Środa z Xenomorfem: Obcy kontra Predator

Klapa „Obcego 4” z 1997 roku nie spowodowała, że Hollywood zapomniał o Xenomorfie. Widocznie bardzo dał się we znaki widzom. 🙂 Dziś w cyklu opisującym filmy o Obcym dotarliśmy do pierwszego crossovera, czyli filmu „Obcy kontra Predator”. Wrażenia z seansu opisuję poniżej.

Ten film musiał kiedyś powstać, a wszystko przez pewną scenę z filmu „Predator 2„, gdy wśród trofeów jednego z Łowców można było dopatrzyć się czaszki Obcego. Nie wiem, czy była to świadoma decyzja, czy też raczej żart scenarzystów, ale od tej pory fani zaczęli łączyć te dwa uniwersa w jedno. Pierwsze były chyba komiksy ze stajni „Dark Horse” i to one zasugerowały, jakoby rasa Predatorów hodowała sobie Xenomorfy do polowań. Wszystko jednak zawsze działo się poza Ziemią, a wszelkie inne cross-overy – jak na przykład „Batman kontra Obcy” – nigdy nie były uważane za opowieści kanoniczne i traktowano je raczej jako ciekawostkę i historie alternatywne. Aż wkroczyło Hollywood.

Pierwsze sekundy są bardzo obiecujące: ciemność, nastrój, kosmos i dziwny, zbliżający się cień… który okazuje się ziemskim satelitą o dość wymyślnym kształcie. Twórcy dali tą scenę wybitnie na podpuchę. Nawet odgłosy typowo komputerowego pikania pojawiają się dopiero w momencie, gdy satelita jest już oświetlony i widzowie orientują się, czym jest naprawdę ta tajemnicza bryła. Dowiadujemy się, że akcja dzieje się na Ziemi w 2004 roku, a nie w gdzieś odległej przestrzeni za 200-300 lat.

Satelita wykrywa dziwną sygnaturę energii na Antarktydzie, która okazuje się pochodzić z piramidy znajdującej się 600 metrów pod lodem. W tym momencie właściciel satelity, multimiliarder Charles „Bishop” Weyland organizuje ekspedycję mającą na celu zbadanie piramidy i uwiecznienie imienia Waylanda jako odkrywcy, a nie tylko „właściciela przedsiębiorstwa”. Do ekipy rekrutuje między innymi archeologów, chemika i pewną panią zajmującą się organizacją i bezpieczeństwem wypraw na lodowce.

Kilka rzeczy mi się podoba, a kilka niestety nie. Trudno przełknąć mi pomysł na osadzenie akcji filmu na współczesnej Ziemi, bo burzy to trochę ideę Obcego, jako czegoś nieznanego, pochodzącego z odległych końców kosmosu (o czym jeszcze będę pisał), ale jeśliby trzeba było znaleźć jakiś powód, żeby uwiarygodnić osadzenie akcji współcześnie na naszej planecie, to przedstawiona idea jest całkiem znośna. Gorzej z wykonaniem… Może czepiam się szczegółów, ale takie właśnie szczegóły psują trochę odbiór filmu. Przykładem niech będzie scena rekrutacji Lex Woods. Na początku widzimy szerokie ujęcie na lodowiec i wspinającą się Lex, potem ktoś do niej dzwoni (przy okazji: niezły miała zasięg ta sieć w 2004 roku) i gdy Lex dociera do krawędzi ściany widzi czekający na nią śmigłowiec. Maszyna musiała wylądować kilka metrów od niej sekundy wcześniej (bo nie widzieliśmy jej na szerokim planie), ale bohaterka tego nie słyszała… 🙂 Problemy mam też ze sceną, gdy archeolodzy w wykopaliskach w Meksyku znajdują kapsle z butelek po Pepsi. Szeroki plan – dużo miejsca i sporo ludzi. Zbliżenie i nagle robi się ciasno, a tłum jakby się przerzedził. To drobnostki, ale wybijają mnie z rytmu.

Na plus zaliczam pojawienie się aktora, który w Obcym 2 i 3 wcielał się w rolę androida. Po pierwsze Lance Henriksen robi tu świetną robotę, a jego postać dość mocna wyróżnia się wśród tłumu bezimiennych ofiar Obcego i Predatora. Po drugie spaja to jakoś filmy ze sobą. Świetna jest scena, w której Weyland bawi się długopisem w identyczny sposób, jak android nożem w poprzednich filmach. Takie mrugnięcia oczkiem lubię.

