Kosmos 1999: Earthbound ? recenzja (odcinek 1×05)

Tym razem, scenarzyści zrezygnowali z dziwnych i mistycznych sił które, postanawiają zawładnąć albo zniszczyć bazę Alfa. W tym odcinku nasza dzielna załoga napotyka się na statek obcych których planeta została zniszczona i wyruszyli aby przybyć na Ziemie. Na ich nieszczęście, plan zakładał lądowanie na księżycu a ponieważ nasz satelita wyruszył w gwiezdną wędrówkę to ich komputer odpowiednio skorygował parametry lotu. Muszę tu przyznać, że ci obcy (Kaldorianie) są bardzo ciekawą rasą. Fajnie to widać na przykładzie ich reakcji po przypadkowym zabiciu jednego z nich ale jej wam nie zdradzę. Okazuję się, że nowo poznani obcy mają jedno wolne miejsce w locie na Ziemię, który to ma trwać około 50 lat (co jest zastanawiające, zważywszy, że w poprzednim odcinku księżyc wylądował „po drugiej stronie wszechświata – ach, te czasy kiedy scenarzyści nie przejmowali się fabułą innych epizodów). Motyw z jednym miejscem zasługuje na kolejny plus. Dowódca zarządza bowiem losowanie w wyniku którego, dowiemy się kto będzie mógł polecieć na ojczystą planetę. Tutaj aktywuje się postać komisarza Simmondsa (aż dziw, że był pomijany w poprzednich odcinkach) to jego postać „robi” ten epizod. Jego postawa, cechująca się olbrzymią pewnością siebie i ogromną wolą przetrwania. A przede wszystkim jego zachowanie przypomina zwierzę zamknięte w klatce i muszę przyznać, że naprawdę dobrze się to ogląda. Jeżeli dołożyć do tego przewrotne i nawet straszne zakończenie (mimo, że przewidywalne ale pamiętajmy o latach emisji serialu) mamy całkiem ciekawy odcinek. Polecam.