Środa z (prawie) Xenomorfem: Prometeusz

To już ostatnie spotkanie z cyklu „Środa z Xenomorfem”. Po kompletnym upadku serii i dobiciu jej przez kiczowaty „AvP:R” niespodziewanie okazało się, że uniwersum chce ożywić sam Ridley Scott. Nagle we wszystkich obudziły się nadzieje i jednocześnie pojawiły się ogromne oczekiwania. Sam Twórca! Ten, Który Zrealizował Pierwszego „Aliena”! Ale czy Mistrz podołał?

Zaczyna się wprost przepięknie… Zdjęcia Dariusza Wolskiego to coś, czym na prawdę można się zachwycać. Majestatyczne, spokojne, przykuwają uwagę. Mają w sobie to „coś”. Widzimy górskie pejzaże, nagie skały, bez żadnej fauny i z minimalną florą (bo częściowo skały są zazielenione). Wtedy pojawia się cień pojazdu unoszącego się nad krainą, a widzom ukazuje się postać albinosa, który wypija dziwny czarny napój i wpadając do strumienia… rozpada się na cząstki. WTF!  Gdy oglądałem film po raz pierwszy w tym miejscu poczułem się na prawdę zagubiony? O co tu chodzi? Ale ponieważ przede mną był jeszcze cały film stwierdziłem, że na pewno zostanie to dobrze wytłumaczone.

Trochę się myliłem, bo nie jest to film, w którym odpowiedzi są podawane widzom na tacy. Uprzedzając trochę fabułę: nie znajdziemy tu wytłumaczenia i prostych odpowiedzi na wszystkie pytania. Raczej sugestie i podpowiedzi. Na przykład jeśli chodzi o pierwszą scenę, to można się tylko na podstawie rozmów bohaterów domyślać, że okazano nam początki życia na Ziemi, albinos łyknął czarny napój miliony lat temu, a z resztek jego DNA posklejał się budulec naszych komórek.

Fabuła przenosi się do roku 2089, a widzom pokazuje się rozentuzjazmowanych naukowców podczas badania w Szkocji naskalnym malunków sprzed 35 tysięcy lat. Czyli mniej więcej z okresu, gdy pół Europy – a na pewno Szkocja – znajdowały się pod grubą warstwą lądolodu. 🙂 Przypominam: trwała wtedy epoka lodowcowa, ale może się czepiam.

Co zaaferował naukowców dowiadujemy się z następnej sceny. W 2093 roku w kosmos wysłano okręt Prometeusz z 17-osobową załogą, która ma na celu zbadanie miejsca, na które wskazywały starożytne malowidła i ewentualny kontakt z obcą cywilizacją. I to jest główny wątek fabularny… Okazuje się, że w rożnych miejscach na Ziemi znajdowano starożytne malunki i rzeźby z podobnym motywem, które naukowcy interpretowali jako mapę nieba. Według pary naukowców – Elizabeth Shaw i Charliego Hollowaya – Ziemię wieki temu odwiedzali kosmici (nazwani Konstruktorami), a mapa jest zaproszeniem do kontaktu. Pachnie Danikenem, ale to jeszcze nic złego.

Główna para naukowców to niezły materiał na oś fabuły, bo każde z nich ma inną motywację. Ona jest przedstawiona jako osoba wierząca, nosi na szyi chrześcijański krzyż i często powtarza, że wiara w coś jest jej wyborem. On z kolei jest sceptykiem i musi mieć twarde dowody. Z połączenia tych dwóch osobowości mogło by wyjść coś na prawdę fajnego, ale jakoś nie wychodzi, a ich osobowości gdzieś się rozmywają. Zupełnie jakby w późniejszej części filmu ich motywacja nie miała już znaczenia. Ba! Nawet sami bohaterowie działają wbrew temu, jak się ich przestawia na początku… ale o tym za chwilę.

Pozostała część załogi to typowa, „alienowa” zbieranina. Mamy tu oczywiście androida – Dawida (o którym od początku wiadomo, że nie jest człowiekiem), mamy oddelegowaną z firmy sponsora zimną i niedostępną „władczynię”, luzackiego kapitana i kilka postaci, o których od początku wiadomo, że zginą. Nic nadzwyczajnego.

