The Orville – „Old Wounds” – sezon 1, odcinek 1, recenzja PIFKOwej załogi.

Stacja Fox mocno zaskoczyła w tym roku miłośników science-fiction. Chodzi oczywiście o „Orville’a”, za którego sterami stanął Seth MacFarlane. Serial zapowiadał się na mocno inspirowaną Star Trekiem komedię sci-fi z niezłymi efektami specjalnymi i żartami w stylu Setha znanymi z „Family Guy’a”, czy „American Dad”. A jak to wygląda w rzeczywistości w pierwszym odcinku serii?

Recenzja oczami Wookiego

Pierwsze wrażenie Orville zrobił na mnie całkiem niezłe. Pierwsza scena zapowiadała sporo MacFarlane’owskiego humoru, który akurat mi pasuje – nasz główny bohater, kapitan Mercer (grany przez samego MacFarlane’a) przyłapuję swoją żonę na baraszkowaniu w ich łóżku z niebieskoskórym obcym. Rok później, mimo swoich bardzo przeciętnych umiejętności, kapitan w końcu doczekał się objęcia dowództwa nad gwiezdnym okrętem Unii Planetarnej USS Orville. Pierwsza misją jest równie przeciętna jak sam statek – dostarczyć zapasy do placówki badawczej. Jak widać, trzon fabuły nie jest skomplikowany, ale już tutaj widać nawiązanie do Star Treka, gdzie często właśnie w taki prozaiczny sposób rozpoczynały się kolejne epizody tej monumentalnej space opery.

Oprócz tego, w odcinku poświęcono naprawdę sporo czasu na poznanie załogi Orville’a, co jest zabiegiem zrozumiałym i muszę przyznać, że się to w miarę sprawdziło. Mamy tu zatem do czynienia z filigranową, młodą szefową ochrony, która dysponuje jednak sporą siłą fizyczną. Jest rasistowski robot, wyluzowany nawigator, klingonopodobny oficer naukowy, który pochodzi z jedno płciowej rasy, doświadczona pani doktor i sternik dobry kumpel kapitana Mercera. Aha no i jest jeszcze była żona… jako pierwszy oficer 😉

Po obejrzeniu całego odcinka mogę spokojnie przyznać, że ta mieszanka bohaterów  ma potencjał i można z niej wycisnąć sporo żartu i humoru. Problem w tym, że jak na razie za dużo okazji do pośmiania nie było. Fakt zauważyłem kilka ciekawych wstawek typowych dla Setha MacFarlane’a, jednak było tego zdecydowanie za mało, a i sama zawartość humoru w humorze niewystarczająca. I tutaj mam największy problem. Ponieważ sama realizacja serialu jest poprawna, może trochę poniżej dzisiejszych standardów, ale jednak widać słabsze efekty specjalne (a przynajmniej te komputerowe), fabuła też jest dosyć przewidywalna i wtórna. Co więcej dokładnie takiej jakości się spodziewałem – w końcu miała to być komedia lub/i parodia. To humor miał być na pierwszym miejscu, a reszta miała to tylko wspierać, ewentualnie nie przeszkadzać. A tymczasem pod tym względem na razie czuję spory niedosyt. Natomiast na pochwałę zasługuje zdecydowanie bardzo dobra charakteryzacja i muzyka, która mocno nakierowuje widza na skojarzenia ze Star Trekiem czy inną epicką space operą.

Zatem podsumowując, czuję lekki zawód. Spodziewałem się dużo większej dawki humoru w stylu, z jakiego znamy Setha MacFarlane’a, tym bardziej, że setting i postacie mają naprawdę spory potencjał. Nie oglądało się tego źle, było całkiem przyzwoicie, jednak wyraźnie jest to póki co serial za mało komediowy, ale też z drugiej strony za słaby, żeby mógł konkurować z czołówką serialowych space oper, zatem w takiej formie nie ma on szans na zwojowanie świata. Myślę, że na chwilę obecną można go zakwalifikować do tej samej ligi co Dark Matter.  Mam nadzieję, że taki mało śmieszny stan rzeczy będzie tylko w pilocie, gdzie sporo trzeba było widzowi przekazać a już od następnego odcinka będzie zdecydowanie śmieszniej. Oby tylko nie okazał się lepszy niż zbliżający się wielkimi krokami Star Trek Discovery 😛

Recenzja oczami Mavisa

Po obejrzeniu odcinka, mam podobne wrażenie jak mój przedmówca, w serialu jest za „słaby” humor. Ogólnie całość jest poprowadzona w lekkim tonie, choć momentami robi się poważnie. Na plus zasługuje ostatnia scena, która niejako jest przyczyną wydarzeń pierwszego odcinka. Całość moim zdaniem jest stylizowana na serial Star Trek: Następne pokolenie jak i inne science-fiction z lat 90tych. Są dłuższe sekwencje przelotów statków/wahadłowców itp. Nawet scena, gdy Kapitan idzie po sternika jest odwzorowaniem ujęcia, gdy Riker szedł po Datę do Holodecku. Czasami można dojrzeć małe easter eggi, np. Kermita Żabę na biurku u Kapitana.

