego sposobu pokazania rokoszu pojawia się inne pytanie: jak to się stało, że Klingoni kiedyś pokazywani jako honorowi nagle tak łatwo przeszli pod komendę innego dowódcy? Tak, wiem, głód ich do tego zmusił. Ale jakoś nie pasuje mi takie zachowanie do tego, do czego przyzwyczaił nas Worf

I tak dochodzimy do kolejnego problemu. Ten odcinek dobitnie pokazuje, że całą spuściznę 50 lat Treka ma w nosie, a o haśle „To boldly go, where no man has gone before” nikt już nie pamięta. Eksploracja? A po co to komu!? Zachowanie ciągłości z wcześniejszymi serialami? Nieee… Zamiast tego dostajemy na twarz żart o Telarytach (których oczywiście nie pokazano), walkę samotnego USS Discovery z kilkoma myśliwcami Klingonów (które wcześniej rozwaliły obronę jednej z najważniejszych i zapewne najlepiej strzeżonych placówek Federacji) i napęd borowikowy będący niczym innym, jak kolejną odsłoną napędu transwarp.

Powtarzam po raz kolejny i tego się będę trzymać: to nie jest Star Trek. Ubierając pluszowego misia w sukienkę nie powiemy przecież, że to lalka Barbie, a z czymś podobnym mamy do czynienia tutaj. Dostajemy intrygę godną serialu „The Expanse” czy czegoś podobnego pod szyldem „Star Treka”. Chociaż z drugiej strony… Traktując Discovery jako samodzielny serial bez bagażu 50 lat tradycji i odrzucając czasami logikę muszę przyznać, że ogląda mi się go dość przyjemnie. Nie wybitnie. Po prostu jak przeciętne filmidło, które zachwyca stroną wizualną, ale do którego po jednym obejrzeniu już się nie chce wracać.

A przy okazji… Elon Musk stawiany na równi z Zeframem Cochranem? Dobre. Czyżby scenarzyści mieli poczucie humoru? 🙂

Recenzja według Mavisa

Po obejrzeniu czterech odcinków mogę stwierdzić jedno: jest to dobry serial Sci-Fi, ale to nie jest Star Trek. Tak jak Śmiecho pisał wcześniej nie ma tu eksploracji kosmosu, więzi między załogantami, czy wykrzesywania najlepszych cech człowieczych. Krótko ujmując: brak wizji Roddenberrego. Tym razem opisze kilka szerszych opinii, które ukształtowały się podczas wszystkich czterech dotychczasowych odcinków. O obecnym odcinku też wspomnę, ale to będzie mniejsza część całej mojej wypowiedzi.

Po pierwsze, umieszczenie akcji dziesięć lat przed oryginalną serią, nic nie wnosi, a wręcz szkodzi serialowi. Serial pod względem technicznym mógłby spokojnie dziać się 10 lat po Voyagerze, w takiej sytuacji nie miałbym nic przeciwko. Napęd grzybkowy i inne technologie by pasowały i nikt by nie mówił, dlaczego w 50cio letniej twórczości nikt nie wspominał o przybranej siostrze Spocka lub się z niego nie nabijał, że była bardzo sławna, bo była pierwszą buntowniczą we Flocie. Z Klingonami też zasadniczo nie było by problemu, bo można by powiedzieć, że przeszli kolejną mutację spowodowaną wirusem (czyli ciągnęli by motyw z serii Enterprise). W takim przypadku chłonąłbym serial pełnymi garściami.