Okręt dociera do celu podróży, a załoga budzi się z hibernacji, siada do posiłku i rozmawia o marnej wypłacie (skąd my to znamy?). Następnie dostajemy odprawę, która jest głupia z założenia, bo przecież wylatując na wyprawę załoganci powinni wiedzieć, po co tam lecą i nie powinni się o swoich obowiązkach dowiadywać w trakcie misji. 🙂 Wyobrażacie to sobie? Kilka lat w lodówce tylko po to, żeby u celu misji naukowcy stwierdzili: „chrzanimy to, nie na to się pisaliśmy, wracajmy„. 🙂 Może żołnierzy traktuje się inaczej, ale tu mamy do czynienia z cywilami! Tak na prawdę odprawa ma inny cel: trzeba ładnie i łopatologicznie pokazać widzom, o co chodzi.

Chwilę później okręt ląduje na skalistej planecie, gdzie bardzo szybko bohaterowie znajdują coś w rodzaju piramidy lub kopca, pustego w środku, z systemem korytarzy, gdzie pakują się naukowcy. Kilka pomysłów jest fajnych. Szalenie spodobał mi się system tworzenia map: jeden z bohaterów wypuszcza w powietrze niewielkie urządzenia, które szybko odlatują, jednocześnie skanując rozkład pomieszczeń i pozwalając zrobić trójwymiarową mapę jaskiń. Futurystyczne, efektywne i efektowne. Słowem: świetny pomysł!

Gorzej z resztą… Gdy tylko okazuje się, że w jaskiniach powietrze nadaje się do oddychania, to szef ekipy błyskawicznie ściąga hełm. Idiotyczne. Nie sprawdzili żadnych niebezpieczeństw biologicznych czy jakichkolwiek innych. Jeden głupek na hasło „21% tlenu” zdejmuje maskę, a reszta mu wtóruje.

Kilka scen wcześniej pokazano, że android uczył się starożytnych ziemskich języków i teraz nadszedł czas, by tą wiedzę wykorzystał. Dawidowi udaje się uruchomić (!) holograficzne nagranie kilku uciekających postaci. Napięcie rośnie: nie wiemy kim są te postaci, nie wiemy przed czym uciekają. Zaskoczenie skutecznie odwraca uwagę widza od tego, że Dawid znalazł wyłączone od 2 tysięcy lat urządzenie (o czasie dowiadujemy się po chwili), które na pierwszy rzut oka wygląda jak wyryte w skale hieroglify i za nic nie przypomina konsoli do czegokolwiek. Ale cóż! Widocznie fabuła tak chciała.

Intryga zaczyna się zagęszczać. Holograficzny zapis naprowadza bohaterów na grotę pełną dziwnych walcowatych przedmiotów oraz jednego, zdekapitowanego Konstruktora. Mniej więcej w tym czasie dwóm idiotom zaczyna odbijać, panikują i odłączają się od reszty z zamiarem powrotu na okręt. I wiecie co? Gubią się… Mając do dyspozycji świeżą mapę jaskiń i nie umiejąc wrócić tą samą drogą, która przyszli. Ponieważ na zewnątrz zaczyna rozpętywać się burza, więc reszta ekipy też zaczyna się zbierać, ale główna bohaterka zabiera ze sobą głowę obcego do badań (co jeszcze jest naturalne), a Dawid po cichu przemyca na okręt jeden z walców (co mocno zastanawia). I znowu dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi: czym są te walce? Co zaatakowało kosmitów 2000 lat temu, że musieli uciekać? Dlaczego – skoro jest to obce środowisko, a coś groziło kosmitom – nikt nie pomyślał o jakimkolwiek usztywnieniu zasad bezpieczeństwa? Jaka motywacja pchała Dawida do przemycenia walca na okręt? Ale wiecie co? To chyba nie jest ważne, bo w pewnym momencie na ścianie pokazano widzom płaskorzeźbę jak nic kojarzącą się z Xenomorfem i uwaga widza zostaje skutecznie odwrócona od wątpliwości.

Gdzieś w tym miejscu cała konstrukcja i logika filmu zaczyna się sypać. Pomijam chociażby dodawanie niepotrzebnych, nic nie wnoszących do filmu scen (jak np. gubienia i odzyskania worka z głową kosmity). Coraz bardziej zaczęły wkurzać mnie dwie rzeczy: z jednej strony piętrzenie pytań pozostawianych bez odpowiedzi, a z drugiej idiotyzm niektórych postaci i ich zachowań.