Problem mam jednak z resztą obsady (może poza Lex), bo ich postacie są dość jednowymiarowe, niczego się nie uczą, nie zmieniają i tak naprawdę służą tylko jako cele do rozwalenia. Osiłki z ochrony są tępymi, napakowanymi mięśniakami, chemik idiota pozostaje głupkiem do końca, włoski amant ma nienaganną fryzurkę i uwodzicielski akcent aż do śmierci. To nie są prawdziwe postacie, tylko ich archetypy.

Nasza ekspedycja dociera w końcu do Antarktydy, gdzie wynajęci geolodzy mają wywiercić w lodzie 600-metrowe dojście do piramidy. Pojawiają się jednak Predatorzy, którzy po cichu z orbity okołoziemskiej wypalają dziurę w lodowcu i sami odsłaniają wejście. Oczywiście nikt tego nie zauważył. Żaden człowiek na świecie, żaden satelita, żadne urządzenie. Nikt nie zarejestrował promienia o energii wystarczającej, żeby roztopić lodowiec z odległości kilkudziesięciu kilometrów. I mi nikt nie wmówi, że ludzie na świecie to zauważyli, ale nie mieli jak przekazać informacji do odizolowanej na Antarktydzie ekspedycji. Komunikacja była, bo Weyland ogląda przesłane mu zdjęcia satelitarne wypalonej dziury. 🙂

W czasie, gdy ludzie schodzą pod lód i natykają się na dziwne inskrypcje opisujące „bogów” i „węże”, jeden z naszych przypadkiem uruchamia mechanizm budzący z hibernacji królową Obcych. Oczywiście ta składa jaja, z nich wyskakują Facehuggery, a dalej wszystko odbywa się ustalonym schematem. Z jednym wyjątkiem. Na powierzchni lądują trzy futurystyczne szalupy, z których wyskakują napakowani Predatorzy.

Co dziwi to szybkość, z jaką rosną Xenomorfy. O ile pamiętam z pierwszej części na osiągnięcie pełnego wzrostu Obcy potrzebował kilkunastu godzin, a sam Facehugger wisiał na Cainie dość długo. Tymczasem tutaj w czasie, gdy ludzie schodzą dosłownie pomiędzy dwoma piętrami piramidy, Obcy zdążą wykluć się z jaja, złapać nosicieli, urosnąć w klatce piersiowej, przebić ciało, wydostać się na zewnątrz i osiągną dorosłość oraz rozmiary około dwóch metrów. Niezłe tempo, prawda? Do tego warto wspomnieć, że w korytarzach słychać było krzyk ludzi, do których przyczepiły się Facehuggery. Ciekawe jak, skoro Facehuggery przecież blokują dopływ powierza?

Obcy i Predatorzy nie są jedynym, co zagraża ludziom. Ci bowiem oprócz uwolnienia królowej Xenomorfów uruchomili również mechanizm zmieniający co 10 minut układ pomieszczeń w piramidzie, więc w pewnym momencie cała ekipa się gubi i rozdziela. Bardzo ułatwia to Xenomorfom wyłapywanie naszych pojedynczo. Wesołe było również oglądanie, jak włoski amant tłumaczy wyryte na ścianach inskrypcje. Uwaga, będzie śmiesznie. 🙂 W pewnym momencie archeolog objaśnia, że starożytni posługiwali się systemem dziesiętnym, więc to jest powodem, dla którego piramida zmienia układ co 10 minut. Niestety nie wytłumaczono, skąd starożytni znali nasze współczesne „minuty”.

Do scen walki Predatorów z Xenomorfami i ludźmi raczej nie mam zastrzeżeń. Są dość widowiskowe, w kilku momentach reżyser serwuje widzom slow-motion, a Łowcy potrafią improwizować i adaptować się do nowych sytuacji. Fajna jest na przykład scena, gdy jeden z Łowców skradającemu się po cichu Xenomorfowi odcina kawał głowy – szybko i sprawnie. Skojarzyło mi się to z samurajem, który jednym cięciem katany potrafi robić cuda. 🙂 Z kolei Obcy są pokazani dość zwierzęco, nie skupiają się na drobnostkach, są wściekli i śmiertelnie groźni. Jest ok. Niestety całość psują drobiazgi, np. to, że czasami kwas Obcych przeżera narzędzia Predatorów (ostrza), a czasami nie (siatka). Generalnie przeżera wtedy, gdy dodaje to widowiskowości scenom.

