Środa z Xenomorfem: Obcy kontra Predator 2

„Obcy kontra Predator 2” to w zgodnej opinii fanów najgorszy film z serii o Xenomorfie i Łowcy, a ja się z tym zgadzam. Jeśli interesuje Was o czym jest ten paździerz i dlaczego uważam go za gniota, zapraszam do recenzji, ale ostrzegam: poziom kretynizmów jest tu wyjątkowo wysoki.

Zaczyna się znajomo: statek z martwym Predatorem oddala się od Ziemi, gdy nagle z klatki piersiowej denata wyskakuje mały Chestbuster z paroma cechami swojego nosiciela (nazywany przez fanów „Predalienem”) i tu mniej więcej kończy się sens filmu. Potem jest tylko gorzej. W okolicach Saturna od statku odłącza się szalupa i wraca na Ziemię (po co?), a świeżo wykluty Obcy robi bandzie doświadczonych Łowców „kuku” i zabija wszystkich. Powtarzam: jeden Xenomorf zabija wielu doświadczonych Predatorów, podczas gdy w poprzedniej części trójka Predatorów-młokosów całkiem nieźle radziła sobie z piramidą pełną tych stworzeń.  Szalupa, na pokładzie której znajdowało się wiele słojów z Facehuggerami (po cholerę?!), rozbija się w lesie obok niewielkiej mieściny w Colorado, a Facehuggery wyłażą z rozbitej szalupy i zaczynają rozrabiać. Aha! Żadne służby na Ziemi nie wykrywają rozbijającej się i robiącej całkiem niezłe spustoszenie w lesie maszyny!

Pierwszymi ofiarami Obcych są ojciec z synem, którzy akurat wtedy przebywali w okolicy na polowaniu. Pomijam aspekty aktorskie, bo wiadomo, że od kilkulatka nie można wymagać oskarowych możliwości, ale w tej scenie dowiadujemy się jednego: będzie krwawo. To chyba pierwszy przypadek, gdy na ekranie wprost pokazano, że Xenomorfy nie oszczędzają nikogo, nawet małych dzieci – przyznaję, że trochę szkoda mi się zrobiło małego.

Nie wspomniałem o tym, że w rozbitej szalupie jedynemu ocalałemu Predatorowi udaje się tuż przed śmiercią wysłać sygnał alarmowy do swoich, więc mamy okazję zobaczyć, jak na rodzinnej planecie Łowców jeden ze starych i doświadczonych myśliwych odbiera sygnał, ładuje broń i wyrusza na Ziemię. To chyba jeden z niewielu – jeśli nie jedyny – ciekawy moment w filmie. W końcu mamy okazję zobaczyć planetę Predatorów! Szkoda tylko, że cała scena trwa kilkanaście sekund…

W tym czasie na Ziemi poznajemy bohaterów, którzy nieświadomi nadciągającego zagrożenia żyją sobie w typowym, małym, amerykańskim miasteczku. Problem w tym, że postacie są… kiepskie. Nie ma nawet sensu wymieniać ich tutaj, bo to nie są bohaterowie. To jakieś popierdółki… Szablony wycięte z kartonu, żenująco płascy i bezbarwni. Klisze, widziane w wielu inny produkcjach… Mamy twardziela powracającego do domu po zatargach z prawem (choć ani słowem nie wyjaśniono, na czym te zatargi polegały), mamy głupiutką blondynę (najpiękniejszą cheerleaderkę w szkole) i podkochującego się w niej ciamajdę, łobuza dokuczającego wszystkim w szkole… Jest sens dalej o nich mówić? Uwierzcie mi: tam nie ma ani jednej postaci wartej zapamiętania!

Problemy z trzymaniem w ryzach fabuły piętrzą się, gdy Obcy oraz Predator docierają do miasteczka i zaczynają walczyć ze sobą oraz mieszkańcami. Bohaterowie postępują jak idioci, jakby kompletnie nie pamiętali co wydarzyło się kilka minut wcześniej i jakby ich pojawienie się na ekranie magicznie obniżało ich inteligencję do poziomu krzesła. Szeryf jak gdyby nigdy nic zabiera tego od zatargów z prawem do towarzystwa i nawet daje mu broń! Śliczna blondi drze się tylko i czeka, aż ktoś ją uratuje. Wszyscy zamiast uciekać jak najdalej z miasta (np. samochodem) pieszo włażą pod zęby Obcych. Predator z jednej strony zaciera ślady obecności Obcych na Ziemi „magicznym” płynem, ale z drugiej strony zdradza swoją obecność zostawiając obdartego ze skóry policjanta na drzewie. Zresztą płyn Predatora to też kuriozum: powoduje wyparowanie (rozpuszczenie?) dokładnie tego, co chce Predator. 🙂 Np. znika ciało człowieka, ale rośliny obok już nie. Poza tym Predator nie wpada na to, żeby użyć tego jako broni i jakoś wykorzystać przeciwko Obcym. Tam nic nie ma sensu…

