Star Trek Discovery ? ?Context Is for Kings? ? sezon 1, odcinek 3, recenzja PIFKOwej załogi

Sześć miesięcy po wydarzeniach z ostatniego odcinka spotykamy Michael Burnham w promie w trakcie przenosin z jednego zakładu penitencjarnego do drugiego. Oczywiście w trakcie przelotu pojawiają się kłopoty, a główna bohaterka trafia na pokład okrętu USS Discovery, gdzie odczuwa na własnej skórze, jak bardzo echem odbiły się w świecie jej działania jako Pierwszego Oficera i jaką budzi niechęć. A przy okazji okrywa dziwne badania, które pod wodzą tajemniczego kapitana Lorca prowadzą naukowcy na Discovery.

Recenzja według Mavisa

Jak to w serialach bywa, pierwsze sceny pokazują nam co działo się poprzednio. Niestety złe wrażenie wróciło do mnie natychmiast i przypominało o dwóch rzeczach, o których nie pisałem w poprzedniej recenzji. Po pierwsze trochę się czepiam „Volcan nerve pincha” wykonanego przez Ziemiankę. Zawsze uważałem, że ta zdolność jest związana z wolkańską fizjologią, dzięki której można skupić energię i porazić ją przeciwnika – coś na zasadzie tasera. Tak wiem, zasadniczo w serialach wystąpiły postacie niewolkańskie, które używały tej specjalności, ale na obronę dodam, że oprócz Jean-Luc Picarda były to postacie, które mogły sterować swoją „elektrycznością” czyli Data, Odo, Siedem, Doktorek. W tym przypadku nie podoba mi się takie rozwiązanie, ale mogę się zgodzić, że uczona od dziecka Michael Burnham mogła nabyć tą umiejętność. Druga sprawa jest bardziej techniczna – mając wielkie okno na mostku oprócz polaryzacji mogliby zainwestować w rolety. Na koniec wolnych rozmyśleń dodam, że oglądając czołówkę po raz trzeci stwierdzam, że jest nijaka. Owszem obrazy są świetne, jednak sama muzyka… jest dla mnie miksem Expanse’a z nutkami Gry o Tron i na końcu złamanych przez dobrze znaną nutkę startrekową. Nie umiem jej zanucić, bo nie wpada w ucho – przynajmniej takie mam odczucie.

Wracając do odcinka – Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, ale główna bohaterka znalazła się w dość okracznej sytuacji, gdzie ma coś zrobić, ale nikt jej nie mówi co właściwie ma zrobić, a gdy się pyta to zostaje odesłana z kwitkiem. Owszem na początku było to może ciekawe, ale w pewnym momencie eskalacja takiego zabiegu dochodzi do absurdu. Praktycznie po trafieniu naszej protegowanej do maszynowni cała ta otoczka tajemniczości stała się dla mnie irytująca i nie do zniesienia. Co nóż powtarzałem w głowie „a więc dalej się w to bawimy?”. Ciekawiej się robi podczas misji zwiadowczej, ale tylko dlatego, że coś się dzieje. Zakończenie odcinka obnaża nam naturę statku Discovery. Z jednej strony jest to ciekawe, z drugiej – naprawdę takie rzeczy 10 lat przed wydarzeniami z Oryginalnej Serii??? Naprawdę? Chyba jednak jeszcze nie rozumiem koncepcji tego serialu. Nie mniej zrozumiałem, dlaczego w pewnych wypowiedziach twórców sugerowano, że ten serial ma połączyć obie linie czasowe, no i nie dziwię się w jaki sposób dojdą do nadchodzącego odcinka z fabułą umieszczoną w Mirror Universe. W sumie największe wrażenie na mnie zrobił kapitan, który jak dla mnie jest psychopatą.  W odcinku, tak jak poprzednio, wspominano o kolejnej rasie znanej z uniwersum tj. mówiono o Andorianach. Co ciekawe na biurku Kapitana gruchocze sobie beztrosko Tribbl – wykastrowali go czy co? Bo przez cały odcinek widoczna jest tylko jedna sztuka… Aha! Byłbym zapominał, po raz pierwszy widzimy tytułowy statek, który znacząco został podrasowany od swojej pierwszej iteracji widzianej w teaserze.

