Star Trek TOS: I, Mudd – recenzja (odcinek 2×12)

Wraca Harry Mudd i nagle otrzymujemy odcinek stricte komediowy. Nie wiem czy takie było założenie twórców, ale ciężko ten odcinek nazwać inaczej niż komedią bądź farsą. Fabularnie idzie tak: Enterprise zostaje porwany przez robota. Tutaj mała dygresja. Ciekawe w jaki sposób robot zaokrętował się na statek, przeszedł badania u McCoya i w ogóle jakim cudem nikt się nie zorientował, że coś jest z kolesiem nie tak? No dobra, porwał to porwał, nie ma co narzekać. Porwany statek ląduję na planecie robotów, którymi przewodzi słynny przemytnik i pirat kapitan Jack. Chcielibyście, co? Królem robotów jest rzecz jasna Harry Mudd, który ponieważ się trochę nudził, postanowił ściągnąć załogę statku Federacji. Ktoś inny doszedłby do wniosku, że prawdopodobnie cała Federacja będzie szukała swojego najsłynniejszego okrętu, ale nie Harry. Kolejnym jego genialnym pomysłem jest stworzenie wiernej repliki swojej żony, aby móc ją uciszać. Zaiste czapki z głów przed tym geniuszem. Rzecz jasna załoga naszego statku obala jego królewską wysokość przy pomocy (rzecz jasna) nielogiczności i paru absurdalnych zachowań rodem z Monty Pythona. Na koniec zaś zostawiają Mudda wraz z repliką żony. Jak oceniam ten odcinek? Wszystko zależy od waszego podejścia. Jeśli ktoś podejdzie do tego odcinka, jak do pełnoprawnego epizodu star trekowego, to może ze złości zniszczyć monitor. Jednak jeśli ktoś podejdzie do tego jak do komedii, to gwarantuję dobrą zabawę.