Dialogi stoją na stałym, niskim i drętwym poziomie. Chociaż jakby się zastanowić, to ich nieporadność budziła czasami uśmiech politowania… Jakoś w połowie filmu szeryfowi udaje się przez radio skontaktować z armią, a wojskowi każą wszystkim zebrać się na rynku, gdzie obiecuje się im ewakuację. Jedna z postaci zaczyna się zastanawiać, że to głupie, bo tam przecież jest największe zamieszanie i najlepiej będzie uciekać z miasta, ale w tym momencie któraś z inteligentnych inaczej bohaterek stwierdza:

Przecież amerykański rząd nie okłamuje swoich obywateli…

Nie sposób powstrzymać parsknięć śmiechu w tym momencie, prawda? Podobnie wtedy, gdy ekipa dociera do szpitala, przez który przetoczył się już tabun Xenomorfów. Widać bardzo wyraźnie ciała, krew i poprzewracany sprzęt, ale to nie przeszkadza jednej z postaci powiedzieć na głos całkiem na serio:

Może zdążyli wyjechać?

Krwi, o której wspomniałem, jest w filmie bardzo dużo i widać tu ogromną różnice w stosunku do pierwszej części. To kolejny problem tej produkcji… Ja rozumiem, że trochę jej w horrorach potrzeba, ale ma ona podkreślać inne środki z całego arsenału filmowców do wzbudzania strachu i reszty uczuć. Tutaj mamy tylko i wyłącznie krew. Nie ma zaskoczenia, nie ma strachu, nie ma napięcia, a jeśli brakuje tych elementów, to samo pokazywanie dużej ilości scen typu „gore” i hektolitrów krwi tego nie zastąpi. Wtedy robi się po prostu niesmacznie.

Filmowcy przegięli z realizacją w jeszcze jednym aspekcie. Wszystkie sceny są zbyt ciemne i nic na ekranie nie widać. Szczególnie w trakcie walki, gdy do nocnej ciemności i deszczu dochodzą szybki montaż, zbliżenia i trzymanie kamery ręką paralityka. To wszystko powoduje, że nie wiadomo, co w danej chwili dzieje się na ekranie. Nie wiem, czy oglądałem Predatora walczącego ze zwykłym Obcym, Predalienem, kto tłukł kogo i kto właśnie oberwał. Nic! Wszystko było nieczytelne!

No! Może poza sceną, gdy Predator nagle zatrzymał się w środku walki z Predalienem, zaczął zdejmować zbroję i maskę, a jego przeciwnik spokojnie czekał. Ludzie! Przecież Xenomorfy zawsze były stworzone do zabijania! Były przerażające, zwierzęce i paskudnie skuteczne! A tu Predalien grzecznie czeka, aż jego sparring partner skończy się rozbierać! Zupełnie jak przeciwnicy czekający, aż Czarodziejka z Księżyca skończy swoją przemowę o ukaraniu zła…

Gdzieś w połowie filmu poczułem coś, czego nie czułem od dawna podczas oglądania jakiegokolwiek filmu: nudę. Zacząłem zerkać na zerkać na zegarek i zastanawiać się, kiedy to badziewie się skończy…

A skończyło się równie głupio, jak było przez cały film. Twórcy pozbyli się problemu wrzucając rękami armii atomówkę na miasteczko i zabijając wszystkich Obcych, Predatora oraz całą populację miasteczka. Dodatkowo scenarzyści starali się nieudolnie zamknąć wątki, np. ten z matką i córką. Podejrzewam, że miało to w jakiś sposób nawiązywać do wcześniejszych części (Ripley i Newt?), ale na Boga! Jakież to było głupie! Dziewczynka nie miała absolutnie żadnego emocjonalnego kontaktu z matką, bo ta brała udział w jakichś misjach wojskowych i nie widziała przez długi czas córki. Przez cały czas mała jęczała z tęsknoty na ojcem (którego śmierci była świadkiem) i nagle, pod koniec filmu dziewczynka robi emocjonalną woltę i bez powodu zwraca się do kobiety per „mamusiu!”. Ale dlaczego?

Twórcy niby są fanami serii Alien i Predator, ale chyba nie mogą zrozumieć, że głupie nawiązania (jak wątek matki i córki, imię bohatera: Dallas, albo teksty w stylu „Get to the chopper!”) to za mało, żeby uznać tego gniota za pełnoprawną kontynuację wspomnianych serii i ich duchowego spadkobiercę.

Ten film jest zły. Jego realizacja jest tragiczna, sceny nieczytelne, nie ma ani jednego budzącego jakieś uczucia bohatera, a fabuła kuleje na każdej możliwej linii. Narzekałem na poprzednika, ale po obejrzeniu tego paździerza stwierdzam, że „Alien kontra Predator” to w porównaniu z tym potworkiem bardzo znośny film.