Podsumowując, jakoś nie odnajduję więzi z tym serialem, być może jest to też spowodowane tym, iż tak naprawdę jest to pierwszy odcinek ukazujący docelowy okręt i załogę.

Recenzja według Śmiecha

Zauważyłem, że generalnie w Internecie ludzie piszą pochlebne opinie o pilocie nie bardzo przejmując się brakiem ciągłości z istniejącym uniwersum, czy też ideą Gena Roddebery’ego. Osobiście uważam to za trochę głupie, bo przecież porzucając te dwa elementy Discovery traci swój wyróżnik i unikalność, ale ok. Przed oglądaniem tego odcinka Discovery postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment. Otóż spróbowałem oglądać trzecie spotkanie z Michaelem Burnhamem odrzucając całą spuściznę Star Treka – po prostu jako nowy serial, który nie ma nic wspólnego z 50 latami tradycji. Rozumiecie… Udajemy, że nie wiemy kim są Klingoni, co to za Andorianie, o których się gdzieś tam wspomina, nie rajcujemy się truchłem Tribbla na biurku kapitana, itd. Innymi słowy uczymy się od nowa świata przedstawionego. W tym kontekście serial przedstawia się średnio z plusem, chociaż może to tylko kwestia tego odcinka. Po prostu nie było tu żadnych elementów, po których zrobiłbym „wow!”, było kilka ledwie interesujących i parę drażniąco-nijakich.

Zacznę od plusa, chyba jedynego. Główna bohaterka jest przedstawiana jako piekielnie inteligentna osoba, o wielkich zdolnościach adaptacyjnych i analitycznych, a ja bardzo lubię takie postacie. No wiecie… Twarde, niepokorne, głównie obserwujące otoczenie i takie, które po kilku przesłankach potrafią w iście sherlockowskim stylu przejrzeć na wylot całą intrygę. Na razie twórcom Discovery udaje się pokazać Burnham w tym świetle i dopóki tego nie zepsują będzie ok.

Przeciętnie, ale obiecująco wyglądają relacje między bohaterami, a szczególnie to, jak odnoszą się do siebie Burnham i Saru. Widać, że ciągle jest między nimi wiele chłodu, ale siedem lat wspólnej służby na USS Shenzhou zrobiło swoje i jest nadzieja na jakąś tam przyjaźń. Oczywiście fajnie byłoby, gdyby między postaciami iskrzyło tak, jak między kapitan, Saru i Burnham w pilocie (jednolinijkowe żarty to to, co tygryski lubią najbardziej), ale faktycznie z fabularnego punktu widzenia nie ma to teraz sensu i ochłodzenie relacji ma ma swoje uzasadnienie. Nie mniej jednak jest nadzieja na to, że postacie nie będą kartonowe i chemia pozwoli im się rozwinąć. Podobnie daję pewien kredyt zaufania rudowłosej współlokatorce Burnham, która choć trochę drażniąca na początku, to jednak mam nadzieję, że szybko się odnajdzie.

Niestety dobre lub obiecujące wrażenie psuje kilka minusów. Najbardziej zauważalnym – jak już to wskazał Mavis – jest to, jaką wielką tajemnicę z badań na statku robiono jednocześnie każąc Burnham pracować nad materiałami z badań tuż obok badanego obiektu. No błagam… „Pracuj, ale nie powiemy ci nad czym. I nie patrz w tą stronę.” Jeśli scenarzyści odcinka chcieli w ten sposób coś podkreślić w relacjach między bohaterami, albo zagęścić intrygę, to kompletnie się im to nie udało. Po kilku minutach zamiast tajemniczo zrobiło się po prostu głupio. Ja tam nie wiem, może Amerykanom trzeba wykładać wszystko na ławę, ale ja poczułem, jakby traktowano mnie jak idiotę.

Drugi ogromny minus to realizacja scen na bliźniaczym okręcie, gdzie wysłano grupę zwiadowczą. Nic nie widać, na ekranie króluje ciemność tak duża, że nie mogłem rozpoznać postaci na ekranie, nie widziałem co się dzieje, kto wypowiada dane kwestie i nawet ile postaci krąży po korytarzach. Tego, że zginął bezimienny odpowiedni TOSowego Red Shirta (no dobra, nazywał się Kowski ) dowiedziałem się z dialogów, choć przecież podobno kamera była skierowana w jego stronę. Ja tam widziałem głównie ciemność.

