Star Trek Discovery ? „The Vulcan Hello”/”Battle at the Binary Stars” ? sezon 1, odcinki 1 i 2, recenzja PIFKOwej załogi

Wreszcie się doczekaliśmy. Po 12 latach przerwy w końcu dostaliśmy nowy serial, którego akcja dzieje się w jednym z najbardziej znanych i lubianych uniwersum. Jesteśmy już za premierą pierwszych dwóch odcinków serialu „Star Trek Discovery”, a o naszych wrażeniach można poczytać poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Ok, wszyscy wiemy o problemach z realizacją, obsuwach, zmianą reżysera, itd., ale kiedy całym Instytutem zebraliśmy się u Wookiego na seansie, miałem całkiem optymistyczny nastrój. I dość duże oczekiwania… Musze tu wyjaśnić co nieco. Nie przeszkadza mi zmiana stylistyki i „unowocześnienie” zaplecza technicznego serialu. Mam tu na myśli to, że przez 30 lat zmieniło się wszystko: od sposobu pisania scenariusza, kręcenia, prowadzenia aktorów, a na efektach cyfrowych kończąc. Dlatego wiedziałem, że nie ma co zwracać uwagi na prawdopodobny szybki montaż jakby z MTV, unowocześnienie mundurów, konsol, światełek, itd. Spodziewałem się jednak tego, czego od dawna w kinie nie widziałem, czyli inteligentnej rozrywki, ukrytych rozważań o naszym obecnym świecie ubranych w ciuszki science-fiction, powrotu do dylematów moralnych oraz rozwiązywania problemów najpierw dyplomacją i błyskotliwością, a dopiero potem siłą. Tak… Moim ukochanym okresem w dziejach Treka jest TNG, a nie kowbojski TOS (przez którego nie dałem rady przebrnąć w całości – mea culpa). Cały czas zastanawiałem się, czy dostaniemy klimat, który wyróżniał ST, czy też raczej bezmyślną rozwałkę. Motto Treka dotyczyło przecież odkrywania, a wizja Roddenberego to optymistyczna przyszłość.

Zaczęło się dość przyjemnie, choć głupio. Dwójka głównych bohaterów udrażnia wyschniętą studnię, by uratować od zagłady pewien przed-industrialny gatunek. Na plus można zaliczyć chemię między kapitanem i pierwszym oficerem, oraz szacunek, którym się darzą. Inna sprawa, że kapitan powołuje się na Pierwszą Dyrektywę jednocześnie ją łamiąc, ale w pierwszych minutach filmu dawałem twórcom duży kredyt zaufania. Ok, to nie wróżyło najlepiej, ale oglądałem dalej.

A potem dostaliśmy Klingonów… Chyba Klingonów, bo za diabła nie przypominało to rasy, która została wyeksploatowana wzdłuż i wszerz w TNG/DS9. Dostaliśmy inny wygląd, mundury, wygląd statków. Znajome były tylko język, nawiązania do Kahlessa (takiego ich bohatera) i… no właśnie. Ciągle zastanawiam się nad zachowaniem. To wcześniej była rasa wojownicza, ale honorowa. A tu? Jaka była motywacja T’Kuvmy? Dlaczego knuł, by zjednoczyć klany pod swoim przewodnictwem? Chęć władzy? Zemsta? Klingoni w poprzednich serialach chyba nie byli rasistami i potrafili docenić odwagę w każdym, ale tutaj czułem ich poczucie wyższości nad ludźmi. Ogromnie raziła mnie ich nowa stylistyka, ale zamykając oczy czułem też, że coś jest nie tak z zachowaniem.

Pierwsze sceny na okręcie USS Shenzhou są dość przyjemne i ogromnie podoba mi się to, jak odnoszą się do siebie kapitan Georgiou, komandor Burnham i oficer naukowy Saru. Trochę zgryźliwości, ale pod spodem widać duży szacunek, przyjaźń i zgranie. Zaletą jest też to, że serial skupia się na trzech postaciach i nie szarżuje z przedstawianiem widzowi wszystkich naraz. I dobrze, bo złym wprowadzeniem bohaterów można na prawdę zepsuć seans. Niestety spokojny klimat szybko pryska, bo załoga USS Shenzhou zostaje wciągnięta w diabelski plan Klingonów wywołania wojny. Mniej więcej od połowy pierwszego odcinak pryska (delikatny, ale zawsze) klimat eksploracji i zaczyna się siłowa przepychanka. Wprawdzie „nasi” próbują dość niemrawo załatwić sprawę po dobroci, ale po pierwsze ze strony Klingonów nie ma absolutnie żadnej chęci do dyplomacji, a po drugie główna bohaterka też ciągnie do konfrontacji.