Po drugie: wiedziałem, że serial będzie skupiał się na głównej bohaterce, ale to co tu wyprawiają, to jest wielka przesada. Tak, zdaję sobie sprawę, że w poprzednich produkcjach uwaga była skupiona na kapitanie, ale tam poznawaliśmy również resztę załogantów. Ba, nawet w The Orville w trzecim odcinku poznajemy postacie trzecioplanowe, czyli chociażby drugą połówkę Bortusa. W Discovery patrzę na załogę mostka i nie mam zielonego pojęcia na kogo patrze. Odnoszę wrażenie, że wszystkie postacie w serialu są tłem dla Michael Burnham. Może kapitan wykazuje namiastkę charakteru i samodzielność. Ale np. Saru w moich oczach ostatnio bardzo stracił. Pojawia się w momentach, w których mówi coś o samej bohaterce lub jej czynach. Nic poza tym. Ta sentencja uwypukla się, gdy jeszcze raz obejrzy się scenę buntu. Poza Saru nikt nie ma nic do powiedzenia, ani nikt się nie rusza… tak, tak, jedyna osoba to Kapitan Georgiou, która wiadomo czemu służyła – ustawieniu kolejnego kamienia milowego w życiu Michael… Po trzecie mamy nieudaną imitację Gry o Tron, w której giną ludzie z tym, że w przeciwieństwie do oryginału, gdzie widz poznawał postacie, jednych obdarzał sympatią, drugich nienawiścią, wiązał się w jakiś sposób z danymi postaciami. W Discovery nie mamy takiej sytuacji. Cała akcja jest ukierunkowana na główną bohaterkę, a reszty załogantów nie poznajemy i tak naprawdę nie ruszył mnie w żaden sposób fakt śmierci pani…yyyy…. od ochrony… nawet nie wiem, jak miała na nazwisko, bo dopiero co przedstawiła się odcinek wcześniej. Przez ten cały czas nie znalazłem żadnej interesującej osoby, dlatego też losy załogi są mi obojętne. Może to tylko moje odczucie, ale w tej chwili taki jest mój pogląd na ten temat. Brak gościnnych występów –  na miejscu twórców umieścił bym na pokładzie Europy Admirała/Kapitana Archera, który by mógł powiedzieć: „spokojnie nie raz gadałem z Klingonami”, a potem bum! To było by coś niesamowitego (a sądzicie że Archer nie dożyłby tych czasów? To przypomnijcie sobie słowa Scottiego o pewnym psie z filmu 2009).

Kolejnym moim zastrzeżeniem jest już parokrotnie wspominana główna bohaterka, której nie mogę strawić, ani w żaden sposób polubić. Po pierwsze, spędziła siedem lat na U.S.S Shenzhou, a nadal zachowuje się jakby połknęła kij od szczotki i w sumie zachowuje się jak arogancki dupek (w przypadku Iron-Mana to się sprawdziło, ale to był Robert Downey Jr). To nawet Wolkanka T’pol po czterech latach na Enterprisie była bardziej ludzka, niż człowiek: Michael. Już nie wspominając o Spocku. Scena z poznaniem współlokatorki utwierdziła mnie w tym przekonaniu.  I do tego dochodzą wszystkie inne postacie, które mówią jej jaka ona super jest, jak niepowtarzalna…. i w tym momencie dochodzimy do ostatniego punktu.

Superinteligencja wyrywkowa i inne skróty scenarzystów. Z jednej strony Suru mówi, jaką to wybitnie inteligentną osobą jest Burnham,  słyszymy jak co do sekundy określa czas, w którym burza dogoni ją i Panią Kapitan. O dziwo, ta sama osoba nie pisnęła słowem, że w pewnym momencie poruszały się w stronę burzy, a następnie jest zaskoczona, że natrafiają na własne ślady – tak właśnie robi się idiotów z widowni. Takich przypadków jest więcej – scena, w której bohaterka „włamuje” się do palmiarni, ehh… tj. grzybiarni – komputer na cały regulator mówi, „porucznik Merida Waleczna”, ale nikt w pomieszczeniu nie zważa na to. Bohaterka nie zostaje złapana (a byłoby ciekawie), wręcz robi to niepostrzeżenie. „Rozpruwacz”, który ucieka do ciemnej celi , bo nie lubi jasnego światła, a chwilę potem widzimy go relaksującego się w pełnym blasku lamp grzybiarni… Uzbrojony Klingon na pokładzie USS Glenna – skąd się wziął? – z aresztu na pewno nie, bo raczej nie zostawiliby go w zbroi i uzbrojeniem… to gdzie była jednostka macierzysta, która by stoczyła batalię z Discovery o wrak bliźniaczego statku? W końcu tytułowy statek, który niby jest statkiem badawczym z 250 przeprowadzanymi eksperymentami (na pokładzie którego nie ma żadnego biologa do zbadania „Rozpruwacza”), jest okrętem wojennym, który – uwaga, uwaga! – ma obracane sekcje talerzowe… bo nie ma nic trwalszego i bardziej niezawodnego niż ruchome części. A swoją drogą sekcja spodka przypomina USS Vengeance.