W końcu dostajemy podane ślicznie na tacy wytłumaczenie obecności obu ras na Ziemi, bez żadnych niedopowiedzeń, wprost, z retrospekcją. Wszystko pokazane tak, by nawet średnio rozgarnięci widzowie skumali, o co chodzi. Dowiadujemy się, że Predatorzy upatrzyli sobie naszą planetę tysiące lat temu i od tego czasu w piramidach na całym świecie wykorzystują nas jako nosicieli do hodowli Xenomorfów, na których polują, co jest dla nich swego rodzaju rytuałem przejścia w dorosłość. A gdy czasami coś się nie udaje i Obcy zyskują przewagę, to wtedy Predatorzy wysadzają całą piramidę i równają okolicę z ziemią. To niby powód, dla którego „nagle” zniknęli z historii Majowie, czy Inkowie. Problem z tym, że kłóci się to zarówno z wiedzą o historii na poziomie szkoły podstawowej, jak i pojawianiem się Predatorów w swoich poprzednich filmach. Tam powiedziano, że Łowcy zjawiają się wszędzie tam, gdzie trwa wojna, a nie periodycznie co 100 lat, jak to przedstawiono tutaj. W tym momencie zastanawia również to, kto i kiedy wybudował piramidę na odizolowanej na Antarktydzie wyspie, w dodatku 600 metrów pod lodem. I jak przez ostatnie kilkaset lat Predatorzy znajdowali nosicieli dla Obcych? Powiedziano, że 100 lat wcześniej byli to wielorybnicy, którzy nad piramidą zbudowali osadę, ale co z okresem od zniknięcia Majów do XX wieku?

W każdym razie scenariusz nawet nie stara się odpowiedzieć na te pytania i skupia się na pokazaniu, jak większość ludzi i dwójka z trzech Predatorów bardziej lub mniej widowiskowo ginie, a na polu walki zostaje tylko jeden Łowca i główna bohaterka. No i stado Xenomorfów. Lex jakimś cudem udaje się przypadkiem zabić Obcego, czym zdobywa szacunek jedynego ocalałego Predatora. Ten nagle przestaje ją traktować jak wylęgarnię Xenomorfów albo obiekt do polowania i majstruje dla niej improwizowaną broń i tarczę, po czym razem rozpoczynają polowanie.

W tym samym czasie królowa wzywa biegające samopas Xenomorfy, które na jej sygnał delikatnie ją okaleczają. Nie mocno, ale wystarczająco, by kwasowa krew królowej przeżarła wiążące ją łańcuchy. Królowa ucieka, a główną motywacją bohaterki staje się niedopuszczenie do tego, by Xenomorfy wydostały się z piramidy i przedostały na zamieszkałe tereny. Trudno mi się przyczepić do tej części filmu – poza mniejszymi uproszczeniami całość dość sprawnie i bez kłopotów zostaje przedstawione na ekranie.

Finał filmu toczy się na powierzchni lodowca, bo tam uciekają bohaterzy po wysadzeniu piramidy i wszystkich Obcych oprócz królowej. Podoba mi się pomysł na ostateczne pozbycie się królowej, czyli przywiązanie plączącego się łańcucha do ciężkiego zbiornika i wrzucenie go do oceanu. W końcu, ostatni z Predatorów ginie, a na Ziemi pojawia się cała zgraja jego kompanów, którzy zabierają ciało i z szacunkiem żegnają Lex. Wszyscy kosmici opuszczają Ziemię, a na końcu dostajemy nadzieję na kontynuację, gdy na pokładzie statku kosmicznego z ciała Predatora wyskakuje Chestbuster, hybryda Łowcy w Obcego.

