Kosmos 1999: Collision Course – recenzja (odcinek 1×13)

Na swej drodze księżyc spotyka asteroidę. Wysadzają ją, jeden z pilotów zostaje ranny a w czasie jego ratunku okazuję się, że przed naszym satelitą stoi jeszcze jedna przeszkoda. Mianowicie wielka planeta. Można by się oczywiście zapytać jak to się stało, że nie dostrzegli jej wcześniej ale jeśli poprzednie odcinki mnie czegoś nauczyły to przede wszystkim zasada numer jeden czyli: nie zadawać pytań. Na planecie oczywiście znajdują się obcy, którzy (jakżeby inaczej) mają nadprzyrodzone moce (telepatii itp). Przedstawicielka tej rasy spotyka się z Koeningiem którego prosi, żeby nie wysadzali jej planety bo ich przeznaczeniem jest zetknąć się naszym księżycem i przenieść się „poziom wyżej”. Ponownie pojawia się w mojej głowie dużo pytań, no ale wiecie: zasada numer jeden. Co ciekawe jednak, reszta załogi wykazuję się zaskakującą logiką  i wierząc w obliczenia komputerowe nie wierzą swemu dowódcy. Ten jednak ostrzeżony przez obcą istotę blokuje opcję wysadzenia przeszkody. Jako akcent komediowy dodam, że ma świetny plan polegający na rzuceniu krzesłem. No cóż jest to kolejny odcinek który wpasowuję się w trend tego serialu czyli historii o kosmosie pełnym dziwnych i nieznanych nam mocy. Dużą wagę ma tutaj wiara przy której nasze komputery i obliczenia nic nie znaczą. To może być bardzo oryginalny i ciekawy punkt wyjścia jednak tutaj wyraźnie scenarzyści nie potrafią znaleźć równowagi pomiędzy tym pomysłem a technologią. No cóż, może dalej będzie lepiej.