Środa z Xenomorfem: Obcy – Przebudzenie

Po nużącym i średnio ciekawym „Obcym 3” przyszedł czas na kolejną odsłonę serii: „Obcy: Przebudzenie”. Przyznaję, że film oglądałem chyba tylko raz w życiu, może dwa, w każdym razie na pewno bardzo dawno temu i niewiele z niego pamiętałem. Pierwsze dwie części były świetne i zastanawiałem się, jak po tylu latach i na tle niedawno odświeżonej trylogii wypadnie „czwórka”. Czy będzie lepsza od „trójki”?

Odpowiedź nie jest łatwa, bo „czwórka” do „trójki” ma się mniej więcej tak, jak „dwójka” do „jedynki”.  Nie da się porównywać tych dwóch filmów, bo w obu panują zupełnie różne klimaty i zupełnie inne rzeczy są złe. 🙂 Zacznijmy jednak od fabuły…

Wydawało by się, że skoro Ripley zginęła w kadzi z roztopionym metalem, to nie ma szans, by jej postać pojawiła się w kolejnej odsłonie sagi, ale od czego niesamowita pomysłowość amerykańskich scenarzystów? Być może pomysł nasunęło im samo życie – pod koniec lat 90-tych dość głośno było o klonowaniu pewnej owieczki – w każdym razie twórcy wpadli na pomysł, żeby Ripley sklonować.

Od wydarzeń z poprzedniego filmu mija 200 lat i tym razem zamiast firmy Weyland-Yutani mamy pewnego wysoko postawionego wojskowego, który z grupą naukowców zdobywa próbkę krwi Ripley (która w momencie pobrania krwi nosiła już embrion królowej Obcych) i na tej podstawie klonuje naszą bohaterkę razem z Obcym pasożytem. Wiem, już jest głupio, ale uwierzcie… Będzie jeszcze śmieszniej. 🙂 No więc naukowcy wyjmują embrion z ciała sklonowanej bohaterki, dzięki czemu po chwili są już w posiadaniu królowej Obcych składającej jaja. Zatrudnione na czarno typy spod ciemnej gwiazdy (piraci?) dostarczają porwane z nie wiadomo skąd lodówki z zahibernowanymi ludźmi, więc naukowcy mają możliwość, by po cichu wyhodować sobie kilka dorosłych osobników Xenomorfów do badań kosztem kilkoro niewinnych osób. Oczywiście Obcy nie dają się długo trzymać w niewoli i i uciekają, a dalsza część filmu to tradycyjna gonitwa po okręcie, ucieczka przed Obcymi i oglądanie, jak ludzie giną w bardziej lub mniej widowiskowy sposób.

Mały twist fabularny polega na tym, że materiał, z którego sklonowano Ripley był mieszanką ludzkiego i obcego genomu, więc zarówno Xenomorfy mają domieszkę ludzkich cech (o czym za moment), ale też główna bohaterka jest zupełnie inną osobą, niż w poprzednich trzech częściach filmu. Zaczynając od cech fizycznych (jest szybsza, silniejsza, a jej krew ma domieszkę kwasu i potrafi przeżreć metal i izolację kabli), a kończąc na psychice. W każdej z poprzednich odsłon sagi Ripley była silną osobowością, ale równocześnie potrafiła być bardzo ludzka i ewoluowała w naturalny sposób. W „Alien” było widać, że jest niesamowicie inteligentna oraz współczująca, a w sytuacjach ekstremalnych potrafi przezwyciężyć swój strach. W „Aliens” poznaliśmy ją od strony matczynych uczuć, jakie żywiła do Newt i widać było, że właśnie te uczucia dają jej siłę. Po stracie przybranej córki, w „Alien 3”, postać Ripley stała się posępna i zrezygnowana, zmęczona ciągłą walka na z góry przegranej pozycji. A tutaj? Cóż… Postać odgrywana przez Sigourney Weaver nie jest tą samą Ripley, która była rozwijana przez wszystkie poprzednie filmy. W pewnym momencie mówi:

Kogo mam przelecieć, by móc uciec z tego okrętu?

Jestem pewien, że Ripley z poprzednich części nie powiedziałaby niczego podobnego. Jej postać tutaj jest pewna siebie i arogancka. Momentami też dziwaczna, wręcz zwierzęca. To nie jest bohaterka, do której przyzwyczailiśmy się we wcześniejszych filmach.

