„Valerian” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Klubowe spotkanie sierpniowe połączyliśmy z seansem „Valeriana”, do którego spory sentyment czuł Śmiecho ze względu na czytane jeszcze w latach 90-tych komiksy. Ponadto część załogi zaproponowała, by tym razem skorzystać z IMAXa, bo film zapowiadano jako niesamowicie piękny w 3D. Nasze poprzednie nadzieje na dobry film w lipcu zostały brutalnie rozwiane, a teraz? Czy tym razem się udało?

Recenzja według Śmiecha

Zastanawiam się, dla kogo jest ten film i do głowy przychodzą mi tylko dwie odpowiedzi: dla samego Luca Bessona i ewentualnie dla dzieci do 10 roku życia, które nie mają jeszcze gustu i nie przyczepią się do niczego. Pierwsza odpowiedź jest naturalna: reżyser wielokrotnie powtarzał, że komiksami z Valerianem zachwycił się jako młokos i zawsze marzył o przeniesieniu komiksów na duży ekran. Cóż… Dopiął swego. Nawet wywalił z własnej kieszeni większość środków, bo wytwórnie filmowe – jakby przeczuwając klapę – nie chciały finansować tego projektu. I miały sporo racji. Luc Besson był jednocześnie producentem, reżyserem i scenarzystą, więc nie miał nikogo nad sobą, kto zwróciłby mu uwagę na idiotyzmy, a tych jest sporo.

Film na zmianę albo pędzi i bez logiki oraz chwili na oddech gna do przodu, jednocześnie oszałamiając światłami i kolorami, albo jest przegadanym tasiemcem, w którym bohaterowie tłumaczą sobie po kilka razy kwestie oczywiste tylko dlatego, aby każdy widz – nawet największy idiota – mógł przyswoić sobie odpowiednią wiedzę.

Oto prosty przykład, który pokazuje, co mam na myśli. Na początku bohaterowie wracają do bazy kosmicznej i pytają komputera pokładowego o zmiany na stacji z czasu ich nieobecności. Co robi komputer? Przez jakiś czas opowiada o bazie, jej historii, mieszkańcach, rozmieszczeniu pokładów, itp., itd., a nasi bohaterowie posłusznie tego wszystkiego słuchają! Po co! Przecież oni tam mieszkają i to wszystko powinni wiedzieć! Ta ekspozycja jest ewidentnie pod widza, ale to też jest bezcelowe, bo przecież kilka minut wcześniej dostaliśmy fajnie zmontowaną scenę, która przy świetnej muzyce Davida Bowie pokazywała historię stacji! To wszystko wybijało mnie z rytmu i pokazywało tylko, za jakich debili ma nas reżyser.

To, że bohaterowie opowiadają sobie o rzeczach oczywistych jest problemem, ale nie największym. O wiele gorzej było, gdy ekspozycja nijak miała się do tego, co widzieliśmy na ekranie… W pierwszych scenach Laurelina mówi do Valeriana, że jest kobieciarzem. Ok, wszyscy wiemy, po co mówi się to widzom. Mamy wiedzieć, że główny bohater jest takim skrzyżowaniem Jamesa Bonda i Indiany Jonesa: awanturnik z magnetyczną osobowością. Każda laska na niego leci, bo ma „ten” błysk w oku. Tylko co z tego, skoro przez całe bite dwie godziny Valerian nie zrobił nic, co potwierdzałoby tą opinię? Nie uśmiechnął się, nie przyciągał, a wręcz odpychał. Mamy później scenę, w której Valerian przechadza się przez kosmiczną dzielnicę „czerwonych świateł” i co chwilę mijają go kosmitki lekkich obyczajów. I co? I nic. Sztywniak nawet na nie nie spojrzał…

Zresztą ekspozycje to nie jedyny problem, bo równie wkurzająca jest fabuła. Nawet nie chce mi się wymieniać wszystkich głupot i dziur logicznych, bo po prostu jest ich tam za dużo. Praktycznie co chwilę patrzyłem na Bartasa, który w kinie siedział obok mnie i pytaliśmy się nawzajem, co tu się właśnie odpi***doliło na ekranie… A czego tam nie było! Podwodne ekosystemy z durnymi brontozaurami na stacji kosmicznej, która powstała przez zespawanie okrętów różnych inteligentnych ras. Teren w samym środku bazy pseudowojskowej, o którym nikt nie wie. Bojowe roboty zaprogramowane przez jednego z wojskowych, których nikt nie umie wyłączyć ani przeprogramować. Bohater dający w pysk przełożonemu tylko po to, żeby chwilę później powołać się na rozkazy, łańcuch dowodzenia i służbę. I tak dalej, i tak dalej…

Skoro chwile oddechu i ekspozycji są złe, to może chociaż sceny akcji są w porządku? Cóż… Nie do końca. „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” ma okropne aktorstwo, a to rujnuje każdą scenę. Co mam myśleć o filmie, w którym najlepsze wrażenie pozostawia Rihanna? Do tego pokazując się tylko w kilku scenach, a w kilku innych dubbingując komputerowo wygenerowaną postać? Ona nie jest aktorką i nie gra dobrze, ale tutaj – na tle innych – wypadała wyśmienicie! To o czymś świadczy, prawda? Dane Dehaan jest tragiczny, nie wyraża cienia emocji przez cały film! Cara Delevingne jest równie drażniąca… Między nimi nie ma absolutnie żadnej chemii, cienia uczucia, czegokolwiek! To powoduje, że sceny akcji – choć wizualnie piękne – nie wciągają, a w ich trakcie zastanawiałem się bardziej nad idiotyzmami fabuły, niż podziwiałem widoki.