Czy dwa pierwsze odcinki „Star Trek Discovery” to dobre kino science-fiction? Ależ oczywiście, że tak! Przede wszystkim czuć klimat kosmosu i braku zrozumienia między obcymi rasami. Bardzo dużym atutem jest nowoczesność pokazana na ekranie, np. podobał mi się pomysł na pola siłowe odpalające się od razu po awarii grodzi. Sama intryga jest dość trywialna, ale daje radę. Bohaterowie są świetni, wizualnie dostajemy coś przepięknego, itd., itp. Jako otwarcie nowego serialu dwa pilotowe odcinki są wystarczająco intrygujące, by zachęcić do oglądania reszty i jestem przekonany, że serial zdobędzie rzeszę oddanych fanów. To będzie nowe pokolenie Trekkerów, których rodzice wychowali się na TNG/DS9/ VOY/ENT, a dziadkowie na TOSie.

Ale czy jest to godny następca idei Gena Roddenberry’ego? I tu jest właśnie problem, bo według mnie nie. Przynajmniej pierwsze dwa odcinki tego nie pokazują. Bardzo brakowało mi tu idei odkrywania nieznanego i docierania tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Nie ważne, czy chodzi tu o odkrycia w czasie i przestrzeni, czy też zgłębianie nas samych. Otwarcie TOSa dotyczyło próby zrozumienia ludzi, a TNG sądu nad czymś, co sami nazywamy „człowieczeństwem”. A tutaj? Tutaj otrzymujemy intrygę w celu wywołania wojny. Obym się mylił, bo przecież przed nami jeszcze kilkanaście odcinków, a może i więcej, ale oceniając pilota Star Trek Discovery przez pryzmat tego, co nazywam esencją trekowości jest tu dość bladziutko. Ciągle liczę na to, że w następnych epizodach będzie lepiej.

Wieczór u Wookiego kończyliśmy kolejnym odcinkiem Orville’a i jestem tym bardziej rozgoryczony, że parodia Treka w moim odczuciu lepiej trafia w ducha Roddenberego, niż najnowszy Trek. Ale o tym można przeczytać w zupełnie innym artykule

Recenzja według Wookiego

Nie owijając w bawełnę od razu powiem, że mam bardzo mieszane uczucia co do nowego Star Treka. Jestem w podobnym stanie zawieszenia, co po pierwszym odcinku Orville’a. Obejrzałem pilotowe odcinki dwa razy, aby upewnić się, czy czegoś nie pominąłem i może za pierwszym razem to ze mną było coś nie tak i nie dostrzegłem treka w treku.

Niestety pod tym względem moja opinia się nie zmieniła – cały czas mam wrażenie, że twórcy wykorzystali markę Star Trek tylko do wypromowania swojego serialu science-fiction, a wszystko co dotyczy samego uniwersum jest doklejone przeważnie mocno na siłę. Wątek ratowania jakiejś rasy na pustyni jest według mnie kompletnie zbędny, bo nawet przedstawienie więzi kapitan i pierwszej oficer USS Shenzhou lepiej wychodzi już na pokładzie okrętu Gwiezdnej Floty, a wyrysowanie delty na piasku śladami stóp uważam za wręcz żałosne. I kompletnie nie rozumiem wzmianki o pierwszej dyrektywie w tej scenie.

Klingoni to już dla mnie kompletne nieporozumienie. Zmianę wizerunku bym jeszcze jakoś przełknął, chociaż kanon jaki ustanowiły TNG, DS9 i VOY, a następnie wytłumaczenie płaskich klingońskich czół w TOSie przez Star Trek Enterprise bardzo mocno osadziły tę rasę w uniwersum i uważam, że podobnie jak Wolkanie nie powinni być w żaden sposób zmieniani. Największy jednak problem z tą wojowniczą rasą, tak jak wspominał Śmiecho, jest z ich usposobieniem. Przeżył bym ich zmianę wizualną, gdyby tylko zachowali swoich charakter, problem w tym, że wewnątrz tych świecących mundurków i pod tona lateksu na twarzy nie skrywają się już Klingoni, jakich znaliśmy do tej pory. Do tego dochodzi kompletnie sztuczny (przynajmniej jak na razie) wątek wolkański, który wydaje się doczepiony i wymyślony tylko po to, żeby przekonać widza, że to jednak jest Star Trek… „Ok rozpieprzyliśmy Klingonów, ale patrzcie, są Wolkanie, Live Long and Prosper i w ogóle, to musi być Star Trek, nie możecie powiedzieć że nie…” Problem w tym, że w tym samym czasie dostajemy na twarz sporo szczegółów, które niszczą trekowość tego widowiska. Nagle wszyscy w uniwersum używają hologramów do komunikacji (WHAT THE HOLLY FUCK!!!???), na mostku nie ma żadnej znanej rasy, flota Federacji nie składa się z żadnej znanej klasy okrętów, mundury są kompletnie nowe i nawet nie próbują nawiązywać do tych z TOSa czy wcześniejszego pilota „The Cage”, a przypomnę, że „Discovery” dzieje się mniej więcej 10 lat przed serią oryginalną. Na wspomnianej scenie na pustyni nikt się nawet nie zająknie o skanowanie czegokolwiek trikorderem, a fabuła jest tak poprowadzona, że zamiast promu kosmicznego, używany jest Jetpack, który nie jest do końca zadomowiony w uniwersum. Takich przykładów można by niestety mnożyć.

