Star Trek TOS: By Any Other Name ? recenzja (odcinek 2×21)

No zrobiło nam się interesująco. USS Enterprsie przybywa na wezwanie pomocy ale na miejscu okazuję się, że sygnał ten został wysłany przez najeźdźców z galaktyki Andromedy. Jest to bardzo groźna i wojownicza rasa, która nie akceptuje idei pokoju tylko podbijania. Na potrzeby tej misji przyjęli ludzkie powłoki a teraz po rozpoznaniu muszą wrócić do domu. Ponieważ dysponują lepszą technologią niż my bez trudu porywają Enterprise. Niestety ani próba ucieczki ani nawet wolkańskie połączenie jaźni nie daje pozytywnych rezultatów. W ten o to sposób Enterprise ponownie zbliżą się do bariery na krańcu galaktyki, pokonuję ją i wyrusza w podróż ku Andromedzie. Załoga zostaje ograniczona do minimum czyki Kirka, Spocka, McCoya i Scottiego. Ta czwórka wpada na jeszcze jeden desperacki pomysł aby się uratować (a przy okazji całą galaktykę). Otóż stwierdzają oni, że należy pokazać obcym ludzkie emocje i nasze uciechy życia. Tak więc Scotty jednego upija, doktor McCoy wstrzykuje drugiemu środki po których rośnie jego irytacja. Najlepsze zadanie (no może po za Scottiem) dostaje Kirk. Ma on za zadanie wzbudzić zazdrość w głównym dowódcy wrogiej rasy (Rojan) i rozkochać w sobie jego partnerkę Kelinde. Jak się domyslacie plan kończy się powodzeniem i już zaprzyjaźnieni obcy wracają wraz załogą Enterprise do naszej galaktyki. Czy to jest dobry odcinek? Jest w miarę ciekawy, zabawny no i nie zirytował mnie jakoś specjalnie. Ot po raz kolejny obcy wysyłają sygnał SOS i łapią część załogi. Sam motyw z inwazją z Andromedy ciekawy ale w moim poczuciu jakoś nie wykorzystany. Epizod do obejrzenia i zapomnienia (no dobra, sekwencja z pjanym Scottiem mnie rozbawiła).