Natomiast wracając do ostatniego odcinka, najbardziej razi mnie fakt, że przez pół roku nikt nie zainteresował się wrakiem Shenzhou i „Sarkofagu”. Ani Gwiezdna Flota nie przyleciała po statek, który wystarczyło lekko wyremontować (w końcu w czasie wojny każdy statek jest cenny), ani nie przyleciała, aby zbadać wrak statku z maskowaniem. Przecież komu takie rzeczy potrzebne są na wojnie? Czysta logika. To samo tyczy się pseudo-Klingonów (nie jestem w stanie nazywać ich pełno prawnymi Klingonami), którzy nie zbadali wraku statku federacyjnego, no przecież mogło na nim znajdować się jedzenie i dane wywiadowcze… Ale z drugiej strony po co to komu… witki opadają. A tak całkowicie na marginesie, jak już słyszę teksty typu „tak właśnie wyobrażałem sobie Klingonów” to się łapie za głowę… nie ma co sobie wyobrażać. 50lat twórczości wyraźnie opisało nam tę rasę. Przed Enterprisem można było wyobrażać sobie kształt Tholian, ale po obejrzeniu jednego odcinka sprawa została rozwiązana, nie ma nad czym się zastanawiać, a w szczególności wyobrażać…

Podsumowując  – tak jak pisałem na początku jest to dobry serial Sci-Fi z świetnymi efektami specjalnymi (ujęcie replikowanego munduru – coś wspaniałego), ale brak w nim ducha Star Treka.

Recenzja według Wookiego

Sporo już moi przedmówcy napisali na temat tego odcinka i ciężki mi jest się z nimi nie zgodzić, ale postaram się jeszcze dorzucić swoje kilka groszy. Od razu na wstępie powiem, że ten odcinek był najbardziej trekowym epizodem Star Trek Discovery, ale zarazem najsłabszą odsłoną tej serii i zaraz wytłumaczę dlaczego. W każdym razie, po tym odcinku niestety przestałem już mieć nadzieję, że ten serial będzie chociaż dobrym science-fiction, bo na dobrego Star Treka już od początku miał nikłe szanse. Niestety to, co tutaj zobaczyłem mnie lekko załamało i mówię to z perspektywy pogodzenia się z czym takim jak napęd borowikowy.

Zacznijmy może od tych bardziej przyjemnych rzeczy. Jak wspomniałem, uważam ten odcinek za najlepiej osadzony w duchu Star Treka do tej pory, oczywiście w kontekście serii, nie całego uniwersum. Co ciekawe, mam takie wrażenie nie dlatego, że wspominano mi tu o Tellarytach, użyto w końcu nazwy trikorder, czy użyto innych kompletnie nie istotnych nawiązań, tylko dlatego, że część wątku fabularnego była o badaniu nieznanego. Jak koledzy wcześniej wspomnieli, Michael Burnham dostaje zadanie przerobienia potworka na broń przydatną w wojnie z Klingonami. Oczywiście można by się czepiać, że na statku badawczym nie ma innych biologów, ale jakoś Na Enterprise-D też wszystko, ale to wszystko spoczywało na barkach wkurzającego nastolatka i Gordiego, tak że tego w kontekście Star Treka czepiać się nie wypada. Natomiast próba poznania naszego stworka (jego nazwa, jaką załoga/scenarzyści mu dali, nie przejdzie mi przez gardło, jest zbyt debilna) i niejako starcie się dwóch wizji na to była naprawdę ciekawa. Może nie idealna, ale czuć było tutaj chęć poznania, próba użycia nauki do rozwiązania problemu oraz korzystanie z danych z komputera i trikordera. Do tego widać było, że bardzo federacyjnie Michael zaczęła się przejmować losem i cierpieniem ogromnego wodnego misia. Bardzo bym się ucieszył, gdyby właśnie w taką stronę szedł ten serial, bo póki co tylko puste słowa mnie przekonują, że USS Discovery to okręt naukowy, a jakże byłoby to ciekawe, gdyby faktycznie odbywało się na nim mnóstwo eksperymentów ważnych dla losów wojny i nie chodziłoby tu tylko o ten kuriozalny napęd.

