The Defenders – sezon 1, recenzja

Z dużym zainteresowaniem czekałem na premierę tego serialu. Fakt, że „Iron Fist” mnie lekko zawiódł niczego nie zmienił, bo liczyłem, że w czwórkę nasi bohaterowie staną na wysokości zadania. Jeszcze większy apetyt na ten tytuł zrobił mi zwiastun z ComicConu w San Diego z tego roku, gdzie mocno wyeksponowana została chemia między bohaterami. Oczekiwania zatem miałem spore i nie jest dziwne, że 8-odcinkowy sezon obejrzałem w przeciągu 24 godzin 🙂

Pierwsze odcinki to w zasadzie ciąg dalszy wszystkich czterech seriali. Naszych bohaterów zastajemy w sytuacjach mocno powiązanych z wydarzeniami z ostatnich odcinków. Z jednej strony jest to fajne rozwiązane, ponieważ nie jesteśmy rzucani na głęboką wodę i możemy być światkami ciekawie wymyślonych splatających się wątków. Z drugiej strony jednak pierwsze trzy odcinki są praktycznie są na to przeznaczone, a to już wydaje się trochę dużo jak na tak ubogi w epizody serial. Ja jakoś to przełknąłem, ale podejrzewam, że wielu osobom będzie to dosyć mocno przeszkadzać. W tym samym czasie mamy okazję poznać przeciwnika naszej niezwykłej czwórki, który wypada całkiem nieźle. Nie zdradzając zbyt dużo, powiem tylko, że jest to kontynuacja wątku znanego już z poprzednich serialu tego uniwersum. Natomiast w główną antagonistkę wciela się Sigourney Weaver i powiem szczerzę, że się zawiodłem – postać była kompletnie bez wyrazu, nie wywoła w zasadzie żadnych emocji przez cały czas trwania serialu. Dużo lepiej sprawowali się pozostali członkowie grupy, którą przewodziła i gdyby sama Alexandra miała w sobie jeszcze więcej charyzmy, było by naprawdę dobrze. Sama motywacja działania ‚zuoli’ też jest w miarę wiarygodna a samo zagrożenie dobrze skalibrowane – to znaczy czuć że żaden z naszych bohaterów sam nie da rady ogarnąć tego sam, ale z drugiej strony nie jest to kultowy już „promień światła w niebo”, z którym tylko Avengers mogą sobie poradzić. Podsumowując – fabularnie jest całkiem nieźle, nie ma tutaj fajerwerków, ale też nie ma tragedii. Dostajemy w miarę spójną historyjkę, dodatkowo z uzupełnionym tłem historycznym i nie najgorszym zakończeniem. Dla mnie całkowicie do przyjęcia tym bardziej, że na ekranie widzimy Daredevila, Iron Fista, Luke’a Cage’a i Jessicę Jones naparzających się wspólnie z całą hordą przeciwników.

Tak jak można się było tego spodziewać, w serialu jest naprawdę sporo scen walki, które na dodatek są bardzo ciekawie zrealizowane. Choreografia jest niczego sobie, ruchy kamerą nie denerwują a ujęcia są pomysłowe i dynamiczne. To spora ulga po tym, co zaserwowano nam w „Iron Fiście”, gdzie miałem spore problemy z jakością przedstawianego mordobicia. Co więcej, pojedynków jest naprawdę sporo, co powoduje, że serial staje się naprawdę dynamiczny. Z drugiej strony nie czułem się znudzony tym, że ktoś się znowu naparza i to głownie ze względu na dobrą realizację tych scen. Gdybym był zalany tyloma walkami, ale w jakości tego, co można było zobaczyć w „Iron Fiście”, to prawdopodobnie narzekałbym na nadmiar tych sekwencji. Jednak muszę też przyznać, że wciąż nieznacznie najlepsze sceny walki były w „Daredevilu”. Tutaj zabrakło mi mimo wszystko jakiejś jednej wybitnej sceny podobnej do tej nagrywanej a’la bez cięć w pierwszym sezonie historii Matta.

Jednak tak jak podejrzewałem po wspomnianym już zwiastunie, sednem tego serialu jest chemia między głównymi bohaterami. Niestety Danny Rand nadal jest wkurzający, jednak nawet on wrzucony do tego kwartetu miał kilka ciekawych scen. Wybitnie natomiast spisała się Jessica Jones, która ze swoim usposobieniem po prostu wypadała fenomenalnie w zestawieniu z każdym z pozostałej trójki. Sarkazm i ironia, które są w zasadzie kwintesencją tej postaci robiły tu robotę i wybuchałem śmiechem praktycznie przy każdym dialogu Jess z kimkolwiek 🙂 Nie znaczy to, że pozostali wypadali słabo. Zarówno Matt i Luke również dawali radę. Po prostu wyraźnie widać, że scenarzyści skupili się głównie na relacji między główną czwórką i wyszło im to bardzo dobrze. Dialogi były dobrze napisane, pasowały do postaci i cieszyły widza. Długa scena w Royal Dragon, gdy nasza czwórka ma trochę czasu się poznać jest po prostu rewelacyjna!

Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na kilka mniejszych aspektów. Przede wszystkim nie można nie wspomnieć o postaciach drugoplanowych, znanych z wszystkich serii. Nie mogło oczywiście zabraknąć tutaj Claire Temple, która była dobrym duchem wszystkich postaci. Jest Misty, Coleen, Foggy, Trish czy Karen, którzy odegrali większą lub mniejszą rolę w całej historii, ale nie miałem też poczucia, że są wciśnięciu do „The Defenders” na siłę.  Na pochwałę zasługuje również czołówka serialu. Jak wiadomo wszystkie marvelowskie produkcje Netflixa mają nietypowe czołówki, które różnie mi się podobają. W tym przypadku przypadła mi ona do gustu. Sylwetki bohaterów pojawiają się na planie Nowego Jorku, z przypisanymi do danej postaci kolorami. Do tego przyjemna, pompatyczna muzyka w tle. Całość bezproblemowo można zidentyfikować z „netflixowskim marvelem”.

Jak sami pewnie zauważyliście, serial mi się podobał. Nie mogę nazwać go wybitnym, czy przełomowym, ale nie jest też serialem złym. Historia mnie wciągnęła, nie znalazłem żadnych większych uchybień fabularnych, a nawet jeśli jakieś są, to wszystko przysłaniają główni bohaterowie, którzy po prostu są sednem tej produkcji. Przez to „The Defenders” są bardzo solidnym serialem, który nie wymaga zbyt wiele od widza, ale za to pozwala się z przyjemnością i zaciekawieniem oglądać. W mojej osobistej klasyfikacji marvelowskich produkcji od Netflixa ustępuje on jedynie Jessice Jones i zajmuje wysokie drugie miejsce. Moja ocena to 7/10.