Kosmos 1999: Missing Link ? recenzja (odcinek 1×10)

Kolejny odcinek i kolejny stracony czas… Chciałbym wam napisać, że tym razem odcinek był zaskakując, ciekawy, błyskotliwy, ale wtedy musiałbym skłamać. Tym razem dowódca Koening wraz z paroma osobami ma wypadek, co skwapliwie wykorzystuje pewny obcy, który jest takim kosmicznym antropologiem i chce poznać rasę ludzką, bo uważa ją za brakujące ogniwo (nie mówi czego to ogniwo, zresztą nieważne). Tworzy on kopię dowódcy, która umiera na bazie księżycowej, a oryginalny Koening zwiedza sobie miasto światła i daje się we znaki antropologowi i jego córce. Oczywiście nie obyło się bez standardowych kwestii w stylu: ludzie nie są zwierzętami, itp. Niestety to wszystko jest niewiarygodnie nudne. Nawet debata w bazie czy odłączyć Koeninga czy zostawić go jako warzywo jest tak bezpłciowa, że jest to aż zastanawiające. Zaś samo rozwiązanie fabuły woła o pomstę do nieba. Dowódca zakochuję się w córce antropologa (granego przez Petera Cunninga czyli wielkiego moffa Tarkina) oczywiście ze wzajemnością. Wtedy tatuś wspaniałomyślnie pozwala mu wrócić na księżyc bo „to nie jest dobra partia dla jego córki”. Beznadzieja. Całkowita. Nudno, słabo i bez sensu, jeden z gorszych odcinków tego serialu, a to sporo o nim mówi.