Kolejnym pozytywem jest dla mnie ciągle kapitan Lorca. Może lekko maska psychopaty z niego zeszła, czego żałuję, jednak nadal jest postacią intrygującą i interesującą. Z drugiej strony scenarzyści tak bardzo skąpią nam innych postaci z załogi, że siłą rzeczy trzeba doceniać to, co się dostaje. 😛 W tym odcinku, kapitan pokazał swoją determinację do osiągania celów oraz to, że potrafi być bardzo skuteczny w motywacji swojej załogi. Cyniczny kapitan to nowość i chętnie zobaczę jak ta postać będzie się rozwijać.

Jeśli miałbym szukać nadal plusów odcinka, to znalazłem już tylko jeden, a mianowicie replikator wspomniany przez Mavisa. Krótka scena początkowa epizodu, a dała tyle radości. Po raz pierwszy ukazano pracę tego urządzenia z takiej perspektywy, a na dodatek było to po prostu miłe dla oka, czego nie będzie można powiedzieć o wielu innych efektach specjalnych w tym epizodzie.

Było miło, teraz wracamy do lania, a jest za co. Oczywisty powód to Klangoni (tak, nie przewidzieliście się, od teraz tak będę ich nazywał, niczym chińską podróbkę znanej marki). Nie dość, że wątek nie wciągał, a powinien, bo w zasadzie na papierze ma wszystko czego mu potrzeba, to jeszcze zachowanie tych obcych, to jest coś kompletnie dziwnego. Nie dość, że następca T’kuvmy to jakiś naiwny dzieciak w ciele wojownika – przylatuje koleś, który mówi po pół roku, że w sumie to go przekonał, a w tym samym zdaniu pyta: „to gdzie ten cloaking device?”, a nasz ulubiony klangoński albinos mówi: „Super, witamy na pokładzie, zajebiście, że jesteś, to ja teraz cię tu zostawię i lecę po coś na zostawiony w przestrzeni statek gwiezdnej floty”. No proszę… Takie intrygi, „zaskoczenia” i twisty, to pozostawiłbym jednak w piaskownicy – starsza widownia już ma to dobrze ogarnięte. Voq wraca na statek sarkofag, a tam już po imprezie, okręt przejęty, jesteś frajer. Masakra – gdzie tu klingoński honor? No właśnie tego do podróbki klangońskiej już nie przekopiowano. Kolejnym problemem tego wątku jest nielogiczność całej sytuacji, a  mianowicie pozostawienie wraków okrętów Gwiezdnej Foty. Jesteśmy na terytorium Federacji, bitwa się skończyła, pole bitwy jest pełne wraków cennej technologii przeciwnika, z uszkodzonym statkiem, który do wojny doprowadził i co chyba najgorsze: pełne złomu federacyjnego, który nie powinien wpaść w ręce wroga. Dlatego też przez 6 miesięcy żadna ze stron się nie zainteresowała tematem, a na dodatek Gwiezdna Flota postanowiła nie stosować chociażby procedury niszczenia wraków własnych okrętów. Ciężko, aby w takiej sytuacji ten wątek był dobry, bo samo wspomnienie co załoga Sarkofagu jadła z głodu dramatyzmu i wiarygodności nie uratuje. Do tego jeszcze dochodzi aktorstwo na poziomie żelbetonowego kloca. W dialogach i zachowaniu postaci całego tego wątku nie było żadnych emocji, dynamiki, czegokolwiek – „Trudne sprawy” edycja klangońska. Generalnie, twórcy robią co mogą, aby tych obcych nie polubić nawet jako tylko podróbkę jednej z najbardziej cenionych ras Star Treka.

