The Orville ? ?Command Performance? ? sezon 1, odcinek 2, recenzja PIFKOwej załogi.

Za nami drugi odcinek mocno trekowego serialu „Orville”, w którym kapitan i pierwszy oficer przypominają sobie o swoich wadach, a nieopierzony oficer musi znaleźć sposób na zdobycie szacunku załogi. O naszych wrażeniach (odrobinę spoilerowych) możecie przeczytać poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Przyznam, że początek odcinka mnie nie zachwycił… Bortus pojawia się u kapitana z prośbą o 21 dni wolnego, by wysiedzieć jajko. Samo w sobie nie jest to złe, bo pokazuje różnorodność filmowej biologii, ale dobiła mnie jedna rzecz: nieznajomość zwyczajów i biologii załogantów, którą pokazuje kapitan Mercer. Błagam! No chyba powinien coś wiedzieć o jedynym jednopłciowym oficerze na pokładzie, prawda?

Kolejna scena również nie chwyciła mnie za serce. Załoga odpowiada na wezwanie o pomoc okrętu zaatakowanego przez znaną z poprzedniego odcinka rasę Kryllów. Na miejscu okazuje się, ze w zasadzie napastników już nie ma, a pomoc ma się sprowadzić do przekazania zaopatrzenia i – niespodzianka! – na atakowanym okręcie znajdują się rodzice kapitana. Wymiana zdań między nimi i Mercerem była żałosna i przypomniała mi, jakiego poziomu humoru obawiałem się przed premierą… Żarty o kolonoskopii i rosnącym w fałdach odbytu ziarnu sezamu? Nie. To nie dla mnie.

Na szczęście potem było już tylko lepiej.

Kapitan z ex-żoną przenoszą się z zaopatrzeniem na okręt zostawiając swój okręt pod komendą porucznik Alary Kitan, która – jak się okazuje – nie ma absolutnie żadnego doświadczenia w kierowaniu podwładnymi i okrętem, i która nagle musi znaleźć w sobie siłę, odwagę i sposób, by zdobyć zaufanie załogi. Szczególnie, że wszystko sypie się kilka minut później, gdy kapitan z Pierwszą zostają uprowadzeni. Podobał mi się ten wątek. Żółtodziób zdobywający szlify to zawsze wdzięczny temat w popkulturze i tutaj zostało to całkiem ciekawie pokazane. Alara miota się, popełnia błędy, ale ostatecznie dorasta do narzuconej jej roli.

Wątek uprowadzonych do zoo Eda i Kelly może nie jest tak ciekawy (prędzej przeciętny), ale za to tutaj zachwyciło mnie aktorstwo Adrianne Palicki, która bardzo naturalnie przechodziła od komedii, przez melancholię do wkurzenia. Mam wrażenie, że aktorzy jakoś odnajdują się w swojej roli. Szczególnie podoba mi się dwójka luzackich sterników oraz doświadczona i zawsze gotowa do pomocy Kassidy Yates… znaczy… doktor Finn. 🙂 Sorry. Ta aktorka zawsze będzie mi się kojarzyć z zupełnie inną postacią. 🙂

Nawet humor zrobił się jakby… wyższych lotów (co akurat nie było problemem). O ile podczas seansu pierwszego odcinka może się uśmiechnąłem, a na początku drugiego byłem lekko zniesmaczony, o tyle później kilka razy się szczerze uśmiałem. Nawet jestem w stanie przypomnieć sobie co lepsze dialogi po kilkunastu godzinach od seansu, np:

  • Ona nie jest na sprzedaż. To moje… zwierzątko.
  • Hau, hau.

Stwierdzam, że całość zrobiła się bardzo obiecująca. Gdyby wyrzucić kilka rozmów o odbycie, było by świetnie! Coraz bardziej ciekawe postacie, nietrywialne zakończenie, przemycony po cichu komentarz o naszym świecie („Keeping Up with the Kardashians” – bomba!), a na deser zajawka czegoś, co może przekształcić się w kilkuodcinkowy wątek.