Ostatnia rzecz, która kompletnie mi się nie spodobała, to „napęd grzybowy”. Pomijam to, że jakoś tam znaleziono analogię między biologią i fizyką kwantową – niech im będzie. W sumie to nauka XXIII wieku, więc pewnie zrobiono spore postępy (może nawet padła hipoteza Riemanna i mój milion zgarnął ktoś inny). 😉  Ale niech ktoś mi łaskawie wyjaśni, co tam się właściwie stało w prawie ostatniej scenie, gdy kapitan robi pokaz napędu, a Burnham… No właśnie… Czy ona się przenosi pomiędzy tymi wszystkimi planetami, czy tylko ma wizje? Jeśli się przenosi, jeśli jest wysyłana o wiele lat świetlnych, to co ściąga ją z powrotem? Jeśli to tylko wizje, to co grzybki halucynki mają wspólnego z realnym napędem statku? Jak babcię kocham – nic z tego nie rozumiem i mam wrażenie, że scenarzyści chcieli zamknąć odcinek jakimś wielkim trzęsieniem ziemi, a wyszła zwykła kupa.

Oczywiście oprócz plusów i minusów w odcinku było jeszcze kilka elementów nijakich i do takich zalicza postać kapitana Lorca. Jakoś nie wzbudził we mnie żadnych uczuć (w przeciwieństwie do tego, jakie wrażenie wywarł na Mavisie). Pewnie miał być jakimś twardzielem, który silną ręką i z lekką nutką szaleństwa trzyma załogę, ale sorry.. To się nie udało. Jak dla mnie miał po prostu zbyt mało charyzmy na ekranie.

Tak więc mój mały eksperyment został przeprowadzony i stwierdzam, że odrzucenie tradycji Treka faktycznie nie przeszkadza w oglądaniu Discovery, które da radę traktować jak samodzielny twór. Z drugiej strony odrzucenie całego uniwersum bardzo zuboża świat przedstawiony i to uważam za ogromną wadę. Wykorzystanie nostalgii do Treka jest na przykład z powodzeniem wykorzystywane przez Orvilla. A gdyby twórcy po prostu zamiast umiejscowić akcję 10 lat przed TOSem postawili na ileś lat po Voyagerze, to wilk byłby syty i owca cała. Jak na razie poza Sarekiem nie było tu absolutnie żadnych rzeczy, osób czy scen, które w jakikolwiek sposób łączyły by Discovery z latami 50-tymi XXIII wieku. Więc dlaczego?

Wracając do oceny: jako samodzielny twór Discovery jest średni. Za dużo w nim minusów. Poza tym musi mierzyć się z takimi seriami, jak na przykład „The Expanse”, które – przyznaję otwarcie – pierwszymi odcinkami zachwyciło mnie bardziej. Zobaczymy, co stanie się dalej i czy scenarzystom uda się w końcu wywołać efekt „wow!”.

Recenzja według Wookiego

Zasiadałem do seansu z dosyć sporą porcją obaw – ten odcinek miał zadecydować jakim serialem tak naprawdę Star Trek Discovery naprawdę jest. Ponieważ większość fabułu zarysowali moi przedmówcy, to ograniczę się już wyłącznie do moich wrażeń po obejrzeniu „Context is For Kings”.