Film jest zły. Nie ma tam konsekwencji, fabuły, gdy aktorskiej. Jedyny plus, jaki można tu z czystym sumieniem przytoczyć to scenografia, która akurat nie jest zasługą filmowców, tylko bardziej twórców komiksowego pierwowzoru. Jestem zawiedziony tym bardziej, że naprawdę mam sentyment do czytanych 20 lat temu komiksów… Nie polecam tego filmu nikomu. Oglądanie go, to oznaka masochizmu.

Recenzja według Mavisa

Pierwszy zwiastun kompletnie mnie nie zachęcił  do obejrzenia tego filmu, ale mówię sobie „przecież to Luc Besson”… Drugi zwiastun był lepszy, bo „powiedział” coś o widowisku… lekko mnie uspokajając. Na to wszystko nałożyła się pewna konkluzja, którą z Bartasem móżdżyliśmy. Otóż po materiale widać, że jest przygotowany na widowisko 3D, co potwierdzały też słowa samego reżysera. Wookie był przeciwny. Jednak wspólnie ustaliliśmy, że jeśli fabuła będzie słaba, to efekty naszej opinii nie zmienią. A po długiej nieobecności na filmach 3D, postanowiliśmy sprawdzić jak to teraz wygląda.

Więc pierwsza sekwencja powstawania stacji Alpha była dla mnie bardzo klimatyczna i świetnie wprowadzała widza do wykreowanego świata. Następnie sceny na „rajskiej” plaży były przepiękne, choć po paru minutach ciągle zadawałem sobie pytanie „o co tu chodzi?”, „co autor miał na myśli?”. W końcu otrzymałem odpowiedź na kilka pytań, ale było to tak przeciągnięte w czasie, że nie wiedziałem co z sobą zrobić. Następnie fabuła zabrała nas na Targ. Muszę przyznać, że autorzy mieli świetną wizję funkcjonowania tego przybytku i ten aspekt bardzo mnie zaciekawił. Było tu kilka nietuzinkowych technologii, które wbijają się w umysł. Akcja też przybrała na tempie, czym byłem naprawdę zachwycony… A potem trafiliśmy na stację i z każdą kolejną sceną było gorzej.

Gdyby ten film pojawił się w tym samym roku co „Piąty Element” bym był zachwycony, a tak wyszedłem z sali sponiewierany filmem. Bo w filmie brakowało jeszcze czerwonych kółek zakreślających poszczególne elementy na filmie i lektora, który by dodatkowo powtarzał jak mantrę „patrz widzu na to”, „uwaga teraz wyjaśniam”.  Momentami zaś zapominał o wydarzeniach, które przed chwilą się wydarzyły…
Chyba już wiecie jaką ocenę ostatecznie wystawie. Dobry to on nie będzie.

Rozwijając powyższą myśl: pojawiają się roboty, ktoś mówi coś w rodzaju „jejku K-Trony” (przepraszam nie umiem przytoczyć rzeczywistych cytatów, bo ich nie spamiętałem). Moja pierwsza myśl brzmiała: „coś wykombinują z tymi robotami” i wszystko było by dobrze, gdyby film z trzy razy po drodze nie przypominał widzowi o tychże robotach. Już za drugim razem sądziłem „ok, teraz zobaczymy co się święci”, ale nie… Niestety gdy już „dochodzi” do owego momentu, byłem już tak znudzony K-Tronami, że w ogóle nie obchodziło mnie co robiły na ekranie. O podrywaczu Valerianie pisał już Śmiecho, więc nie będę się powtarzał.

Z drugiej strony tak jak pisałem wcześniej film zapominał o pewnych wydarzeniach – ograniczę się do czterech przykładów (częściowo mogą to też być błędy logiczne):

  • Przełożony ruga Valeriana, że spóźnił się z powrotem z akcji na Targu o (nie pamiętam, ale powiedzmy że) osiem minut, ale to że z całej ekipy przeżyła tylko para bohaterów, to to nie ma znaczenia.
  • Valerian tłumaczący się Laureline, że zawsze postępuje zgodnie z protokołem… którym również kierował się jak uderzył przełożonego i wywołał „incydent” dyplomatyczny, o którym nikt już z filmie nie wspomniał.
  • liczni żołnierze, którzy zostali wysłani do strefy skażonej – nigdzie nie widać żadnego ciała.
  • wymazanie jednej planety ze wszystkich baz danych

Gra aktorska… a raczej jej brak. Powtórzę słowa Śmiecha – przy Dane DeHaanie Rihanna jest świetna. Cara Delevingne w większości scen dobrze wygląda. Z taką obsadą co chwila miałem problem, z interpretacją całych scen – nie wiedziałem, czy teraz jest poważnie, czy to było śmieszne… Dobijając gwóźdź do trumny stwierdzam , że głos komputera pokładowego statku miał w sobie więcej emocji niż para głównych bohaterów…

Podsumowując:  film jest naprawdę przepiękny pod względem wizualnym, przedstawił  kilka świetnych unikatowych technologii (głównie pokazanych na Targu),  jednak, fabularnie i aktorsko leży. Do tego dochodzi nierównomiernie rozłożona akcja przeplatana długimi scenami wprowadzającymi.

Dlatego moja ocena to Średni – czyli 5/10