Złapałem się na tym, że autentycznie czekam na kolejne spotkanie z załogą USS Orville!

Recenzja według Wookiego

Przyznam się szczerze, że pozytywnie zaskoczyłem się tym odcinkiem. Fakt, początkowe sceny nie przepełniły mnie optymizmem, ale później było już znacznie, znacznie lepiej. Bardzo podoba mi się, że jak na razie serial skupia się na postaciach, dzięki czemu po drugim odcinku wszystkie główne postacie są pełne wyrazu i znam ich imiona. Duet nawigator-sternik jest jak poprzednio rewelacyjny. Kolejny tandem, czyli Kapitan i pierwszy oficer także dają radę w „domowych” scenkach rodzajowych. Na uwagę według mnie zasługuje też pani doktor, która pełni tu rolę mentora dla Alary, ale zarazem jej postać po raz kolejny wyśmiewa lekko Star Treka i jego koncepcje ciągłego przebywania lekarza pokładowego na mostku. Jak dla mnie postacie to najmocniejszy punkt serialu.

Widać też wyraźnie, że niekoniecznie Orville jest nastawiony na humor, jak to miało miejsce w innych produkcjach od Setha MacFerlane’a. Jest to w prawdzie serial z lekkim luzem, coś kalibru Dark Matter lub StarGate, czyli nie jest to poważne na maksa science-fiction. Nie jest to też z pewnością parodia i może dobrze, bo często humorystyczne wstawki to po prostu nie wypał. Z drugiej jednak strony pojawiają się bardzo ciekawe i śmieszne momenty, chociażby wspomniany przez Śmiecha dialog o zwierzątku domowym. Sama fabuła tego odcinka była całkiem ciekawa i na dodatek znów nawiązywała bardzo mocno do Star Treka i jego kultowego pilotowego odcinka „The Cage”.

Podsumowując drugi odcinek „The Orville” oceniam bardzo pozytywnie. Wyklarował on nieco w jakiej konwencji będzie serial utrzymywany. Jeśli jakość historii kolejnych odcinków będzie co najmniej na tym samym poziomie, a postacie nadal będą bawić i zaskakiwać, to chętnie obejrzę kolejne odcinki a nawet sezony, a sam serial doskonale wypełni lukę po anulowanym Dark Matter.

Recenzja według Mavisa

Mam te same odczucia, co wcześniej wypowiadający się członkowie Instytutu. Pierwszy akt był bardzo słaby, gwoździem do trumny był dla mnie wcześniej opisany dialog z rodzicami Kapitana. No cóż, widocznie schemat odcinka przewiduje jedną pokraczną rozmowę. Za to reszta to był typowy odcinek TNG, gdzie cała fabuła bardzo mi się podobała. Widać też lekkie podejście do tematu, np. Isaac po prostu stwierdza, że udało mu się odtworzyć technologie obcych. To, co dla mnie było gratką to fakt, że na statku są tradycyjne schody, którymi załoganci poruszają się między pokładami, oraz fakt, iż po uszkodzeniu na okręcie mrugały światła (przynajmniej te znajdujące się najbliżej eksplozji).

Ponadto zgadzam się ze Śmiechem, że nieznanie biologi załogantów jest dość dziwne. Choć odniosłem inne wrażenie niż mój przedmówca – wyglądało tak jakby cała załoga nie miała pojęcia o cyklu reprodukcyjnym Bortusa. Na koniec, znowu ostatnia scena jest podana jako smaczek/wisienka na torcie, czekam na kontynuacje tego wątku (bo jak nad tym człowiek się zastanowi, to implikuje wiele ciekawych teorii – biorąc pod uwagę to czego w Orvillu się już dowiedzieliśmy).

Odcinek oceniam na dobry – oby tak dalej i jeszcze lepiej.