The Orville – „If the Stars Should Appear” – sezon 1, odcinek 4, recenzja PIFKOwej załogi

To już kolejne, czwarte spotkanie z załogą USS Orville, która zabiera na w nostalgiczną podróż do czasów, gdy z wypiekami oglądaliśmy świeże (wówczas) przygody kapitana Pikarda. Nie da się ukryć, że twórcom serialu „The Orville” udało się wcześniej oddać klimat i ducha ówczesnych Star Treka. A jak na tym polu wypadł czwarty odcinek? O tym przeczytacie poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Poprzedni odcinek zachwycił mnie trekowym klimatem i – nie oszukujmy się – nostalgią, dlatego z nadzieją czekałem na kolejny epizod Orvilla. Rzecz w tym, że fabuła tym razem nie wywołała już efektu „wow” i są tego dwa możliwe powody: albo przyzwyczaiłem się już do tego, co oferuje Seth MacFarlane, albo ten odcinek nie jest aż tak dobry, co wcześniejszy.

Pierwsza scena sugeruje, że ciągle będzie ciągnięty wątek zmiany płci u Bortusowego dziecka, ale to tylko „zapchajdziura” i wypełnienie kilkuminutowe nie mające wpływu na resztę odcinka. Załoga trafia na dryfujący w przestrzeni kosmicznej kolosalny okręt, którego nie można przeskanować i postanawia go zbadać. Piątka oficerów wybiera się do wnętrza, gdzie znajdują kompletny zamknięty i samopodtrzymujący się ekosystem oraz mieszkańców na poziomie rozwoju mniej-więcej dzikiego zachodu nieświadomych istnienia czegokolwiek poza ich niewielkim światem. W tym momencie można się już domyśleć przebiegu i zakończenia odcinka, bo nie oszukujmy się: odkrywczy to on zdecydowanie nie jest.

Czy mi się podobało? Raczej tak, ale nie z powodu fabuły, ale raczej nostalgicznego powrotu do klimatów Star Trek: TNG/VOY. Chociaż po namyśle muszę przyznać, że dwie rzeczy trzeba zaliczyć na plus. Po pierwsze scena tortur Kelly Grayson, bo choć krótka, to jednak pokazuje, że nie będzie to głupia komedyjka. Gdyby serial nie miał ambicji trekowych, to dostalibyśmy pewnie coś w stylu scen przesłuchania przez Hiszpańską Inkwizycję, albo Arabów. A tu proszę… Było na poważnie.

Druga sprawa, która niezmiernie mi się spodobała, to gościnny udział Liama Neesona, który kontynuuje w ten sposób starą tradycję pojawiania się w serialu Star Trek gwiazd, gwiazdeczek, postaci nauki, itd. Przyznaję, że o ile fabuła była przewidywalna, o tyle widok znanego aktora w bardzo epizodycznej roli spowodował, że mruknąłem z podziwem.

Po czterech odcinkach wiemy już, czego się spodziewać po serialu „The Orville”. To nie jest produkcja, która ma błyszczeć efektami, nowoczesnym podejściem do produkcji, czy wielopoziomową intrygą. Wbrew oczekiwaniom widzów i renomie Setha MacFarlane’a nie będzie to też obrazobórcza komedia wyśmiewająca wszystko i wszystkich. Być może z tych dwóch powodów opinie o serialu w sieci są zwykle umiarkowane, a to może być zbyt mało, by udało się nakręcić więcej niż jeden, może dwa sezony. Trochę szkoda, bo to jest produkcja przeznaczona dla tych, którzy pamiętają seriale sprzed 20-30 lat i którzy czasami chcieli by wrócić do tamtych klimatów. Mnie się podoba. 😉