Film jest ewidentnie nastawiony na akcję bez większego obciążania umysłu „niepotrzebną” filozofią, czy jakimś trudniejszym wysiłkiem umysłowym. To czysta rozwałka, w której fabuła ma drugorzędną rolę, bo jak wytłumaczyć tak potężne uproszczenia fabuły i większe lub mniejsze dziury logiczne? Sam pomysł, żeby zrobić prequel Obcego rodzi sporo problemów i pytań, bo autorzy próbowali wpasować film w uniwersum Xenomorfów przedstawionych dość spójnie we wcześniejszych produkcjach i powstało przez to sporo nieścisłości. Skoro Obcy pojawiali się na Ziemi, a na dnie oceanu leży ciało królowej, to dlaczego korporacja Weyland-Yutani w XXII wieku starała się poświęcić załogę Nostromo, by zdobyć Xenomorfa? Czy nie łatwiej byłoby zorganizować batyskaf i wydobyć królową z dna? Mieli na to sto lat! Czy na Ziemi znajdują się jeszcze gdzieś piramidy z zahibernowaną królową? Jak to się stało, że przez 400 lat od upadku amerykańskich cywilizacji Predatorzy i Obcy nie walczyli na Ziemi, skoro niby pojawiają się co 100 lat? Dlaczego królowa dziabnęła ostatniego Predatora, skoro był nosicielem Chestbustera?

Realizacja filmu jako historii poprzedzającej kwadrologię o Obcych burzy też trochę wizerunek Ocbego jako istoty doskonale przystosowanej do zabijania, tajemniczej, niezrozumiałej i śmiertelnie niebezpiecznej. W pierwszym filmie o Obcych każde pojawienie się osobnika tego gatunku budziło jednocześnie strach, fascynację i niepewność, zagubienie. Xenomorf był czymś tak odmiennym, że każda próba zrozumienia go i poznania była skazana na niepowodzenie – począwszy od cyklu rozrodczego, przez wygląd, możliwości i umiejętności, po dziki, zwierzęcy upór w zabijaniu. A tutaj? Tu Xenomorf został sprowadzony do bażantów, które hoduje się w celach rozrywki. Wszystko mamy podane na tacy, nie ma ani cienia wątpliwości czy tajemnicy. Sprowadzając Obcego do roli „jelenia” pozbyliśmy się strachu.

Niestety w filmie leży nie tylko fabuła, ale i aktorstwo, czy może bardziej prezentacja postaci. Wspomniałem już o tym i muszę to powtórzyć ponownie: postacie są drętwe i papierowe. Jednowymiarowe. Nie zmieniają się w trakcie filmu i niczego nie uczą. To duża wada.

Z drugiej strony film nie może być skomplikowany i wyszukany, bo ewidentnie skierowany jest do młodzieży pragnącej rozrywki. Poza uproszczeniami fabularnymi świadczy o tym sposób w jaki pokazano śmierć ludzi. Tu prawie wcale nie ma krwi, a każda śmierć rozgrywa się poza ekranem! Owszem, czasami słychać krzyki lub widać wierzgające nogi, ale ani razu nie pokazano momentu, w którym ktoś zostaje pozbawiony życia! Teraz porównajmy to ze sceną z pierwszego Obcego, w której z oficera Caina wyskakuje Chectbuster. Widać ogromną różnicę w napięciu, czy przerażeniu postaci. Pytanie: co jest bardziej sugestywne, a co rozrywkowe i nadające się dla dwunastolatków?

„Obcy kontra Predator” to film z ambicjami na dorównanie „Aliens” – przynajmniej jeśli chodzi o widowiskowość. Niestety próba zlania dwóch uniwersum filmowych w jedno powoduje, że w każdym z nich powstają ogromne dziury logiczne, nie wspominając już o zdecydowanie mniejszym napięciu. To, co nam zostaje, to filmidło jakości jedynie powyżej średniej, nadające się idealnie do upychania plastikowych figurek dzieciom. Chociaż muszę z ręką na sercu przyznać, że oglądało mi się to przyjemniej, niż „Obcego 4”. 🙂 Sceny walk między dwoma kosmicznymi rasami były tutaj na prawdę fajne, ale „fajność” mordobicia to jedyne, co przemawia na plus tej produkcji.

Podobno najgorszy film w serii dopiero przede mną. Za tydzień „Obcy kontra Predator 2″…