Star Trek TOS: Assigment Earth – recenzja (odcinek 2×26)

Enterprise dostaje misję w przeszłości. Ma zbadać jak Ziemia poradziła sobie z kryzysem rakietowym w latach 60. Na miejscu okazuję się, że jest w to zamieszana jakaś obca rasa, której przedstawicielem jest Gary seven. Ponieważ jego misja jest tajna i nie może wyjawić całej prawy Kirkowi więc przez resztę odcinka zasadniczo gonią się na Ziemi, jedni i drudzy próbując uratować ludzkość. Brzmi ciekawie? Nie jest. Odcinek jest totalnie nieciekawy i nudny. Generalnie znowu widać oszczędności – sama akcja osadzona na Ziemi w latach 60 jest prawdopodobnie sporym ułatwieniem dla scenografów. Szkoda tylko, że scenarzyści w takich sytuacjach wymiękają. To już drugi taki przypadek w przypadku tego serialu i drugi raz jest beznadziejnie. Sam nie wiem czy to tak trudno wymyślić ciekawą fabułę z załogą Enterprise w ówczesnych czasach? Do tego usilne i trochę śmieszne nawiązywanie do serii o agencie 007. No i zacząłem się zastanawiać nad pewną rzeczą. Dlaczego Spock, który zazwyczaj ukrywa swoje wolkańskie pochodzenie ubiera czapkę skoro doktor McCoy mógłby mu tymczasowo zmienić uszy? Ułatwiłoby to szereg misji no zaoszczędziliby na charakteryzacji. Takie myśli przychodzą człowiekowi do głowy podczas seansu tego odcinka. Niestety Star Trek TOS kończy drugi sezon tak jak zaczynał czyli słabo. To co tutaj najlepsze jest w środku 🙂