Power Rangers 2017 – recenzja Mavis`a

Po 22 latach doczekaliśmy się kolejnego pełnometrażowego filmu z serii Power Rangers. Obraz jest rebootem pierwszego serialu, czyli „Mighty Morphin Power Rangers”, który w młodości oglądałem i lubiłem. Jak oceniam ten obraz i jakie mam po obejrzeniu go przemyślenia? Zapraszam do recenzji.

Przed seansem nie spodziewałem się niczego po tym filmie. Właściwie czego miałem się spodziewać? Przecież to „Power Rangers”, a wiec poznamy bohaterów, którzy spotkają mentora Zordona, staną na przeciwko wrogowi, który na początku wyśle na bohaterów armie „Putties” (nie pamiętam jaki był polski odpowiednik), następnie wyśle swojego lidera, dzięki czemu nastolatkowie muszą się morfować, a potem jest powiększenie, zordy, megazord… znacie rutynę.

Bohaterowie w pełnej klasie

I wiecie co? Po obejrzeniu filmu jestem nim pozytywnie zaskoczony. Co prawda już wcześniej słyszałem opinie na ten temat, jednak po filmie z 1995 roku nie spodziewałem się wiele. Ale od początku. Film wprowadza nas na głęboką wodę, widzimy pokonanych  strażników, którzy mówią w obcym języku. Dowiadujemy się, że drużyną dowodzi Zordon, który ostatnim asem z rękawa powstrzymuje Rita Repulse przed zdobyciem Zeo Kryształu. Ogólnie rzecz ujmując nasza antagonistka ma większe ambicje, niż zdobycie władzy nad Ziemią, bo dzięki kryształowi będzie miała moc podbicia całego wszechświata. Szkopuł w tym, iż kryształ podtrzymuje całe życie na planecie, bez niego nic nie może żyć, dlatego musi być chroniony za wszelką cenę. Przy okazji od razu dowiadujemy się kim naprawdę jest Rita Repulsa, ale nie będę spojlerował. Zresztą nie ma co, gdyż każdy kto uważnie obejrzał zwiastun, mógł wyciągnąć odpowiednie wnioski. Mówiłem, że to się działo 65 milionów lat temu? Tak wiec witajcie w obecnym czasie.

Zordon

O dziwo film w umiejętny sposób wprowadza każdego bohatera.  I to, co jest zaskakujące, w ciągu dwóch godzin dobrze poznajemy postacie, nawet widzimy pewne zmiany w nich zachodzące. Napiszę wprost, fabuła jest prosta jak budowa cepa, dla mnie nic nie było zaskakujące, wszystko przebiegało od A do Z. Jednak wielkim plusem jest scenariusz, który zaznajamia nas z każdą osobą, żadna scena nie jest niepotrzebna. Nie odczułem dłużyzn i nawet się wciągnąłem. Bo cały film jest o budowaniu więzi, o znajdowaniu wspólnego celu, w tym o naprawianiu błędów, a jeśli to nie jest możliwe, to życiu dalej w jak najlepszy sposób. Większość scen właśnie przedstawia te wartości, od wielkich wydarzeń, po małe proste ujęcia, choćby tej, gdzie jeden z bohaterów staje przed wyborem, co zrobić z wrakiem samochodu? Może to detal, ale dzięki temu film ma drugą głębie, co jest naprawdę niespotykane w dzisiejszych produkcjach. W przeciwieństwie do serialu tonacja filmu jest utrzymana w szarości, najczęściej panuje mrok, nie ma jasnych kolorów, czy cukierkowatej okolicy i mieszkańców. Bohaterowie mają współczesne temu światu problemy, a więc ktoś opiekuje się schorowaną mamą, inny jest półsierotą, itp, itd. Wszystko to sprawia, że postacie są bardzo mocno osadzone w realnej rzeczywistości. Większość z widzów może łatwo utożsamić się z którymś z przedstawionych motywów. Co ciekawe nawet Zordon nie jest takim mentorem, jakim się spodziewałem. Jego motywy nie są do końca czyste, nie mówiąc nawet o fakcie, że jest rozczarowany faktem, iż na Rangersów zostali wybrani nastolatkowie. Tak w nawiasie to podobał mi się efekt „wyświetlania” go na ścianie, (zamiast głowy w słoiku) przez co sceny z jego udziałem zawierały dużo ekspresji.