Przykładem kretynizmów niech będzie zachowanie Fifilda i Milburna, czyli dwóch gubiących się z mapą głupków. Widać, że się boją. W trakcie radiowej rozmowy z kapitanem, gdy ten wspomina coś o dziwnym odczycie z rozmysłem starają się oddalić od miejsca, o którym wspomina kapitan. Ale nie to chodzi. Z walców w grocie zaczyna wyciekać czarna maź, w którą wpadają żyjące w grocie niewielkie gąsienice. Po pierwsze: to chyba jedyne okazy życia na tej planecie. Czy tam cały ekosystem składa się z tych małych robaczków? Czy one jedzą ziemię, skałę, czy siebie na wzajem? Po drugie i ważniejsze: nasi dwaj kretyni, którzy wcześniej panikowali przy najlżejszym szeleście, nagle bez obaw chcą pogłaskać nieznanego i potencjalnie groźnego stwora, który mnie osobiście w pierwszym momencie skojarzył się z kobrą. Gdy zostają zaatakowani i giną przez swoją własną głupotę, nie poczułem żadnego żalu.

Inne problemy mam z Dawidem. Po co przemycał walec na okręt? Dlaczego po cichu zakaził Hollowaya kroplą wydobytej z walca mazi? Widać, że nie ma na celu pomocy załodze i wykonuje jakąś inną, tajną misję, ale jaką? Upłynęło już około połowy filmu, a ciągle nic nie wiadomo!

Zresztą Holloway też nie jest lepszy. Wspominałem już o tym, że postacie czasami działają wbrew temu, jak zostały przedstawione i tutaj bardzo wyraźnie to widać. Naukowiec powinien się cieszyć, bo przecież potwierdziły się jego hipotezy! Dotarli do miejsca, gdzie odnaleziono ślady obcej cywilizacji, wszystko tak, jak zakładano, cele misji zostały spełnione! Ale on zaczyna się upijać z rozpaczy, bo nie mógł pogadać z Kosmitami. No błagam… A chwilę później wpada z niezapowiedzianą wizytą do doktor Shaw na małe damsko-męskie sprawy. Logiczne, no nie?

Reżyser daje nam próbkę filozofii ujawniając, że DNA kosmitów jest „zgodne” z naszym. Cokolwiek by to oznaczało… To wystarczy, żeby główna bohaterka wysnuła hipotezę, że to oni nas stworzyli, a Dawid zaczął porównywać relację Konstruktorzy-ludzie do relacji ludzie-androidy, czyli twórców i tworzonych. Tylko że niewiele z tego filozofowania wynika. A przynajmniej ja niewiele z tego wyniosłem.

Jakoś wtedy Dawidowi udaje się dostać do jeszcze jednego pomieszczenia, które okazuje się być czymś w rodzaju mostka z dużą ilością niezrozumiałych konsol i mechanizmów. Tam ogląda kolejny holograficzny zapis tego, jak kosmici próbowali coś uruchomić, ale znowu nie ma w tym zbyt wiele sensu. Jeśli to zapis holograficzny, to niech mi ktoś wytłumaczy, jakim cudem Dawid ingerował z film i łapał fruwające wokół niego hologramy? I nie mam tu na myśli tego, że machał łapkami i przenikał przez pojawiające się w powietrzu miraże, tylko to, że złapał, przesunął i obrócił element wyświetlanego zapisu! Zastanawia mnie też to, dlaczego konsole uruchamia się odgrywając melodię na jakiejś fujarce….? Same hologramy są niezłe, ale sensu nie ma w tym żadnego.

W tym wszystkim najbardziej rozsądna i sensowna wydaje się być szefowa, która w filmie jest przedstawiana na „zimną sukę”. Niby domyślamy się, że poniewiera podwładnych i nie liczy się z nimi, ale na ekranie za bardzo tego nie widać. Widać za to coś innego. Gdy wszyscy naukowcy palą się na początku do tego, żeby wpaść do piramidy i „na hurra” lecieć na spotkanie z Konstruktorami, ona hamuje bohaterów i każe najpierw raportować wszystko do niej. Drugi przykład: zakażony Holloway zaczyna przejawiać dziwne objawy (akurat podczas drugiej wizyty w piramidzie), więc wszyscy lecą mu na pomoc. Nie ważne, że jego ciało zaczyna się zmieniać, albo że nie wiadomo co powoduje mutacje i istnieje ryzyko zarażenia. Nie! Nie zważając na żadne procedury biegniemy transportować go do ambulatorium. Tylko szefowa ma na tyle oleju w głowie, żeby nie wpuścić  naukowca na pokład bez kwarantanny. Zgoda, Holloway cierpi i w sumie umiera po kilku minutach od pierwszych objawów, ale sorry – w tym momencie postępowanie szefowej chroni resztę załogi przed podobnym losem.