Pokazany na ekranie Obcy też nie jest tym samym gatunkiem, który poznaliśmy wcześniej. Wprawdzie pierwsze złożone przez królową jaja rozwijają się tradycyjnie i przez większą część filmu mamy do czynienia z typowymi osobnikami, to jednak domieszka ludzkiego DNA powoduje, że w pewnym momencie królowa rodzi (!) w bólach (!!) hybrydę albinosa (!!!), który kompletnie nie przypomina obcego. Zresztą człowieka też nie… Mi osobiście skojarzył się z czymś innym… 🙂 Wiecie, jak wyglądają nasze palce, gdy zbyt długo siedzi się w wodzie? Skóra robi się taka pomarszczona… 🙂 No więc właśnie Obcy albinos wygląda jak przerośnięty wielki palec u nogi, który zbyt długo był zanurzony w wodzie. Z wielkimi oczętami, które czasami zdawały się wołać „mamusiu!”.

Obcy Gigera był i jest dalej przerażający i fascynujący. Newborn (bo tak nieoficjalnie nazywa się albinosa) jest kuriozalny i śmieszny. Niewiele w nim przerażenia, bo nie dość że od początku był pokazany w całości, to jeszcze przypomina namoczoną gąbkę do mycia. Bać się go, to jakby bać się zmutowanych pomidorów z Marsa! Newborn na zmianę pokazywany jest jako milusia przytulanka z wielkimi oczkami i szaleniec myślący tylko o zabijaniu. Niestety nie jest dobry w żadnej z tych ról.

Wróćmy jeszcze na chwilę do naukowców i żołnierzy na okręcie. Cóż… To idioci. Oglądając film zastanawiałem się momentami jak to się stało, że sami się jeszcze przypadkiem nie pozabijali. Nie pilnują procedur (piraci przemycają pod nosem żołdaków na okręt całkiem niezły arsenał), nie pilnują pomieszczeń z Obcymi (naukowcy są w nich sami), a w jednej scenie na początku dwóch stoi na warcie celując w swoje głowy z naładowanej broni – z palcami na spuście! W dodatku w momencie ogłoszenia alarmu, gdy Xenomorfom udaje się uciec, opuszczają okręt! Ewakuują się! To ja się pytam: po cholerę oni tam byli, skoro tylko w sytuacji pierwszego zagrożenia dają nogę! Po co ich obecność, jak nie do zabezpieczania okrętu i „eksperymentu”?

Najgorszy z nich jest bezmózgi dowódca, którego imienia i rangi nawet nie pamiętam. Słowo „bezmózgi” użyłem tutaj specjalnie, bo mózg wybitnie nie był mu potrzebny do działania i świetnie sobie bez tego organu dawał radę. Dowód? Proszę bardzo. W scenie śmierci Xenomorf rozwala mu łeb, a nasz dowódca wyjmuje sobie z głowy kawałek szarej masy i przez kilka sekund ogląda. Widać miał wprawę, by jego ciało działało bez tego czegoś między uszami.

Procedury też mają debilne, bo zgodnie z protokołem w sytuacji zagrożenia, gdy na okręcie dzieje się piekło, statek sam ustawia się w kurs na Ziemię… Po części rozumiem scenarzystów: postanowili dodać tutaj coś, czego nie było z żadnej z pozostałych odsłon sagi, czyli wyścig z czasem. Ale na Boga! Jak można „standardowo” kierować autopilotem statek na Ziemię w każdej sytuacji zagrożenia? To proszenie się o kłopoty! Zresztą rujnuje to też trochę klimat filmu, bo zamiast cichego przemykania się korytarzami – jak to miało miejsce poprzednio – tutaj mamy hałaśliwą gonitwę.

Ta gonitwa wydaje się być tutaj kluczowa. Nie ma w niej zbyt wiele sensu, ale jest szybko, atrakcyjnie i widowiskowo. Klon Ripley i ocaleli piraci muszą nurkować w pewnym zalanym pomieszczeniu i wydają się to robić tylko po to, żeby filmowcy mogli nam pokazać przepiękne zdjęcia podwodne ze strzelającym Ronem Perlmanem oraz pływającymi Xenomorfami. Kuriozum następuje chwilę później, gdy ekipa wychodzi na ląd (a raczej na drabinki), a za nimi gramoli się wściekły Obcy, który – to nie żart – pluje kwasem na jednego z piratów. Nie wnikam w to, jak to się stało, że nagle Xenomorfy zyskały możliwość plucia kwasem (czyli ich odpowiednikiem krwi) i że nie wykorzystywały tego wcześniej. Staram się również nie wnikać w to, że opluty kwasem człowiek z niewielką raną na twarzy (którą na pewno dałoby się wyleczyć w 24. wieku) nagle odgrywa ciamajdę i bohatera. Ciamajdę, bo z odległości dwóch metrów nie potrafi serią z pistoletów zastrzelić Xenomorfa, choć wcześniej pojedynczym strzałem mógł z dwoma rykoszetami pozbawić życia człowieka. A bohatera, bo z lekkim nadpaleniem skóry postanawia się bez sensu poświęcić dla reszty i popełnia samobójstwo skacząc z Obcym (który w tym czasie został ubity przez kogoś innego) do sadzawki. Bohaterskie, ale kompletnie bezcelowe i idiotyczne.