Niestety brak logiki i, jak ja to nazywam starwarsowa głupota, dotyka również główny wątek. Zachowanie szefowej ochrony, niejakiej Landry, jest kuriozane i zwyczajnie debilne, to że głupie stworzenie nie zginęło na pierwszej away mission to jest cud, po którym powinna zrezygnować z kariery w Gwiezdnej Flocie, albo przynajmniej zmienić sekcję na naukową. Podejście na Rambo: „walić to, wchodzę, osłaniaj mnie” to jest po prostu szczyt, którego w serialu z XXI wieku być nie powinno, a w Star Treku XXI wieku tym bardziej. Drugim kretynizmem jest atak na Corvan II, który w tym serialu nie dość, że nie jest chroniony mimo tego ze produkuje 40% dilithium używanego przez Flotę, to na dodatek okazuje się być małą placówką – pojedynczą kopalnią. Biorąc pod uwagę wielkość Gwiezdnej Floty wydaje się to mało prawdopodobne, a na dodatek Corvan II był wspomniany w „The Next Generation” jako ogromny hub przemysłowy, który spowodował ogromne zanieczyszczenia na powierzchni planety. Tak, rozumiem, że to 100 później, ale ciężko nawet w 100 lat zmienić kopalnię w ogromną placówkę przemysłową o zasięgu planetarnym. Na domiar złego całą tą placówkę atakuje 3 lub 4 klangońskie Bird of Prey, które w przeciwieństwie do swoich pierwowzorów okazują się myśliwcami, a nie międzyplanetarnymi, ponad stumetrowymi, podstawowymi okrętami Imperium. Widocznie przy podrabianiu oryginału zabrakło materiału.

Na koniec, już kopiąc leżącego, kilka tak zwanych niszczycieli uniwersum, które mogą zainteresować miłośników poprzednich odsłon serialu. Po pierwsze cybernetyczne wszczepy, o których wcześniej zapomniałem napisać. Generalnie witamy w „Star Trek: The Cyberpunk Generation”. Pomysł fajny, ceniony, lubiany. Ale do jasnej cholery! Skoro w 5 innych serialach nie było takich wszczepów (chodzi mi o taką ich estetykę i wyeksponowanie), to dlaczego, dlaczego i jeszcze raz dlaczego je tutaj stosujecie? Bo fajnie wyglądają? A co to? Gwiezdne Wojny, żeby wszystko tylko fajnie wyglądało?! Ja jak już przy tym jesteśmy… Obracany spodek, a potem obracanie w prostopadłej osi całym statkiem świecącym jak choinka na święta… Osobiście padłem ze śmiechu jak to zobaczyłem. Znów: naprawdę będziemy się teraz bawić w Gwiezdne Wojny? Świeci, jest fajne, więc to zróbmy? Nie ma to sensu, niszczy uniwersum, ale wygląda zajebiście! A na koniec głosowe sterowanie turbowindą. Znowu wydaje się to spoko, jednak umiejscowienie fabuły 10 lat przed Kirkiem powinno wiązać ręce scenarzystom – bo jest nawet bardzo fajna scena w DS9, kiedy Sisko i spółka przenoszą się do czasów TOSa i nie potrafią użyć tam windy właśnie dlatego, że nie jest sterowana głosem.

Jak wspomniałem na początku jest to zdecydowanie najsłabszy jak dotąd odcinek Star Trek Discovery, gdzie głupota goni głupotę, a jestem na coś takiego mocno uczulony. Po tym, co tutaj zobaczyłem, mam wątpliwości, czy to jest nawet dobry serial science-fiction, niestety pod tym względem tendencja jest mocno zniżkowa i powoli zahacza to o przeciętniaku pokroju Dark Matter, a nie kultowe produkcje jak poprzednie Star Treki,  Battlestar Galactica, czy obecna konkurencja: The Expanse. Ba, The Expanse bije Discovery na głowę. Smutne przy tym jest to, że jest to zarazem najbardziej star trekowy odcinek serii. Nie ma tutaj pod tym względem rewelacji, ale jednak było można poczuć krótkimi chwilami ducha eksploracji i poznawania nieznanego.  Przyznam, że do kolejnego odcinka podejdę już bardziej z obowiązku i przyzwoitości niż z rzeczywistego zainteresowania.