Po chwili dostajemy jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen: gdy Shaw orientuje się, że w jej ciele rośnie pasożyt (owoc współżycia z zakażonym Holloweyem) szybko przeprowadza na sobie operację i wycina przypominającego mątwę obcego. To jest na prawdę mocna i brutalna scena, pełna emocji, strachu i przerażenia. Aktorsko świetnie, realizacyjnie genialnie. I uświadamia, dlaczego film w polskiej dystrybucji dostał oznaczenie „od 16 lat”.

Odrobinę później dostajemy największy „twist” produkcji: uważany za zmarłego Peter Wayland, szef korporacji sponsorującej wyprawę wcale nie jest martwy. Co więcej: w komorze hibernacyjnej przemycono go na okręcie, by mógł spotkać się z Konstruktorami i poprosić ich o wyleczenie (jest śmiertelnie chory, to w sumie zrozumiałe) i o wieczne życie. Niestety nie umiem zrozumieć takiej megalomanii, a w filmie jego szaleństwo lub inne motywy pchającego do nieśmiertelności nie zostały wystarczająco wyraźnie pokazane. W sumie nie wiem… Może to demencja starcza? Nie wyjaśniono też, dlaczego w ogóle się ukrywał. I jak udało się go ukryć? W luku bagażowym?

Ale to nie wszystko! O nie! 🙂 Szefowa wyprawy okazuje się być córką samego Waylanda! To dopiero zaskoczenie, prawda? Ależ twist! Jejku! Nikt się tego nie spodziewał, gdy z taka pasją wypowiedziała słowo „ojcze”! Tylko… że absolutnie nic z tego nie wynika. Nie kochają się z ojcem i rywalizują o wpływy w firmie, ale nie ma to absolutnie żadnego wpływu na fabułę! Nie rodzi to żadnych konsekwencji i jako takie jest po prostu niepotrzebne.

Po chwili niewielka grupka składająca się z Dawida, starego Waylanda, doktor Shaw i kilku bezimiennych przeznaczonych do zabicia załogantów pakuje się do piramidy, gdzie w międzyczasie Dawid odnalazł ostatniego żyjącego (ale zahibernowanego) Konstruktora. Ten zostaje obudzony, a Wayland przedstawia swoje żądania nieśmiertelnego życia (korzystając z Androida, który jakoś nauczył się obcego języka). To, że Konstruktor się wkurzył i zaczął zabija po kolei wszystkich wcale mnie nie zdziwiło, bo to trochę tak, jakby komputer nagle poprosił nas o stanie się człowiekiem. Też bym go zresetował. 😉  Tylko głównej bohaterce udaje się uciec, bo Konstruktor z niewiadomych przyczyn (fabuła potrzebuje Shaw później?) jako jedyną ją oszczędza, a sam startuje ukrytym pod piramidą okrętem.

I teraz bohaterowie domyślają się wszystkiego: walce są bronią biologiczną, którą Konstruktorzy chcieli użyć przeciwko Ziemi. Dlaczego jednak chcieli nas zniszczyć, skoro wcześniej to niby oni nas stworzyli? Nie wiadomo. Jakim cudem Shaw biega w jaskiniach i skacze nad przepaściami, skoro kilka godzin wcześniej miała przeprowadzaną cesarkę pozostaje tajemnicą. Dlaczego bohaterki uciekają na wprost, gdy staranowany w samobójczym ataku przez załogę Prometeusza okręt Konstruktora turla się po powierzchni, zamiast uciec w bok i nie dać się zgnieść? Nie mam pojęcia. Scenarzyści chyba tez nie mieli.

Prawdopodobnie nikt też nie pomyślał o tym, że ze zniszczonego okrętu konstruktora wylewać się będą na pozostającą na powierzchni bohaterkę hektolitry czarnej, mutującej mazi. Nikt o tym nie pomyślał, bo nic takie w filmie nie ma miejsca. 🙂 To tylko świadczy, ze scenarzyści tworząc fabułę mieli problemy z ciągiem przyczynowo-skutkowym.

