Kosmos 1999: Voyager’s Return – recenzja (odcinek 1×12)

Nasz kochany księżyc napotyka ziemską sondę o wdzięcznej nazwie: Voyager 1. Jest ona wyposażona w ciekawe silniki. Mają one bowiem tak mocne promieniowanie, że są w zasadzie zabójcze. Na stację pada blady strach, że zginą pod niszczycielskim promieniowaniem silników. Tu jednak pojawia się zaskakująco ciekawa kwestia (jak na ten serial). Mianowicie: czy możemy zniszczyć sondę która zebrała tak wielką ilość danych i zaprzepaścić szanse ludzkości na ich poznanie? Oczywiście scenarzyści mają na to gotowe rozwiązanie wyciągając z kapelusza nowego bohatera, który okazuje się nikim innym, jak twórcą tego morderczego napędu. To pierwszy problem tego odcinka. Nie lubię, gdy scenarzyści znajdują magiczne rozwiązanie problemu, a jeszcze bardziej nie lubię, gdy wymyślają jakąś postać, która jest rozwiązaniem. Cóż za doskonały zbieg okoliczności, że twórca napędu ukrywa się na bazie Alfa. A jeszcze lepiej brzmi dowódca bazy: on ukrywał swoją tożsamość i przeszłość, do czego każdy z nas ma prawo. Zaiste, głęboka to prawda. Ciekawe czy gdyby w bazie ukrywał się seryjny morderca podejście byłoby takie samo. Żeby było jeszcze zabawniej: na bazie jest również syn pierwszych ofiar tego napędu. Cóż za przypadek. Jednak mimo tych niespodziewanych rzeczy ogląda się to ciekawie, a problem faktycznie zdaje się poważny i interesujący. Niestety scenarzyści na tym nie poprzestali i postanowili dołożyć nam jeszcze obcych. A ci mimo swojego technologicznego poziomu obrywają od napędu i postanawiają zniszczyć Ziemię. Nie powiem wam jak to wszystko się zakończyło ale przyznaje, oglądało mi się to całkiem nie najgorzej. Może wreszcie scenarzyści znaleźli swoją drogę?