Zacznę od czołówki, która w przeciwieństwie do Mavisa bardzo mi się podoba – jest nowoczesna, klimatyczna, inna (w zasadzie jak cały ten serial), a w tle ciągle słyszymy motyw znany każdemu trekerowi, a gdy wchodzi napis: „Based on Star Trek created by Gene Roddenberry” muzyka wręcz przechodzi dokładnie w stary dobry motyw znany z poprzednich, klasycznych odsłon. Gdyby cały serial był taki jak czołówka byłbym w siódmym trekowym niebie. Problem w tym, że dla samego trekera w tym odcinku znów nie ma wiele, a wręcz jest mniej powiązań ze światem, niż w poprzednich epizodach. Wszystko sprowadza się do kilku easter eggów, które mimo wszystko cieszą. Po pierwsze pojawia się w końcu nawiązanie wizualne wyposażenia statku do tego, co mieliśmy szansę widzieć w TOSie – przyciski na panelach w sekcji inżynieryjnej mocno nawiązują do „topornych”, staroświeckich, wielkich przełączników z klasycznego USS Enterprise. Podobnie ma się sytuacja z nośnikami danych – załoga używa jaskrawych, kolorowych prostokątnych dyskietek/kaset, które często widzieliśmy w rękach Jamesa Kirka, czy Spocka. Różnica jest taka, że dyskietki z USS Discovery są przezroczyste. Szczegół bardzo fajny i znaczyłby o wiele więcej, gdyby cały klimat serialu również nawiązywałby do klasycznego Star Treka. Do tego dostajemy Jeffries tubes – czyli niewielkie korytarze na każdym statku Gwiezdnej Floty, które są wykorzystywane przez mechaników do napraw i konserwacji. Na koniec zostawiam przedstawicieli żywych gatunków znanych z poprzednich seriali i filmów. Tak, na biurku kapitana Lorki jest Tribble i mnie osobiście aż tak to nie oburza, skoro Phlox na Entku NX-01 jakoś to ogarniał, to zakładam, że tajny okręt naukowy Federacji też da radę. Wisienką na torcie jest natomiast szkielet Gorna w laboratorium dowódcy statku – przyznam, że aż się uśmiechnąłem, jak go zobaczyłem. Fajnie też, że w końcu gdzieś w tle przewijają się trikordery. Wyglądają dziwnie – jak hybryda tosowych i entkowych, nie padła jeszcze ich nazwa, ale przynajmniej zaczęto ich używać w away mission. Wszystko to jest naprawdę krzepiące, z tym, że tak jak wspomniałem, to zdecydowanie za mało, aby mnie przekonać, że oglądam Star Treka.

Pozostając jednak nadal przy pozytywach, przejdę do chyba póki co najmocniejszej strony Star Trek Discovery, czyli postaci. Nowy okręt – nowi bohaterowie. Może nie aż tak charyzmatyczni jak trójka kapitan-pierwszy-oficer naukowy z USS Shenzhou, ale jest dobrze. Lorca, dowódca okrętu zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, póki co intryguje, a do tego ma słabość do postaci, z zadatkami na socjo- lub/i psychopatów. Do tego dialog między nim a Burnham, gdy ten chciał ją przekonać do pozostania na statku, to moim zdaniem perełka. Kapitan wiedział dokładnie z kim rozmawia i za jakie sznureczki pociągnąć, aby osiągnąć cel – dla mnie rewelacyjna scena, ukazująca z kim mamy do czynienia o wiele bardziej, niż lekko żałosna scena końcowa Lorki w swojej menażerii. No i klasa samego aktora również robi swoje, zaraz po Michael Burnham jest to moim zdaniem najciekawsza postać w serialu. Główna bohaterka też, jak dla mnie, dobrze się rozwija. Widzimy ją po 6 miesiącach jak gryzie ją sumienie za to, że właśnie z jej powodu wybuchła wojna, a co najważniejsze zginęła jej mentorka i przyjaciółka. Do tego możemy w końcu zacząć rozumieć dlaczego jest to tak wyjątkowa i cenna postać w Gwiezdnej Flocie.

Warto wspomnieć również o dwóch innych nowych bohaterach. Pierwszy z nich to ekscentryczny szef projektu grzybków w sekcji inżynieryjnej, czyli porucznik Paul Stamets. Od strony osobowości całkiem przypadł mi do gustu. Przede wszystkim nie jest nijaki, a przez swój styl bycia i szybkie powiązanie go emocjonalnie z bliźniaczym USS Glennem zacząłem dostrzegać jakąś głębię tej postaci. Z drugiej jednak strony dziwnie zachowywał się jako dowódca całego projektu przy pierwszej konfrontacji z Michael. Podejście: „weź sobie znajdź miejsce i weź coś tam zrób” jest mało profesjonalne i nie przystoi na okręcie takiej rangi. Jednak coś podskórnie podejrzewam, że jeszcze dowiemy się dlaczego porucznik Stamets tak właśnie się zachowuje. Zachowanie drugiej postaci, o której chciałem tutaj wspomnieć jest już nieco mniej zaskakujące, wręcz stereotypowe i kiczowate póki co. Mówię tutaj o kadetce Tilly. Póki co jest wnerwiającą, naiwną, młodziutką, chrapiącą i czasami niezdarną kandydatką na oficera Gwiezdnej Floty i w zasadzie nie zaliczyłbym jej występu do pozytywów tego odcinka, gdyby nie fakt, że jest właśnie ambitną kadetką akademii. Rzadko w Star Treku mieliśmy do czynienia z osobami na początku swojej kariery we flocie i jestem ciekaw jak ten wątek zostanie rozwinięty, szczególnie w interakcji z Michael Burnham, która dzieli z Sylvią Tilly pokój.

