Star Trek TOS: The Omega Glory – recenzja (odcinek 2×25)

Kolejny odcinek z cyklu: dlaczego pierwsza dyrektywa jest tak ważna. Tutaj kapitan Kirk spotyka na planecie obłąkanego kapitana gwiezdnej floty, który postanawia pomóc jednej ze zwaśnionych stron. Jego obłąkanie charakteryzuje się tym, że pragnie on nieśmiertelności. Uważa, że ponieważ ludzie na tej planecie żyją po kilkaset lat to i my możemy to osiągnąć poprzez wyodrębnienie wirusa, który to powoduje. Oczywiście McCoy stwierdza, że nie ma takiej możliwości, a Kirk wdaje się w walkę z obłąkanym kapitanem. Gdzieś w tle rozgrywa się wojna między plemionami Komów i Yangów. I do momentu strzelaniny miedzy kapitanami jest ciekawie. Interesująco wypada obłąkany kapitan, sam motyw wojny biologicznej jest ciekawy, a trochę też się dowiadujemy o historii Ziemi. Niestety w pewnym momencie scenarzyści postanowili zrobić twist. Kompletnie niepotrzebny, a co gorsza totalnie głupi. Gdy Yangowie pokonują wroga wiążą wszystkich przybyszów. Kirk wpada wtedy nagle na pomysł. A co jeśli Komowie to komuniści? A Yangowie to yankesi? Tak po prostu przychodzi mu to do głowy… Można by pomyśleć, że to tylko metafora obu ras. Scenarzyści jednak postanawiają nas szybko wyprowadzić z błędu i na scenę wchodzi flaga USA… Po krótkiej wymianie zdań dochodzi do jeszcze jednego starcia kapitanów – rzecz jasna wygrywa Kirk i wtedy nasz ukochany kapitan USS Enterprise zaczyna cytować konstytucje Stanów Zjednoczonych…. I gdzie tu wspomniane w odcinku „Patterns of Force” zdanie, że nieprawdopodobne jest, żeby historia na innej planecie potoczyła się jak u nas? Niestety ale te fakty pogrążają ten odcinek. Mógł to być taki typowy średniak nawet z ciekawym przesłaniem, ale scenarzyści przeszarżowali. I jeszcze ten patos z flagą i konstytucją…