W tej chwili Orvilla odbieram przeciętnie, nie jest to ani komedia, ani czyste SF. Mam nadzieję, że w kolejne odcinki nie będą jednowątkowe, tylko fabuła rozciągnie się na kilka odcinków.

Recenzja oczami Śmiecha

W przeciwieństwie do kolegów miałem trochę obaw co do serialu jeszcze przed premierą. Sam pomysł parodii Treka uważam za świetny, ale trochę odrzucił mnie humor wyeksponowany w zwiastunie, gdy kapitan dość niezręcznie skupiał się nad oddawaniem moczu przez jednego z załogantów i wpływem biologii gatunku jednopłciowego nad podnoszeniem i opuszczaniem klapy w muszli klozetowej. Taki rodzaj (poziom?) humoru nigdy do mnie nie trafiał, a ponadto – choć trudno w to uwierzyć – mało znam twórczość Setha Macfarlane’a i żarty o klapie były jedynym wyznacznikiem tego, czego się spodziewałem. Dość powiedzieć, że chyba jako jedyny w naszym Instytucie miałem większe nadzieje w stosunku do nadchodzącego Star Trek: Discovery, niż do Orvilla.

To wszystko sprawiło, że serial pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się humoru poziomu klozetu i żartów o kupie, ale go (prawie) tego dostałem, albo było to mało zauważalne. Owszem, były sceny słabe, niepotrzebne i czasami żałosne (kapitan biegnący przez statek, wołający „nie, nie, nie, nie, nie, nie!” i wpadający na gluta) jednak nie przeszkadzało to w odbiorze odcinka, którego klimat momentami przypominał ST z najlepszych czasów.

Kawałki Orvilla pokazałem w pracy i w domu dwóm osobom kompletnie nie związanym z SciFi i fandomem i obie osoby były przekonane, że oglądają normalny serial science-fiction. Nawet zaczęły się zastanawiać, czy to nie przypadkiem „jakiś Star Trek, czy coś w tym stylu”. 🙂 I wcale im się nie dziwię, bo wszystko tu emanuje trekowością. Muzyka, sterylna scenografia, humanoidalni obcy, elementy mundurów czy okrętów, oświetlenie, efekty CGI, mostek… To wszystko jest jakby wyjęte z The Next Generation. Poza tym w całym odcinku wychwyciłem dwie znane ze ST twarze (Kasidy Yates jako lekarz pokładowy i tatuś Juliana Bashira jako szef naukowców na planecie), ale podejrzewam, że aktorów trekowych jest tu o wiele więcej. Na prawdę przez moment poczułem się jak w domu.

Muszę też pochwalić wprowadzenie bohaterów, bo mimo tego, że jest ich tu kilku, to już w połowie seansu można bez problemów zorientować się, kto z załogi jest kim, czym się zajmuje oraz jaki mniej-więcej ma charakter. Być może to zasługa tego, że postacie są wyraziste i każda z nich ma jakąś cechę charakterystyczną. Nie zawsze udaje się uzyskać taki efekt, a tu proszę! Bez problemów. 🙂 Chociaż z drugiej strony pewnie pomagało to, że oficerowie mostka to tak na prawdę delikatnie podretuszowana załoga Enterprisa-D. Mądry kapitan, kobieta zajmująca stanowisko głównego lekarza, dziwiący się wszystkiemu android, groźny i ciemnoskóry wielkolud z karbami na głowie, luzak za sterami… Znamy to, prawda?

Żeby nie było jednak zbyt różowo, to muszę wytknąć jeden ogromny błąd. Dla mnie, jako Trekkera oglądanie pierwszego odcinka „The Orville” była fajną zabawą, ale serial jako serial to na razie przeciętniak. Twórcy próbują lawirować między twardą sci-fi oraz komedią obyczajową, ale ani jedno ani drugie nie jest zbyt wyraziste. Jako serial science-fiction jest tu zbyt dużo humoru średnich lotów (wbieganie w gluta, rozmowa o klozecie, sternik prawie opuszczający stanowisko na hasło „pizza” czy podsłuchujący kłótnię małżeńską załoganci), ale z drugiej strony nie można serialu traktować jak typowa komedię, bo humoru jest tu zbyt mało. Przez cały odcinek nie zaśmiałem się ani razu. Owszem, kilka razy się uśmiechnąłem, najczęściej po jakimś jendo-linijkowcu któregoś z bohaterów, ale to wszystko. Poza tym zamknięcie odcinka jest zbyt poważne, nostalgiczne i melancholijne, jak na serial opierający się wyłącznie na humorze.

Według mnie twórcy muszą się zdecydować, w którym kierunku chcą rozwijać serial. Mają do wyboru trzy opcje: albo postawią na humor i Orville zamieni się w sit-com w realiach SF, albo podkręcą motywy SF i będą wtedy konkurować z oryginalnym Trekiem, albo znajdą własną, unikalną drogę, łącząc świetny humor z logiczną i spójną opowieścią Sci-Fi.

I tego ostatniego im życzę. Na razie z nadzieją czekam na drugi odcinek.