„Spider-man: Homecoming” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Pojawienie się Pająka w „Wojnie Bohaterów” bardzo ucieszyło fanów. Nowy Spider-man był energicznym, naiwnym i bardzo gadatliwym nastolatkiem, a takie pokazanie tej postaci przypadło wielu do gustu. Również nam, dlatego z niecierpliwością czekaliśmy na kolejny film z MCU, który tym razem miał skupić się na Peterze Parkerze. Jak wyszło?

Recenzja według Wookiego

Jak do każdej superbohaterskiej „komiksówki” podchodziłem do nowego Spider-mana bez żadnych oczekiwań. Różnica była taka, że sama postać nieźle sprawdziła się w ostatnim Kapitanie Ameryce, więc ryzyko totalnego gniota było nieco mniejsze. Od razu zdradzę, że się nie zawiodłem i w kinie bawiłem się całkiem dobrze, a złożyło się na to kilka elementów.

Przede wszystkim siłą tej produkcji jest przyzwoity scenariusz i bardzo dobra obsada. To co potrafi i jak prowadzi tytułową postać Tom Holland, mogliśmy już zobaczyć we wspomnianym „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”. W „Homecoming” mieliśmy tego kontynuację. Peter Parker to nastolatek geek, który jara się Avengersami, Lego i starszą koleżanką z liceum 🙂 Był to tez powiew świeżości w porównaniu do śmiertelnie poważnych gości w kwiecie wieku, których nam Marvel serwował do tej pory we wszystkich filmach typu „hero origin”.  Oprócz tego wszystkie postacie drugoplanowe związane z Peterem również pozytywnie odznaczyły się w fabule. Sporo śmiechu wywołuje Ned. Intrygująca i bardzo oryginalna jest Michelle. Robert Downey Jr jako Iron Man był jak zawsze rewelacyjny i świetnie odgrywał rolę mentora dla „Pajączka”. Nie gorzej było w przypadku Happy’ego, czyli pamiętnego szofera Tony’ego Starka, który odgrywał tu rolę opiekuna Spider-mana. Nie można też nie wspomnieć o cioteczce May, której kompletna zmiana imagu naprawdę bardzo dobrze zrobiła. Przestała być kojarzona z poczciwą babcinką, a stała się atrakcyjną, „wporzo”  ciotką  na czasie. Jednak na największe pochwały zasługuje według mnie postać głównego „złola” w filmie. Brawa za samo jego wprowadzenie na początku filmu. Kilkuminutowa scena wystarczyła, aby Vuture’a uwiarygodnić i zrozumieć jego motywację. Na dodatek nie była to postać, która chciała podbić cały świat, zniszczyć ludzkość, czy wysyłać dziwne promienie światła w niebo. Do tego Michael Keaton jest wyśmienity. Jest to pierwszy porządnie stworzony czarny charakter od bardzo długiego czasu.

Mnie osobiście przypadł do gustu też klimat filmu. Środowisko liceum, na luzie, bez zbyt dużego patosu, ze sporą dawką humoru. Dla mnie miła odmiana a nie jest tajemnicą, że lubię superbohaterskie filmy na luzie – nie przypadkowo uwielbiam Deadpoola, Strażników Galaktyki i Ant-mana. Tutaj może dawka humoru nie była tak duża jak w wymienionych przed chwilą tytułach, ale była na przyzwoitym poziomie, a same żarty wywoływały mój śmiech, więc było całkiem dobrze. Natomiast ostatnia scena po napisach to już mistrzostwo świata! Na plus zasługują też smaczki związane z całym MCU. Scenarzyści mocno powiązali film z wydarzeniami z „Wojny Bohaterów”. Do tego nie zabrakło nawiązań do samych Avengersów, jak i poprzednich odsłon filmów o człowieku pająku. Natomiast wyśmienitym pomysłem były filmy instruktażowe z Kapitanem Ameryką – rozkładają na łopatki. Jednak na największe pochwały zasługuje fakt, że tym razem nie zaprezentowano na klasycznego „origina” głównego bohatera i brawa za to. Po co po raz kolejny mielibyśmy oglądać scenę ugryzienia przez pająka i całą naukę nowych mocy przez Petera? Na szczęście twórcy postawili widza przed faktem dokonanym: to jest Spider-man, coś już umie i tak, kiedyś go dziabnął pająk, a teraz idziemy dalej.