Wiem, na chwilę obecną wygląda, jakby mi się ten serial kompletnie nie spodobał, jednak w cale tak nie jest. Chciałem jedynie pokazać, że mam jak na razie problem z usytuowaniem go w moim ukochanym uniwersum. Z drugiej jednak strony dostajemy kawał bardzo dobrego science-fiction. Wizualnie „Star Trek Discovery” jest po prostu piękny. Widać, że nie oszczędzano tu na niczym i spełnia on pod tym względem wszelkie kryteria serialu z najwyższej obecnie półki i nie musi się wstydzić przy takich tytułach jak „The Expanse”, „Gra o Tron”, czy „Marco Polo”. Fabularnie też jest ciekawie i przyznam, że kiedy kończył się pierwszy odcinek byłem mocno wciągnięty w historię. Bardzo dobrym pomysłem było przedstawienie tylko trzech głównych postaci po stronie Gwiezdnej Floty, czyli kapitan, pierwszej oficer Michael Burnham i oficera naukowego Saru, który jest reprezentantem rasy Kelpian. Chemia między tymi bohaterami była po prostu rewelacyjna i żałuje tylko, że dynamika historii nie pozwoliła, aby mieli oni więcej czasu na ekranie. Gra aktorska przeważnie jest bez zarzutu, a Sonequa Martin-Green wcielająca się w Michael jest fenomenalna i wręcz idealna do tej roli. Potrafię zrozumieć jej motywację, czuję jej emocje, wiem o co jej chodzi i widzę to w jej gestach i mimice twarzy. Gorzej wypadają Klingoni, którzy często sprawiają wrażenie, że dukają a nie płynnie posługują się językiem klingońskim. A jak już przy tym jesteśmy to jedyne co mogę pochwalić w nowych Klingonach to fakt, że cały czas w scenach z nimi posługują się swoim rodzimym językiem. Tyle klingońskiego nie mieliśmy chyba w żadnym odcinku Star Treka do tej pory.

Kilka smaczków trekowych jednak jest w Dicovery i trudno tego nie zaliczyć na plus. Bardzo miło było posłuchać znane odgłosy pracy sprzętu na mostku – bipy, pikania, szemrania jakie tam usłyszeliśmy są dobrze znane każdemu fanowi Star Treka. Miłym mrugnięciem oka był również USS Shran w federacyjnej  flocie. Szkoda, że w właśnie tym tropem nie szli twórcy przy budowaniu rzeczywistości nowego Star Treka. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena młodego chorążego (lub porucznika), który będąc w szoku nie może trafić do ambulatorium i który żali się, że nie po to zaciągnął się do floty, by walczyć. Rewelacyjnie oddaje to klimat nie przygotowania załogi do walki i pokazuje dlaczego warto unikać starcia za wszelką cenę. Chce takich motywów o wiele wiele więcej. W miarę zaskakujące, pozytywnie zaskakujące jest zakończenie głównego wątku pilota, który już się zapowiadał na tanią kinową kliszę, ale szybko przekształcił się w ciekawe rozwiązanie.

Jak sami widzicie, ciężko jest mi jest do końca się określić na chwilę obecną co sądzę o „Star Trek Discovery”. Jako widowisko science-fiction zapowiada się na pewno bardzo dobrze i ciężko jest się do czego przyczepić. Historia jest wciągająca, postacie nie są płaskie, wizualnie wręcz zachwyca. Jednocześnie jednak mocno odrywa się od uniwersum Star Treka i jak na razie nie do końca rozumiem dlaczego w taki sposób przerobiono ikonicznych Klingonów. Serial ma potencjał na naprawdę coś rewelacyjnego, ale czy będzie nadal Star Trekiem? Trudno mi to na razie powiedzieć, w każdym razie z przyjemnością obejrzę kolejnego odcinka.

Recenzja według Mavisa

Podobnie jak moi przedmówcy z Poznańskiego Instytutu Fanów Kosmicznych Odysei, jestem rozdarty w opinii tego serialu. Z jednej strony to bardzo dobrze wykonany Sci-Fi, z drugiej…. co właściwie wyobrażali sobie twórcy??? Serial kompletnie nie pasuje do „Prime timeline”. Nic się nie zgadza, mundury, wygląd Klingonów, statki, hologramy…. to jest coś, z czym nie mogę się pogodzić i raczej to się nie zmieni. Dla mnie wszystko to bardziej gra z „Kelvin timeline” lub gdyby akcje umieszczono choćby 20 lat po Voyagerze.

