Dni Fantastyki 2017 czyli PIFKOwa ekipa wyjazdowa w natarciu

W tym roku postanowiliśmy odwiedzić konwent w niejakiej Leśnicy pod Wrocławiem, czyli Dni Fantastyki. Skusiło nas samo miejsce oraz fakt, że zatęskniliśmy za niewielkim, klimatycznym konwentem. Zatem aby odpocząć od wielkich Festiwali typu Pyrkon czy Falkon wyruszyliśmy do zamku w Leśnicy w składzie: Marlenka, Mavis, Wookie oraz skromny autor tego tekstu…

Podróż do Wrocławia umilała nam muzyka filmowa na składance utworzonej przez jednego z załogantów. I tak zadowoleni z podróży dotarliśmy na miejsce, gdzie czekał na nas nasz dolnośląski przedstawiciel czyli Delta. Po uiszczeniu tradycyjnej opłaty akredytacyjnej (60 zł) udaliśmy się na konwent. Tu małą dygresja. Miejscówka tej imprezy jest fenomenalna. Zamek mieści się w parku i rzeczywiście przystrojony flagami z superbohaterami robił niesamowite wrażenie. Jednak okazało się, że sam zamek jest niewielkich rozmiarów, a sale prelekcyjne to tak naprawdę małe klitki, w których ciężko się pomieścić. Nietrudno zgadnąć, że skoro na konwencie pojawiło się 4000 ludzi, stanowiło to spory kłopot. Wspomniałem o wystroju zamku z zewnątrz. W środku natomiast mieliśmy cała salę z rycinami superbohaterów (były to oryginalne szkice koncepcyjne komiksów) i niestety (to słowo pada z powodu mojej osobistej awersji do pana z budki telefonicznej) TARDIS. Uczciwie przyznam, że ta niebieska budka robiła naprawdę dobre wrażenie. My zaś swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do sali gier elektronicznych, gdzie wraz z Gollumem zagraliśmy w Rockband, a następnie pograliśmy chwilę na konsolach.

Następnie udaliśmy się na prelekcję o istocie Mocy z uniwersum Star Wars. Niestety w moim odczuciu prowadzący kiepsko się zaprezentował, a z jego wykładu zapamiętałem chaos. Po obiedzie (nie polecamy kebabu naprzeciw zamku) uznaliśmy, że ciekawym punktem będzie prelekcja o sztucznej inteligencji. Niestety nie udało nam się tam dostać z powodu braku organizacji. Podczas gdy staliśmy w kolejce do sali okazało się, że wystarczyło przyjść na ostatnią chwilę i wbić się bez kolejki. Z przykrością muszę to powiedzieć, ale gżdacz, któremu zwróciłem uwagę zbył mnie stwierdzeniem, że on tego nie organizuje i jest tylko wolontariatem… No cóż, nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy przypilnować sytuacji i już na następny punkt programu: o matematyce obcych weszliśmy bez problemu. Sama prelekcja była dość interesująca. Zaraz po niej udaliśmy się do tymczasowej kwatery, gdzie w okolicach porannych wpadliśmy w czułe objęcia Morfeusza.

Następnego dnia przyświecał nam jeden cel: wbić się na spotkanie z Jarosławem Boberkiem. Po drodze zahaczyliśmy o prelekcję na temat fizyki walki w kosmosie, która okazała się wyjątkowo interesująca. Strasznie żałowałem, że nasz główny PIFKOwy fizyk nie przybył  na ten konwent i tę prelekcję. Tuż po niej udaliśmy pod sale, gdzie miało mieć miejsce z głosem króla Juliana. Okazało się, że w przeciwieństwie do organizatorów wiedzieliśmy, że ten punkt będzie się cieszył popularnością. Musze tutaj to wytknąć. Organizacyjnie twórcy tego konwentu polegli. Nie dość, że nie spodziewali się, że pan posterunkowy przyciągnie widownię, to nawet nie dali go do największej sali. Dopiero na 5 minut przez spotkaniem widząc dantejskie sceny na schodach i niemały tłum przy sali ktoś wpadł na pomysł przeniesienia tego punktu do zewnętrznej sceny. Sam pomysł był dobry tylko mam jedno pytanie. Serio? 5 minut przed spotkaniem na to ktoś wpadł? Pewnie bym się nie czepiał, gdyby nie kolejny chaos organizacyjny. Zanim nasza grupa zeszła z najwyższego piętra i dotarła do sceny minęło około 10 minut. Ku naszemu zdumieniu na scenie nie było krzeseł. I ja wcale nie żartuje. W ciągu 15 minut od podjęcia decyzji nikt nie wpadł na to żeby przynieść krzesła dla gości. Gdy ktoś je wreszcie przyniósł pojawił się kolejny problem, mianowicie brak wody dla ludzi na scenie. Zaczepiony przez nas organizator rozłożył ręce i stwierdził, że on akurat za to nie odpowiada. Przeniesienie spotkania z Jarosławem Boberkiem na scenę niosło ze sobą dodatkowe implikacje. Otóż wcale nie musieliście być uczestnikami konwentu. Wystarczyło, że akurat poszlibyście na spacer do parku i już spokojnie możecie posłuchać o kulisach dubbingu… Jednak sam punkt programu był wyjątkowo zacny. Pan Jarosław Boberek opowiada dowcipnie i swobodnie o swojej pracy, a parę razy można było „na żywo” usłyszeć króla Juliana. Widać, że to profesjonalista w każdym calu i mimo ogromnej wtopy organizatorów ten punkt był najjaśniejszym momentem podczas tego weekendu. Niestety z niewiadomych mi przyczyn spotkanie z nim trwało tylko 50 minut (a w zasadzie 35 po opóźnieniach) i organizatorzy nie odważyli się przedłużyć z nim spotkania, bo tuż po nim był konkurs cosplaya. W moim odczuciu można było to zdecydowanie lepiej rozegrać. Po spotkaniu z mistrzem dubbingu udaliśmy się na spoczynek do kwatery, gdzie też było bardzo ciekawie. 🙂

W niedziele, ostatni dzień konwentu, nasz załogant Mavis bardzo chciał się udać na spotkanie z pewnym grafikiem (zachowanie w pełni zrozumiałe). Reszta zaś rozkoszowała się słoneczkiem, no i squishee. W oczekiwaniu na pewien punkt programu popełniliśmy błąd strategiczny. Otóż udaliśmy się do games roomu. Tam najpierw graliśmy w karciankę o Batmanie (Love Letter – Batman Edition), a następnie walczyliśmy o ekonomiczną dominację w Imperium Rzymskim (Concordia). Na prelekcje, rzecz jasna, nie dotarliśmy. Pozostał nam hamburger w food trucku i wyruszyliśmy z powrotem do Pyrlandii. Zmęczeni ale szczęśliwi. Podsumowując uważam ten konwent za całkiem miłe przeżycie. Rzecz jasna organizacja leżała i kwiczała, cosplaya było jak na lekarstwo, ale spotkanie z Jarosławem Boberkiem oraz doskonałe towarzystwo sprawia, że imprezą uważam za udaną. Mam nadzieję, że organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i w przyszłym roku konwent znajdzie nową miejscówkę, bo ta jest już zwyczajnie za mała. Pytanie gdzie nasza grupa wyjazdowa uderzy w przyszłym roku? Znowu Wrocław? Może Falkon? A może coś jeszcze innego? Czas pokaże.