Star Trek TOS: Return to Tomorrow ? recenzja (odcinek 2×22)

Tym razem Enterprise spotyka najprawdopodobniej najstarszą cywilizację w naszej galaktyce. Jest to wymarła planeta, a całe jej życie ogranicza się do trzech pojemników, w których jest zawarta osobowość ostatnich przedstawicieli tej rasy. Na wstępie Sargon, czyli główny „szef” naszych protoplastów tłumaczy, że wysyłali w kosmos miliony kapsuł, aby zapoczątkować życie. Spock stwierdza, że to jest w pewnym sensie zgodne z wolkańską mitologią. Tutaj ogromny plus dla scenarzystów chcących niejako wytłumaczyć, dlaczego większość poznanych nam ras ma postać humanoidalną. Wracając do Sargona i spółki. Wezwał on Enterprise, gdyż on, jego ukochana oraz ich wróg (pod koniec wyniszczającej wojny postanowiono uratować obie strony konfliktu) potrzebują ciał, aby przy pomocy rąk zbudować roboty, do których będą mogli przenieść swoja świadomość. Oczywiście można by się zastanowić czemu nie zbudowali tych robotów, jak jeszcze mieli ciała, ale co tam. Kolejnym plusem dla scenarzystów jest moment debaty na statku, kiedy to Kirk, Spock, Scotty, McCoy i jednoodcinkowa postać żeńska zastanawiają się, czy zgodzić się na użyczenie swoich ciał. Zaciekawiło mnie to, bo problem był mocno star trekowy. Czy zaryzykować, że coś pójdzie nie tak i być może trzech członków załogi zginie, czy zaryzykować dla dobra nauki i obcej rasy? Perspektywa nowych badań i udoskonaleń jest naprawdę kusząca, a nie zapominajmy, że kluczową misja Enterprise jest odkrywać nowe cywilizacje. Koniec końców decyzja zapada, że jednak ciała zostaną użyczone. Dla mnie zrobiło się od tego momentu mniej ciekawie. Wiadomo, że wróg zacznie knuć tak, jak wiadomo, że ostatecznie wszystko się uda i Enterprise ocaleje. Jednak mimo tego odcinek oceniam bardzo pozytywnie i bardzo dobrze się przy nim bawiłem. Polecam.