Star Trek TOS: Wolf in the Fold– recenzja (odcinek 2×07)

Tym razem scenarzystów trochę poniosła ułańska fantazja. Zaczyna się to całkiem ciekawie: załoga ma wychodne i trafiają na jedną z rozrywkowych planet. Tam Scotty idzie na spacer z miejscową pięknością, a w następnej scenie dama jest martwa, a wszystkie podejrzenia wskazują na Scottiego. Podobna sytuacja zdarza się jeszcze dwa razy i ciągle głównym podejrzanym jest główny inżynier Enterprise. Muszę przyznać, że fabuła jest tu poprowadzona bardzo ciekawie. Niczym w prawdziwym kryminale są pokazywane nam pewne wątki, zastanawiamy się kto tak naprawdę zabija. I tu dochodzimy do największego zarzutu i jak wspomniałem wyżej fantazji scenarzystów. Otóż wpadli na pomysł, żeby mordercą została tajemnicza istota, która istnieje co najmniej 300 lat. Wydaję się wam, że ostro grają? Wyobraźcie sobie, że to ta istota była niejakim Kubą Rozpruwaczem, a potem wraz z kosmiczną ekspansją uciekła w kosmos. Normalnie padłem. 🙂 Dodajmy do tego, że istota żywi się strachem i mamy klasyczny, dziwny, TOSowy pomysł. Rozbawiło mnie też, że aby pokonać istotę doktor zaaplikował załodze środek uspokajający po którym załoganci wyglądali na (delikatnie mówiąc) naćpanych. Jednak odcinek oglądało mi się przyjemnie i ze spokojem mogę go polecić jako nietypowy, gwiezdny kryminał.