Star Trek TOS: A Private Little War – recenzja (odcinek 2×16)

Interesujący odcinek TOSa. Kirk wraca na planetę, gdzie kiedyś prowadził obserwację (oczywiście stosując pierwszą dyrektywe). Teraz po powrocie ze zdumieniem zauważa, że plemiona które powinny być gdzieś na etapie strzelanie z łuku i prób hodowania zwierząt posiadają strzelby skałkowe. Oczywiście szybki wywiad pokazuje, że stoją za tym niecni Klingoni którzy potajemnie uzbrajają jedne plemiona przeciw drugim co jest pogwałceniem traktatu pomiędzy Federacją a Imperium. Kirk który zostaje zahipnotyzowany przez szamanke (podczas leczenia po ataku dzikiego zwierzęcia) postanawia wbrew poradom doktora McCoya uzbroić inne plemię. Oczywiście pod koniec okazuję, że broń jest zła a pokój dobry. Jednak to co najbardziej interesujace w tym odcinku to sam motyw dozbrajania słabszych kultur poprzez mocarstwa. W świecie Star Treka jest to oczywiście wytłumaczenie dlaczego Pierwsza Dyrektywa (nieingerowanie w cywilizacje przedwarpowe) jest tak ważna. Dodatkowo widzimy narastający konflikt pomiędzy Imperium klingońskim a Federacją. Coraz łatwiej nam zrozumieć nienawiść Kirka do tej wojowniczej rasy. Jeśli natomiast odnieść to do naszego świata to oczywistym jest, że ten odcinek jest metaforą zimnej wojny i działań USA i ZSRR. Trzeba pamiętać, że serial ten powstał w latach 60 kiedy to te dwa mocarstwa mocno się spierały na różnych płaszczyznach a ten odcinek był mocnym manifestem politycznym. Brawa za odwagę i piękne przesłanie o pokoju. W tym odcinku widać jak serial Star trek przekracza kolejne granice, że nie jest tylko historyjką o ludziach w statku kosmicznym.