Odrzucając fakt, że w tytule serialu występuje zlepek wyrazów Star Trek, muszę przyznać, że ogólnie poza drobnymi wyjątkami całkiem dobrze się to cały czas ogląda. W takim kontekście podoba mi mroczny klimat tej serii oraz to, że twórcy nie poją się pokazać bardziej drastycznych obrazów dla podkreślenia tego klimatu. Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie poskręcane ciała załogi USS Glenna. Ciekawe też jest pokazane często, że załoga okrętów nie jest przyzwyczajona jeszcze do samego pojęcia wojny i pracy w trybie wojennym. Scenarzyści starają się sprzedać widzom tę atmosferę i wychodzi im to nieco lepiej, niż klimat samego uniwersum. 😛

Jak jednak się zapewne domyślacie, brak mocnego powiązania ze Star Trekiem to nie jedyna wada „Context is for Kings”. Według mnie największym problemem jest największa zarazem tajemnica okrętu USS Discovery i bliźniaczego Gelnna, czyli grzybniowy napęd. Co to do jasnej cholery jest i co to robi w Star Treku?? Przecież to jest jeszcze większe kuriozum niż sławna już, a zarazem debilna czerwona materia z abramsowego Star Treka (2009). Scena, w które Lorca wyjaśnia Micheal czym zajmuje się jego okręt i czym jest czarny alarm (też swoją drogą fenomenalny wymysł) mnie po prostu rozbroiła, gdybym wówczas pił jakiś płyn, to pewnie bym tego nie przeżył. Dawno nie słyszałem tak durnego pomysłu – teleportacja między dowolnymi miejscami w galaktyce poprzez sieć grzybów – nosz ku… mać!!! Nie wiem co lepsze: grzybniowy napęd, czy medichloriany George’a  Lucasa. Ten debilny motyw bardzo popsuł odbiór całego odcinka i mocno rzutuje na cały serial. Bo do tej pory, czyli do końcowych minut trzeciego odcinka, naprawdę nie było źle. Ok, było kilka tanich zagrywek, jak klasyczna bójka w stołówce, zacięte, popsute drzwi, które w ciemności się otwierają i zamykają tak w kółko, tajemnicze żyjątko ukatrupiające załogę i tak dalej. To wszystko dało się jeszcze jakoś przełknąć – nie świadczyło to dobrze o twórcach, ale można było przymknąć na to oko. Jednak napęd borowikowy mnie rozbroił i mam jeszcze cień nadziei, że w najbliższych odcinkach jakoś to sensownie wyprostują.

Słowem podsumowania i uspokojenia nastroju powiem, ze „Context is For Kings” to w końcu rasowy pilotowy odcinek „Star Trek Discovery”, a pierwsze dwa epizody powinniśmy traktować jako prolog, co z resztą podkreślał  sam showrunner w pierwszym odcinku „After Trek„. Po tym co zobaczyłem lepiej już mi gdzieś umiejscowić nowego Star Treka… No właśnie… czy to nadal Star Trek? Póki co ma ten serial tyle wspólnego z tym uniwersum, co Legia Warszawa z Ligą Mistrzów. 😀 I to pozostaje prawie największym zarzutem dla tej produkcji. Jako serial oddzielony od świata stworzonego przez Roddenberry’ego jest nadal niezły, dobrze się go ogląda, z nieźle napisanymi postaciami, które dają nadzieję na to, że może w kolejnych epizodach będzie lepiej. Jednak jako Star Trek jest póki co słabo. Z jednej strony jestem nawet ciekawy, jak dalej zostanie poprowadzona ta historia, z drugiej strony ciągle mam obawy jak bardzo jeszcze zostanie zaorane moje ukochane uniwersum i jakie kretynizmy jeszcze scenarzyści przygotowali… Grzybowy napęd… w Star Treku… przed Kirkiem… No ja pie…le!!