Kosmos 1999: Guardian of Piri – recenzja (odcinek 1×06)

Odcinek bardzo mocno startrekowy. Czy to wada? Nie do końca. Fabularnie sprawa ma się następująco: Księżyc dolatuję do planety o wdzięcznej nazwie Piri. Tam zaś, jak się okazuję, władze sprawuję wielki, elektroniczny mózg, sam siebie nazywający Strażnikiem. Jego jedynym zadaniem jest sprawianie przyjemności mieszkańcom a ponieważ rdzennych mieszkańców brakuje, swoją opieką zamierza otoczyć przybyłych tutaj ludzi. Oczywiście jego opieka sprowadza się do doprowadzenia ludzi w stan stagnacji, gdzie rzecz jasna są szczęśliwi, ale też się nie rozwijają ani funkcjonują. Jedyną osobą, która nie daje się omamić, jest dowódca Koening i, jak się można domyśleć, to właśnie on ratuję swoją załogę z trybu wegetacji. Odcinek jest bardzo podobny do epizodu Star Treka „This side of Paradise”. Tak samo jak tam, scenarzyści pokazują nam do czego może doprowadzić utopia i brak rozwoju. Co ciekawe tak jak kapitan Kirk uratował całą załogę, tak tutaj czyni to dowódca Koening. Jednak tutaj nie do końca wiadomo dlaczego oparł się on zgubnej sile Strażnika. Podejrzewam, że miało to pokazać, niesamowity hart ducha oraz silną wolę dowódcy bazy Alfa. Jednak moim zdaniem przyniosło to skutek wręcz odwrotny. Oglądając ten odcinek mocno zastanawiałem się dlaczego ta siła na niego nie działa i było to wg mnie naciągane. W przeciwieństwie do wspomnianego, wyżej odcinka Star Treka gdzie kapitan Kirk opierał się tak długo, ponieważ po prostu nie zaraził się pyłkiem, który mącił załodze w głowach. Niestety jak dla mnie słaby odcinek, mający na celu pokazać siłę dowódcy i to nieudolnie.