Ostania pozostała przy życiu bohaterka dociera do odpalonej przed samobójczym atakiem szalupy ratunkowej, a tam czeka na nią… przerośnięta mątwa. Tak… Ta sama, która została wyjęta kilkanaście godzin wcześniej z jej brzucha. Inna sprawa, że mątwa urosła i zamiast być wielkości piłki do siatkówki teraz ma rozmiar słonia i chyba wyrosło jej kilka dodatkowych macek. Ok, ponownie nie wnikam w to, jak możliwy jest aż tak szybki wzrost. Wkurza za to co innego: gdy już wydaje się, że doktor Shaw jest bezpieczna, to co chwilę po pokonaniu jednego zagrożenia pojawia się kolejne. Wymknęła się Konstruktorowi, to niech ucieka przed turlającym się okrętem. Dała radę z okrętem, to natychmiast wpada na Facehuggera wielkości samochodu osobowego. Na dodatek okazuje się, że za nią do szalupy (i ośmiornicy) włazi Konstruktor, któremu jakimś cudem (znowu cud?) udaje się uratować z rozbitego i turlającego się okrętu. Ciekawe, że on ocalał, a przy tym nie skąpał się w rozbitych walcach z czarną mazią.

Ośmiornica i Kosmita skaczą sobie do gardeł, a Shaw znowu udaje się wymknąć (który to raz?). Doktor stwierdza, że Ziemia ciągle jest w niebezpieczeństwie, bo gdzieś „tam” żyją inni Konstruktorzy, więc pakuje w torbę resztki Dawida i drugim (?) okrętem Kosmitów odlatuje, by ich zniszczyć. Ciekawe, gdzie był ten drugi okręt. Film kończy się sceną, w której z ciała Konstruktora oplecionego przerośniętym Facehuggerem rodzi się coś Alieno-podobnego. Napisy, fanfary, lista płac…

Film miał potencjał. Ogromnym plusem jest realizacja, bo zarówno zdjęcia, jak i oświetlenie oraz wszelkie inne techniczne aspekty produkcji są na najwyższym poziomie. Gorzej ze scenariuszem. Idea konfliktu między wiarą i sceptycyzmem – choć ograna w innych produkcjach – nie została tu należycie wykorzystana. Mam też ogromny problem z samym pomysłem na prequela, bo nie wiem, co chciał przekazać Ridley Scott. Czy miał pokazać genezę gatunku Xenomorfa? To trochę tłumaczy późniejszy film, ale dopóki nie zobaczyliśmy „Alien: Covenant” nie można było podejrzewać, że Obcy – jakiego znamy z  wcześniejszych produkcji – jest efektem kolejnych iteracji w świadomym procesie kreowania tego gatunku i że to Dawid chce być takim samym „twórcą”, jakim dla niego jest człowiek, a dla nas Konstruktorzy. W momencie premiery „Prometeusza” jeszcze tego nie było wiadomo i „Prometeusz” jako pojedynczy film daje zbyt dużo pytań i za mało odpowiedzi w tej materii. Po jego premierze nikt nie mógł wiedzieć czym jest stwór z ostatniej sceny i jak ma się do znanego wszystkim Xenomorfa. Widzieliśmy niby Obcego, ale to nie był Obcy i niby Facehuggera, ale tak na prawdę nie-Facehuggera…

Zresztą… Nie podoba mi się też sam pomysł na pokazanie genezy Aliena, bo tajemnica historii tego gatunku była czymś, co zawsze fascynowało. Pokazanie wszystkich kart i odsłonięcie całej historii niszczy tą fascynację.

Największych grzechem filmu są jednak głupi bohaterowie i brak konsekwencji. Dlaczego kontakt z czarną substancją działał na różne osoby w inny sposób? Dlaczego Fifield zmutował, a Shaw urodziła ośmiornicę? Nie wyjaśniono, dlaczego w ogóle Dawid zatruł Hollowaya i jakie były jego motywy. Scenarzyści zapominają o tysiącach wypełnionych mazią walców, które w ogóle nie wypadają z rozbitego okrętu. O idiotach gubiących się w jaskini pomimo posiadania dokładnej mapy i głaszczących napotkaną obcą formę życia nie wspominam, bo aż żal…

Ten film to duże ambicje, sporo niepotrzebnego filozofowania i odwracanie uwagi widza, gdy w fabule zaczynają się pojawiać dziury. Mnie osobiście nie zachwycił.

Tym samym samym cykl „Środa z Xenomorfem” uważam za zamknięty. Jeśli ktoś ma ochotę na dyskusje, to zapraszam na nasz profil FB albo osobiście na PIFKOwe spotkania. Chętnie posłucham innych opinii o serii… 🙂