Efekty specjalne były na bardzo przyzwoitym poziomie, aczkolwiek mam wrażenie, że momentami twórcy przesadzali z ich natłokiem. W scenie finałowej i przełomowej scenie na promie było to dla mnie wręcz męczące. Sam szkielet fabularny natomiast był dość klasyczny, żeby nie powiedzieć sztampowy,  jednak na tyle dobrze opakowany, że nie za bardzo to mnie nie raziło. Problem ma jak zawsze z kolejnym podejściem „fuck science” – wspomniana scena z promem jest wręcz kuriozalna – po przecięciu takiego statku wzdłuż na pół, takie żelastwo zatonie i to w zawrotnym tempie. Żaden Spider-man czy inny Avenger nic tu nie pomoże. Problem miałem tez z długością filmu. Niektóre sceny wydawały mi się mocno przeciągnięte, przez to trochę mi się dłużyło. Myślę, że na wycięciu 15-20 minut tytuł za wiele by nie stracił.

Ostatnim minusem o jakim chciałbym wspomnieć jest końcowa walka. Mimo, że sam czarny charakter został wykreowany wręcz wzorcowo, to ostatnie starcie Vulture’a ze Spider-menem już pozostawia sporo do życzenia. Zdecydowanie przepakowane to wszystko efektami specjalnymi, które wręcz zaciemniały obraz tego co się w scenie dzieje i trudno było się połapać o co tak naprawdę tam chodzi.  Wszystko było przekombinowane, a ostatecznie wyszło na to, że „Pajączek” nie wiele robił.

Słowem podsumowania „Spider-man: Homecoming” to całkiem przyzwoity film o superbohaterze. W samym kinie bawiłem się bardzo dobrze, głównie za sprawą dobrego humoru i dobrze napisanych i zagranych postaci. Te zalety przysłaniały dobrze dość wtórny szkielet fabularny oraz równoważyły wtopy logiczne, które w tego typu filmach i trzeba traktować z lekki przymrużeniem oka. Na pewno jest też najlepszy film o Spider-manie jaki do tej pory wyprodukowany i z chęcią zobaczę kolejne części przygód Petera Parkera z tą obsadą. Ostatecznie oceniam „Spider-man: Homecoming” na 7,5/10 i zaraz po Strażnikach Galaktyki jest to najlepsza „komiksówka” w tym roku do tej pory.

 

Recenzja według Mavisa

Wookie w zasadzie ujął  99% naszych wspólnych przemyśleń po obejrzeniu tego filmu. Ze swojej strony dodam tylko, że twórcy świetnie uchwycili klimat początkującego i młodego w wieku superbohatera. Bo w tej wersji Peter nie jest osobą pracującą, nie uczęszcza na studia, jest nastolatkiem chodzącym do liceum. Jest żółtodziobem, przez co niektóre sceny z nim są powalające, np. scena przesłuchania bandziora. Należy jeszcze dodać, iż nie tylko sam pajączek jest temu winien, ale jego strój, a raczej sztuczna inteligencja w nim drzemiąca.

Powtórzę to co Wookie napisał – złoczyńca, jest świetny. Prawdę mówiąc każda pracująca osobą jest w stanie z nim się utożsamić. Po za tym Batman… ehmm… tj. Michael Keaton jest świetnym aktorem, przez co jego wiarygodność jeszcze bardziej wzrasta. Uważam, też że twórcy doskonale połączyli motyw całego filmu. Pajączek jest osiedlowym bohaterem, który pomaga w drobnych przyziemnych sprawach. Motywacja do działania Vulture, również jest prosta, jest wręcz podstawowym elementem bytu obywatela.

I na zakończenie : trochę czepialstwa – nie złośliwie, to nie wpływa na jakość oglądania  –  podczas filmu było podanych parę dat, aby ubrać całość historii w ramy czasowe… w sumie to nie musiałem zanadto szukać, bo w internecie są maniacy którzy skrupulatnie oglądają klatka po klatce każdy film i stąd taka ciekawostka. Chodzi o to, że w filmach na ekranach telewizorów, czy gazetach widnieją daty. Dlatego znamy „rzeczywiste” czasy w jakim dzieje się dany film , a niekoniecznie jest to data premiery produkcji. Stąd też Avengers (2012) dzieje się w 2012 roku, a Wojna bohaterów (2016) w 2016 – jest 4 lat różnicy, gdzie w Pajączku podano „8 lat później”. Natomiast Happy wspomina rok 2008, a należy wiedzieć że akcja Iron Man (2008) dzieje się w 2010 roku 🙂 (chodzi o pierścionek, który nie mógł być wręczony, zanim Tony Stark stał się Iron Manem ).

Gorąco polecam film dla mnie bomba – 8/10