The Orville – „About a Girl” – sezon 1, odcinek 3, recenzja PIFKOwej załogi.

Za nami trzeci odcinek serialu „The Orville”, który coraz bardziej zdobywa nasze uznanie. Po seansie odcinka „About a Girl” wiemy, żeby mamy do czynienia z czymś wyjątkowym…

Recenzja według Śmiecha

Trzeci odcinek „Orvilla” oglądaliśmy wspólnie całym Instytutem kilkanaście minut po seansie pilota „Star Trek: Discovery”, więc tym bardziej kłuły w oczy różnice i podobieństwa między tymi dwoma serialami. Szczególnie to, co nazywam esencją trekowości, czy też zgodnością z wizja Roddenbery’ego – w oglądanym kilka minut wcześniej Discovery było tego zadziwiająco mało. Tam skupiono się na walce, więc idei „odkrywać nieodkryte i podążać, gdzie jeszcze nikt nie dotarł” prawie się nie uświadczyło. Co nie znaczy, że Discovery to zły serial – o nie! To świetnie zrealizowane, wciągające i widowiskowe kino science-fiction. Tylko zawartości „treka w treku” jakoś mało.

Co innego z „Orvillem”, który miał być chyba pastiszem i parodią Treka, a tym czasem staje się czymś w rodzaju hołdu i kontynuacji pomysłów Gena Roddenbery’ego. Odcinek „About a Girl” skupia się na niemowlaku, dziewczynce z rasy, która składa się wyłącznie z mężczyzn. Jej rodzice chcą przeprowadzić jak najszybciej zabieg zmiany płci, bo w ich kulturze bycie „samicą” jest biologicznym dziwactwem, czymś podobnym do posiadania u nas trzeciej nerki czy nogi. Przeciwstawia się temu załoga statku, kierowana inną (ludzką) mentalnością i zasadami społecznymi, nawet przekonując do swoich racji jednego z rodziców. Wszystko kończy się w sądzie, który jako żywo przypomina coś co znamy z Treka (np. gdy zastanawiano się nad prawami androida Daty).

Mamy zatem pewien problem społeczny, w którym obie strony mają swoje racje i który można potraktować jako swego rodzaju alegorię tego, co mamy dziś na co dzień. Co jest naturalne, a co wynika z przyzwyczajeń społecznych i „praw ludzkich”? Gdzie powinna zaczynać się i kończyć wolność jednostki oraz ingerencja tych, co wiedzą lepiej? To ważne pytania i dawno nie widziałem, by ktoś tak wyraźnie je zadawał w serialu – bądź co bądź – rozrywkowym. Po prostu „łał!”.

W tym wszystkim nawet zacząłem doceniać humor, do którego jeszcze dwa tygodnie temu podchodziłem ostrożnie. Meksykanin wyzywający kapitana na pojedynek tańca do kompletnie niepasującej piosenki to było coś zaiste świetnego. 🙂 Sternik wzywany jako świadek w sądzie po to, żeby udowodnić swoją skretyniałość? Bomba! Przyznaję, że w trakcie seansu były chwile, gdy szczerze śmiałem się do rozpuku.

Ale nie na końcówce, która była tak melancholijna i optymistyczna, że po napisach końcowych wszyscy z nas siedzieli jeszcze przez chwilę z otwartymi szczękami. A wracając do domu zastanawiałem się tylko: jak to się stało, że parodia Treka jest bardziej „trekowa”, niż najnowszy „Star Trek”?

Polecam. Szczerze polecam…

Recenzja według Mavisa

Powiem bez ogródek – już dawno nie widziałem tak Star Trekowego odcinka. Po paru luźnych odcinkach, w których humor był momentami żenujący, fabuła wprowadziła nas (zwłaszcza końcówką ostatniego odcinka) we wspaniały wątek. Być może ktoś powie, że dane motywy są żywcem ściągnięte z wcześniej już omawianych problemów występujących w Star Treku, może nutka sentymentu i szczypta harmonii w całym odcinku sprawiała takie, a nie inne wrażenie…. może pod względem innowacyjności, lub schematu rozwiązania sprawy nie powiało świeżością, to jednak odcinek przykuł moją uwagę, i to bardzo. Po obejrzeniu czułem się spełniony; nawet nie oczekiwałem, że aż tyle dostanę od Orvilla. Byłem też zaskoczony głębią poruszanego tematu i uradowany humorystycznymi wstawkami – które były znakomite. Również ostateczny wyrok sądu bardzo zaplusował. Tak jak Śmiecho mówił: załoga rozwiązywała „problem” na iście Orvillowskim poziomie – co widać po świadkach wyznaczonych przez Pierwszego oficera.

Jest to kolejny odcinek, w którym owocują dobrze dobrane i wyraziste sylwetki załogantów, jak również wzajemne stosunki między nimi. Mam wielką nadzieję, że twórcy serialu postarali się o to, aby nie raz nas widzów jeszcze zaskoczyły.

Podsumowując: odcinek był fenomenalny i nie mogę się doczekać kolejnej przygody USS Orvilla.

Recenzja według Wookiego

Trzeci odcinek to już prawdziwa petarda – Star Trek w najczystszej postaci, okraszony w pełni nareszcie trafnym, lekkim humorem. Gdyby nie inne mundury i kilka innych szczegółów mógłbym przysiąc, że oglądam kolejny odcinek The Next Generation. Problemy poruszane w tym epizodzie są nie dość, że poważne, to jeszcze na czasie. Do tego feeling całości tak bardzo trekowy – poczynając od wspomnianej problematyki, przez sam proces sądowy na planecie rodzinnej Bortusa. Mimo, że z drugiej strony „About the Girl” może wydawać się przewidywalny i w zasadzie przez większość czasu taki właśnie jest, to potrafi również zaskoczyć. Nie tylko kalibrem podejmowanego problemu, ale też chociażby samym zakończeniem odcinka.

Jeśli chodzi o postacie, to coraz większą sympatią darzę sternika, czyli porucznika Gordon Malloy’a, który odegrał ważna rolę podczas rzeczonego procesu oraz był odpowiedzialny za zainspirowanie Bortusa do przemyślenia sprawy zmiany płci swojej córki. Jak zawsze pod względem postaci Orville nie zawodzi!

Słowa Śmiecha w zasadzie podsumowują całkowicie ten serial – jest to niejako hołdem dla starego dobrego Star Treka i wizji Gene’a Roddenberry’ego. Z odcinka na odcinek robi się co raz lepiej i na chwilę obecną nie mogę się doczekać kolejnej odsłony serialu. Oby tak dalej!