Recenzja według Mavisa

Czwarty odcinek odebrałem jako ten, który trzyma poprzeczkę poprzedniego odcinka. Stało się dla mnie faktem, że Orville nie jest parodią, czy czysta komedią. Owszem istnieją momenty luźne czy komediowe, ale serial bardziej przypomina klimatem Star Treka, niż tego można się spodziewać. Co prawda przypomina bardziej Następne Pokolenie niż coś nowszego, ale mimo wszystko jestem zachwycony. Może na to ma tez wpływ fakt, że twórcy nie próbując wcisnąć czegoś na silę, daleko odbiegającego od kanonu (np. hologramy – ot taki przytyk do ST:Discovery). W serialu podoba mi się dalej rozwijane więzy między załogą, jak i również nawiązania do animozji miedzy poszczególnymi osobami. Tak więc kapitan zawsze znajdzie okazje aby powytykać swojej Ex, czy powtórzy tekst „Otworzysz ten słoik ogórków dla mnie?”, Bortusowie będą dalej sprzeczać się o dziecko, sternicy będą nieokrzesani. Do schematów człowiek się przywiązuje, jednak poznawanie poszczególnych indywidualności też kryje wiele ciekawych opowieści. Dlatego tez myślę, że w nadchodzących odcinkach lepiej poznamy załogę mostka (swoją droga obstawiam, że Isaak okaże się wysłannikiem, który ma poznać daną rasę, a następnie być narzędziem do jej zniszczenia – tak jak u zmiennokształtnych pierwotnie miał być Odo). Wracając do odcinka, bardzo mi się podobał motyw znakowania nowych planet, jak i gościnny występ Liama Neesona. Dodam jeszcze, że efekty specjalne są świetnie wpasowane w stylistykę serialu i nie widać przejścia między prawdziwymi przedmiotami, a efektami komputerowymi, np scena włamania się do systemu przez Isaaka była moim zdaniem bardzo dobrze zrobiona.

Podsumowując uważam, że odcinek był dobry – mam jednak nadzieje, że twórcy będą w stanie wykrzesać z siebie jeszcze więcej, aby ze spokojem uzyskać drugi sezon. Bo powiedzmy sobie szczerze, serial jest dobry, ale brakuje mu wybitności, czy więcej odcinków z efektem „wow”.

Recenzja według Wookiego

Co tu dużo mówić, obejrzałem zaginiony odcinek Star Trek The Next Generation. Klimat tego serialu wylewał się z ekranu i gdyby nie inne postacie i mundury mógłbym się spokojnie pomylić, że to kolejna przygoda USS Enterprise-D. Fakt, fabuła jest dość przewidywalna, ale z drugiej strony oglądało mi się ten odcinek fenomenalnie. Być może nie podejmuje tak ważnego i na czasie tematu, jak to miało miejsce w poprzednim epizodzie, ale nadal poziom, moim zdaniem, został utrzymany. Znów nie mamy tutaj bezmyślnego lekkiego sci-fi, tylko fabułę, która daje do myślenia. Tym razem to kwestia religii i tego czy jest się wstanie poświęcić dla władzy cały swój lud. Dla mnie rewelacja. DO tego pomysł ogromnego statku generacyjnego – no klasyk i mimo, że już to kilkukrotnie było odmieniane przez przypadku w wielu produkcjach science-fiction, ja nie ma dość.

Postacie nadal zaskakują pozytywnie. Mistrzowską sceną dla mnie był popis celności nawigatora – idealny comic relief. Do tego cały czas mamy temat traktowania kobiet w społeczeństwie – tym razem już nie chodzi o dziecko Bortusa, ale to, jak odnosi się załoga do Alary. Jest jeszcze bardzo dobra i mocna scena przesłuchiwania pierwszej oficer, która pokazuje charakter komandor Kelly Grayson, ale też sama scena jest mocna i krwista. Widać, że twórcy nie boją się pokazać brutalnej strony eksploracji kosmosu.

Zwróciłem jeszcze na jedną ciekawą rzecz uwagę. Mianowicie, sporo jest w The Orville bitew kosmicznych. Tym razem również na taką natrafiamy i muszę przyznać, że mi się to podoba. Nie jest to nastawienie całego odcinka na naparzanie, wręcz wydawało się, że tym razem ta scena jest mocno zbędna. Ale z drugiej strony efekty specjalne są przyjemne, dzięki tej scenie poznajemy kolejne strony naszych bohaterów – Bortus jako dowódca słucha swoich oficerów, a John LeMarr okazuje się niezłym strzelcem. Do tego dobrze wplata się to na potrzeby historii odcinka a nawet buduje to uniwersum – patrz boja komunikacyjna i procedury Unii.

Podsumowując ja chyba bawiłem się jeszcze lepiej niż podczas poprzedniego odcinka. Jak wspomniałem na początku, jest to dla mnie na wręcz zaginiony epizod TNG. Mimo lekkiej wtórności po prostu wszystko mi tu grało i oglądałem cały odcinek z „bananem” na twarzy, a gdy nagle odezwał się Liam Neeson to prawie padłem. Tak, jest to staromodny sposób robienia seriali, tak ma pewne niedociągnięcia, ale ja to kupuje. Teraz stałem się już fanem tej produkcji i czekam na więcej z  niecierpliwością.