Dochodzimy do meritum. Pierwszy film o Obcym był wciągającym i klimatycznym filmem o niebezpieczeństwie, drugi to widowiskowa opowieść z nadmiarem testosteronu, trzeci miał zapędy filozoficzne, a czwarty… cóż… „Obcy: Przebudzenie” jest po prostu głupi. To jest zły film, nie ma w nim sensu, bohaterowie to płaskie, kartonowe, jednowymiarowe i szablonowe postacie, bez krzty jakiegoś pomysłu. Może tylko Ron Perlman dobrze się czuje w roli tępego osiłka, ale on zawsze jest w takich rolach fajny. Całość jest podporządkowana temu, żeby od czasu do czasu pokazać na ekranie jakieś widowiskowe ujęcie, a bohaterowie robią na ekranie nie to, co nakazuje im ich charakterystyka czy zdrowy rozsądek, ale to, co wymusza popychanie fabuły do przodu.

Ten film jest tak zły, że… aż momentami dobry. 🙂 Nie jestem do końca pewien, czy o to chodziło twórcom, ale chwilami to się na prawdę świetnie ogląda! Pod warunkiem oczywiście, że widzowie wyłączą myślenie i zapomną o klimacie poprzednich części i o jakiejkolwiek godności Xenomorfów. No i pod warunkiem, że nie będziemy zwracać uwagi na to, że pomiędzy dość głupawymi, ale ładnymi scenami trzeba przebrnąć przez momenty dłużyzn. Gdybym miał porównać ten film do czegokolwiek, to zamiast do Alienów porównałbym go do „Sharknado„, albo do „Ataku zabójczych pomidorów„. Jako coś w rodzaju parodii Obcego sprawdza się całkiem nieźle.

Problem w tym, że twórcy chyba robili go na poważnie i nie mieli na celu zrobić parodii.

Czy film rozwija bohaterów, albo uniwersum? Nie. Czy bohaterowie są ciekawi, czy można się z nimi identyfikować? Broń Boże! Czy dowiadujemy się czegoś nowego o Xenomorfach? Raczej nie. Czy jest zaskakujący, wciągający albo czy trzyma klimat i poziom? Zdecydowanie nie. Czy w takim razie ma jakiekolwiek plusy poza widowiskowymi scenami? Może…

Jest jedna scena, która zapadła mi w pamięć i która na prawdę trzyma poziom poprzedników. Chodzi mi o moment ucieczki Obcych, kiedy to dwa Xenomorfy z rozmysłem, w bardzo brutalny i nieludzki sposób mordują jednego ze swoich tylko po to, żeby jego kwasowa krew przeżarła podłogę i otworzyła im drogę ucieczki. Tylko ten jeden pomysł w całym filmie pokazywał Obcych jako bezduszne i wściekle inteligentne maszyny do zabijania, jakie znamy z poprzednich filmów. To jednak za mało, by podnieść poziom reszty produkcji.

Cała reszta filmu najzwyklej w świecie jest bezdennie głupia. Jeden z ocalałych złych naukowców zdradza próbujących wydostać się z okrętu piratów i ucieka samotnie, jakby zapominał o stadzie grasujących tam Obcych, których przecież sam wyhodował. W finale okręt rozbija się na powierzchni Ziemi tworząc zniszczenia prawie jak meteoryt, który zabił dinozaury, a jednak bohaterowie cieszą się powrotem na piękną rodzinną planetę. W innym momencie jeden z naukowców nazywa Newborna wyglądającego jak skrzyżowanie paralityka i gąbki do mycia „przepięknym motylem”. No i jeszcze scena, gdy jeden z nosicieli Obcych ginie… Kuriozum…

Pamiętacie, jak w pierwszej części Chestbuster wyskakuje z piersi oficera Caina? Cain zaczął się krztusić, rach, ciach, pełno krwi i już po wszystkim. Zostało tylko przerażenie załogi. A tutaj? O matko… Chestbuster też próbuje wydostać się z ciała człowieka, ale ten nagle jakby dostał nadludzkiej siły: udaje mu się w tym czasie uratować Call (androidkę), którą zły naukowiec przetrzymywał jako zakładniczkę,  pobić go do nieprzytomności i przytrzymywać, by wyskakujący Chestbuster zakleszczył się w głowie tego naukowca. Całość trwała 2-3 minuty! To nijak ma się do sceny z pierwszej części!

Ten film jest kretyński tak bardzo, że po jego seansie nie mam ochoty wracać do uniwersum Obcego. Nie mam pojęcia, jak zdołam obejrzeć jeszcze kilka filmów z Xenomorfami… A przede mną „Alien vs Predator”…