Garść Treka w Treku. Moim największym odczuciem po obejrzeniu pierwszych odcinków jest spostrzeżenie, że z obejrzanego widowiska, można by zrobić nową markę świata Sci-Fi. To nie musiał być Star Trek. Jak dla mnie to, co jest ikoną Star Treka (zbudowaną przez wcześniejsze seriale) prawie nie wystąpiło. Owszem były liczne nawiązania, a to wspominano Andorian, a to Telarytów, ale oprócz „wspominków” nie było ich widać na ekranie. Tak naprawdę oprócz Wolkan, a w zasadzie jedynego Sareka, nie było żadnej znanej rasy obcych. Powiem tak: w Gwiezdnych Wrotach były identyczne nawiązania, a to ktoś wspomniał o Kapitanie Kirku, a to o Enterprise, ale to wcale nie znaczyło, że to był Star Trek. W przypadku Discovery mam podobne odczucia. Zamiast o czymś mówić, pokażcie to. Choćby dowódcą USS Europy mógłby być jakiś obcy. Hologramy też do mnie kompletnie nie przemawiały. Co się stało z Ekranem? Wracając do sprawy: moje zastrzeżenia co do tej technologii są następujące – Sarek będąc projekcją  opierał się o biurko… Ale mniejsza z tym. Dla mnie bardziej niepraktyczne było wychodzenie z mostka, aby z kimś porozmawiać, na mostku było tylko audio.

Mam też problem z pewnymi szczegółami – nasza protegowana Michael w iście logiczny sposób skłania komputer pokładowy do wypuszczenia z celi, a chwilę wcześniej na pustyni w ogóle nie zorientowała się że idą „w kółko” tworząc Deltę. Inną sprawą jest fakt, że motyw ze studnią mógłby tworzyć oś fabularną całego odcinka. Tu został potraktowany po macoszemu. Osobiście tez miałem wrażenie, że jest to scena wręcz odwrotna do tej widzianej w ST:Into Darkness z zamrażania wulkanu. Założenia są wręcz opaczne, a wspomnienie Pierwszej Detektywy brzmi jak niesmaczny żart. No naprawdę, wylądujmy wielki statkiem, nikt tego nie zauważy…

Z drugiej strony Star Trek Discovery to świetnie wykonany serial Sci-Fi. Wpływ grubości portfela widać na każdym kroku. Zapewne twórcy nie raz zastanawiali się – co by tu jeszcze dodać aby było extra? Scena pojawienia się okrętu na pustyni; hologramy, pola siłowe, cała akcja wydostania się z celi… szczęka opada. Jako fan efektów specjalnych jestem zachwycony. Pewną niedogodnością są dla mnie kolory mundurów, a więc srebrny, złoty i miedziany – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie, przez co wydawało mi się, że wszyscy są tak samo ubrani i nie rozróżniałem poszczególnych specjalności (swoją droga ciekawym pomysłem jest połączenie oznaczeń rangi z „deltą”). To samo dotyczy się okrętów Federacji i Klingonów. Na tle kosmosu musiałem się mocno skupić, aby rozpoznać którąś z frakcji. Wracając do fabuły o ile w pierwszym odcinku poczułem sympatię i chemię miedzy trzema eksponowanymi postaciami, to w drugim odcinku wszystko to się rozmyło. Jakoś drugi odcinek wydał mi się nijaki, jakby był dodatkiem ukazującym sceny batalistyczne. Na początku uznałem pokazanie tylko paru pomieszczeń USS Shenzhou za minus, lecz szybko przeszedłem do refleksji, iż to nie jest docelowy statek, który widz ma poznać, dlatego tez twórcy nie eksplorowali zbytnio jego wnętrzności – zatem czekam na Discovery. Swoją drogą, umieszczenie mostka na spodniej części spotka uważam na innowacyjne i myślę, że właśnie takimi zabiegami twórcy powinni tworzyć charakterystyczne cechy tego serialu.

Podsumowując: wiem już, że nie pogodzę się z pewnymi elementami serialu (pewnie będą mnie kuły do samego końca), jednak mam jeszcze wiele nadziei, zwłaszcza gdy poznamy Discovery, że będzie więcej Traka w Treku. Pierwszy odcinek oceniam jako dobry, drugi jako średni.

PS. Na koniec ciekawostka – w Pokoju Pani Kapitan, przyglądając się tytułom książek, można rozpoznać tytuły odcinków wcześniejszych seriali Star Treka (zwłaszcza TOSa).