The Orville – „Pria” – sezon 1, odcinek 5, recenzja PIFKOwej załogi

Za nami piąte spotkanie z załogą USS Orville. Odcinek wyróżnia gościnny udział dwóch osób: aktorsko na ekranie udziela się Charlize Theron, a na krześle reżyserskim posadzono starego trekowego wyjadacza: Jonathana Frakesa, bardziej znanego jako komandor William T. Riker. Czy obecność tego ostatniego oznacza, że mamy do czynienia z nostalgicznym powrotem do starego, dobrego klimatu TNG? Cóż…

Recenzja według Mavisa

Odcinek zaczyna się niegroźnie od załogi statku siedzącej na mostku i oglądający stary serial komediowy. Sternik próbuje przedstawić koncept zabawności Isaacowi. Całość zostaje przerwana przez sygnał wezwania o pomoc, w wyniku brawurowej akcji ratowniczej uratowana zostaje nie kto inny jak Charlize Theron… ehmm to jest Pria Lavesque…. i jak to w przypadku pięknych uratowanych księżniczek, tj. Pań Kapitan w Space Operach bywa, za płaszczykiem rozbitka kryje się pewna intryga, której już nie będę zdradzał.

Jak widzicie fabuła z pozoru jest prosta, ale to tylko pozory. Kim jest Pria Lavesque i co ostatecznie chce osiągnąć, zaskoczyło mnie trochę, takiego rozwiązania jeszcze nie widziałem i jestem rad, że twórcy wpadli na taki pomysł. Naturalnie zakończenie odcinka (jak tak się głębiej zastanowić)  implikuje dość duże konsekwencje dla załogi Orvilla, prawdę mówiąc nie wiem, co bym myślał, czy czuł, może bym postradał zmysły rozkminiając temat będąc załogantem Orvilla. W każdym bądź razie, jest to świetny temat na wieczorną dyskusję w grupce znajomych.

„Alara, otworzysz ten słoik ogórków dla mnie?” – ten tekst trzeba koniecznie wpisać, jeśli ktoś będzie tworzył listę do „drinking game”, tak samo gdy Yaphit (czyli galaretowy stworek) próbuje kogoś poderwać.

Co ciekawe w tym odcinku zwróciłem uwagę na muzykę, albo ona zwróciła moją uwagę na siebie, bo muszę przyznać, że w scenie ratunkowej była wspaniała. Znakomicie oddała klimat pościgu. Co więcej nawet w statycznych ujęciach pokazujących wnętrze kabiny promu czułem narastające napięcie. Swoją drogą świetnie została w tej scenie również pokazana postać Gordona Malloya, który do końca nie był przekonany, czy im się uda. W ogóle to Sternik i Isaac są niezrównani pod względem pomysłowości. Przy okazji dowiadujemy się świetnej ciekawostki o Isaacu. Otóż otoczenie rejestruje wewnętrznymi sensorami, natomiast świecące oczy na głowie, to tylko estetyczna dekoracja. Jest to kolejna koncepcja tworząca uniwersum Orvilla, którą ciężko znaleźć w innej produkcji Sci-Fi. Wracając do meritum, oprócz muzyki efekty komputerowe też robią wrażenie. Od tych prostszych (na dzisiejsze czasy), czyli zbieżnie na okna statku i płynne przejście kamery do kabiny. Nic szczególnego, a jednak w tym przypadku widzimy przez okna nie tylko docelowe wnętrze, ale i kilka innych. Sztorm ciemnej materii (nie wiem jak na to nauka) wizualnie bardzo mi się podobał, nie mówiąc już o tunelu czasoprzestrzennym. Widać, że twórcy przeznaczyli na ten odcinków większą pule pieniędzy. A  jak już jesteśmy przy produkcji to widać, że Seth MacFarlane wykorzystuje każdą znajomość i od czasu „Milion sposobów jak zginąć na zachodzie” ponownie staje obok Charlize Theron, która jest niczym Vash z TNG, tylko znacznie lepsza. Zresztą Pani Kapitan nie jest jednym gościem na planie, otóż kolejny pojawił się…. za kamerą. Chodzi o Jonathana Frakesa. który reżyserował ten odcinek. Co ciekawe Frakes ma też reżyserować odcinek Star Trek Discovery.

Ocena końcowa – odcinek bardzo mi się podobał, polecam!

Na koniec dodam jeszcze, że bardzo podobało mi się użycie dwudziesto-wiecznej wiertarki. Nie wiem też czy tak będzie zawsze, ale wydaje mi się, że obrazy wiszące w kwaterach załogantów, są zdjęciami z ich ojczystych światów…

Recenzja według Śmiecha

W przeciwieństwie do Mavisa mnie piąty odcinek Orvilla nie urzekł aż tak bardzo. Wróciło poczucie z pierwszego epizodu, gdy nie było za bardzo wiadomo, czy serial ma być parodią, czy jednak na poważnie. Na taką ocenę miały wpływ trzy rzeczy, które zobaczyłem na ekranie.