W pełnej zbroi

Na przeszło dwugodzinny film przez pierwsze 80 minut poznajemy bohaterów, ostatnie 40 minut przeznaczone jest na rozbudowaną, znaną z schematu walkę. Prawdę mówiąc, od tego momentu widowisko traci na jakości. Przed filmem byłem nastawiony właśnie na tą część, na choreografie walki w ręcz, zordy i ostateczną walkę z udziałem megazorda… Jednak po obejrzeniu widowiska stwierdzam, że to jest najsłabsza część filmu. Co ciekawe, tym razem nie ma znanego z serialu morfowania, gdzie każdy uczestnik wypowiada formułkę, która uaktywnia morfowanie. Tu po prostu to robią… i to nie byle jak, otóż zbroja jest ukryta w ciele, i krystalizuje się na zewnątrz, czyli na powierzchni ciała. Jak dla mnie bardzo ciekawe rozwiązanie.

Rangersi ustawieni w linię

Swoją drogą zbroje nie są wykonane metodą CGI, ale są prawdziwe. Ich kryształkowa struktura może sprawiać inne wrażenie, ale tak nie jest. W sumie, nie wyglądają jak źle, jak to można spodziewać się po zwiastunie. Niestety scen walki wręcz jest dość mało, a sama walka nie jest czymś nadzwyczajnym. Fabuła szybko przechodzi do zordów… i tu wkracza pełne CGI. Dla mnie nie wyglądają one zbyt dobrze i ciekawie, w sumie ujęcia są tak skonstruowane, że obraz nie oddaje ich klasy. Zaś sam megazord…

Megazord

… jak dla mnie jest przekombinowany pod względem detaliczności, natomiast ogólny wygląd nie jest zbyt ciekawy. Z przeciwnikiem – Goldar`em mam jeszcze większy problem, ponieważ jest cały z płynnego złota i wygląda bardzo, bardzo sztucznie. Na plus zasługuje jedynie fakt, że jest to zord Rity.

Na koniec jeszcze wspomnę, że obsada jest dobrze dobrana i dobrze wpisuje się w swoje role. Na minus za to zasługuje muzyka. W sumie to nawet słabe CGI jest przyćmione przez ścieżkę dźwiękową. Miałem wrażenie, że film nie posiadał własnego „Ja”, ponieważ prezentowane utwory były miksem rapu, muzyki elektronicznej (która momentami nawet pasowała i dawała radę), oraz nieudolnych przeróbek starych znanych kawałków. Najwięcej pretensji miałem do „go go power ranger”, który pojawił się na 15 sekund…. i to w zmienionej wersji, bez polotu… niestety. Tak więc film pod tym względem nie miał tożsamości, nie było nutki powtarzanej w każdym kluczowych momentach fabuły.

Rita i Goldar

Jeszcze kilka wolnych myśli:

  • Tak jak pisałem wcześniej film znakomicie przedstawia budującą się więź, jest to nawet pokazane podczas ostatecznej walki, gdzie bohaterowie muszą ze sobą współpracować, aby razem „prowadzić” megazorda.
  • Antagonista jest prostoliniową postacią, ale nie mam jej nic do zarzucenia.
  • W filmie pojawił się jeden większy product placement, ale nawet był rzeczowo wpleciony w fabułę.
  • Są nawiązania do komiksowych superbohaterów i do Tranfsormersów.
  • Jest parę mrugnięć do starych fanów, m.in. „jestem czarny”.
  • Jest parę „śmiesznych” jednoliniówek, ale nie śmiałem się przy nich.
  • Film nie jest mroczny, jest osadzony w rzeczywistości, może nie spodobać się wam porównanie, ale to jak Batman Nolana.
  • Obraz jest świetnym rebootem, gdzie solidnie przedstawiono postaci i ich więź.
  • Jest wspominany Tommy (prawdopodobny sequel?).
  • W filmie pojawił się Jason David Frank i Amy Jo Johnson (robią zdjęcia komórkami megazordowi), czyli Zielony i Różowy wojownik z pierwszego serialu Mighty Morphin Power Rangers.

 

Moja ocena? Tak jak w przypadku Wonder Women była ocena naciągana 6/10, to w tym przypadku uważam, że film zasługuje na mocny dobry, niesyty nie jest to film bardzo dobry, dlatego daję 6,5/10.

 

PS. jeśli byście chcieli obejrzeć mroczną wersje Power Rangers, to śmiało obejrzyjcie ten krótki fan film: