Star Trek TOS: Friday’s Child ? recenzja (odcinek 2×03)

Kolejny odcinek, w którym coś poszło nie tak. Zaczyna się bardzo dobrze. Poznajemy nową rasę (Capellan), którzy stosują ideologię „tylko najsilniejsi przetrwają”, a złamanie ich zasad równa się wyrokowi śmierci. Tam właśnie ląduje Kirk z misją zakupu pewnego cennego surowca. Na miejscu robi się jeszcze ciekawiej. Pojawiają się bowiem Klingoni z identycznym zamiarem, co przedstawiciele Federacji. Potem mamy wewnętrzny konflikt wśród tubylców, Kirk ze świtą ucieka przy okazji ratując ciężarną żonę byłego wodza i tu następuję załamanie fabuły. Od tego momentu akcja ciągnie się… dłuży… następują dziwne, niesmaczne wręcz dzisiaj sceny policzkowania ciężarnej przez McCoya. Końcówka z faktem, że nasz drogi doktor zostaje uznany za ojca dziecka jest lekko zabawna, jednak dowie się o tym tylko ten kto nie obudzi się wystarczająco szybko. Sam fakt pojawienia się Klingonów jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje konflikt ideologiczny pomiędzy Federacją a Imperium Klingońskim. Jednak to trochę za mało. Chciałoby się rzec: kolejny odcinek z niewykorzystanym potencjałem. To co jest tutaj najciekawsze, to wydarzenia dziejące się na Enterprise. Tam bowiem dowództwo przejął Scotty i trzeba przyznać, że radzi sobie całkiem przyzwoicie. Jednak jak już wcześniej wspomniałem odcinek jest zwyczajnie nudny i ciężki do przebrnięcia. Zdecydowanie nie polecam.