Po pierwsze jakoś nie trafił do mnie przedstawiony tutaj humor. O ile otwarcie odcinka było bardzo obiecujące i Isaac z przyczepioną do hełmu plastikową twarzą był dość wesołym pomysłem, o tyle dowcip, który Isaac zaserwował Malloyowi trochę mnie rozczarował. Był… bez polotu, choć być może scenarzystom chodziło właśnie o to, by pokazać niezręczność tego humoru. Najgorsze w tym wszystkim było zamknięcie wątku, gdy Malloy z odciętą noga nagle stwierdza, że wszystko jest ok i zaczyna się rozczulać. Tak, wiem, chodziło o pokazanie więzi między bohaterami, ale uważam, że te sceny były po prostu toporne.

Po drugie: jak na razie niedoścignionym ideałem historii w Orville’u był epizod trzeci, opowiadający o zmianie płci dziecka. Z jednej strony zabawny, ale z drugiej dający do myślenia. I zaskakujący… Tymczasem tutaj już po 10 minutach byłem w stanie przewidzieć wszystko, co stanie się na ekranie. Cała intryga jest prosta, jak budowa cepa. Samo w sobie nie musi to  pogrążać odcinka, o ile pozostałe elementy (jak humor, dialogi, czy chemia między bohaterami) działają. Mam jednak wrażenie, że tutaj niektórzy sobie odpuścili.

Chociaż żeby być całkiem szczerym muszę przyznać, że pomyliłem się trochę przewidując powrót Iaaaca. Wiedziałem, że nie zginął, ale jego ożywienie wyobrażałem sobie ciut inaczej.

I wreszcie po trzecie: jeśli mają coś schrzanić, to niech lepiej odczepią się od mojego najbardziej ulubionego motywu w całym science-fiction, czyli od podróży w czasie. Albo niech zrobią to dobrze, albo wcale. Tutaj niestety nie było dobrze, a ilość paradoksów wywołanych działaniem kapitana (i pani kapitan) jest po prostu za duża. Wybaczyłbym wszystko, gdyby to była czysta komedia (patrz: „Powrót do Przyszłości”), ale Orville ma za mało komediowych elementów i – jeśli dobrze rozumiem ideę twórców – ma być czymś poważniejszym w odbiorze.

Podsumowując: w skali szkolnej za odcinek „Pria” daję im tróję. Ewentualnie z plusem.

Recenzja według Wookiego

Niestety mam podobne odczucia do Śmiecha. Według mnie ten odcinek jest nieco słabszy niż dwa poprzednie. Nadal czuje tu „startrekowość” i wciąż mógłbym go spokojnie przemianować na „The Next Next Generation” ;-), jednak podobnie jak w pierwowzorze zdarzały się słabsze epizody, tak też „Pria” pozostawia trochę do życzenia. Jedyny naprawdę fajny motyw, który mi się spodobał to powód dla którego postać Charlize Theron podróżowała w czasie – żadne pompatycznie powody typu ratowanie świata, czy wojna temporalna… Gorzej już wyglądało z całą otoczką związaną z grzebaniem w czasie. Tradycyjna zasada „podróży w czasie nie idzie zrobić dobrze” tutaj oczywiście zadziałała i było ogólnie średnio, natomiast końcowa scena, czyli zniknięcie Prii z Orville’a i wyjaśnienie tego zjawiska jest kompletnie dla mnie niezrozumiała. Takich problemów logicznych miałem nieco więcej. Kompletnie nie przypadła mi do gustu koncepcja burzy czarnej materii – pomyślałem wręcz WTF? Skoro nie ma czegoś takiego jak burza zwykłej materii, to na logikę czarnej materii burzy też nie powinno być. Bo po pierwsze ona nie oddziałuje ze zwykła materią, a po drugie, zwykła materia też nagle się nie pojawia podczas jazdy samochodem i w nią przydzwaniamy. 😛 Podobnie rzecz wyglądała z grawitacją słońca i sposobem wyciągnięcia z niej wahadłowca – tu poszli twórcy na łatwiznę. Tak jak Śmiecho wspomniał, gdyby to był stricte komediowy serial nie czepiałbym się, jednak jak już wiemy, „Orville” ma nieco większe ambicję, więc moje wymagania też są większe.

Na plus jak zawsze wychodzą postacie. Tym razem Isaac i Malloy grają główne skrzypce i umówmy się nauka androida pranków musiała się skończyć drastycznie, liczyłem szczerze, że będzie jeszcze dramatyczniej. Natomiast jak zobaczyłem wchodzącego na mostek Isaaca z elementami mr. Potato na głowie, to autentycznie parsknąłem śmiechem. Liczyłem wprawdzie, że tego humoru w odcinku będzie przez to więcej, ale nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziony. Jestem też coraz lepiej nastawiony do załogowego gluta – koleś jest rewelacyjny. 🙂

Jeśli mam się pokusić o konkretną ocenę, to musiałbym „Prię” ustawić gdzieś pomiędzy pierwszymi dwoma odcinkami a dwoma ostatnimi. Nie jest tak źle jak to miało miejsce w pilocie, jednak tym razem czegoś zabrakło. Jednak zarówno „About The Girl” oraz „If the Stars Should Appear” miały zdecydowanie większą głębię.